niedziela, 22 grudnia 2013

Witamy w Polsce!

Więc witamy w domu. Niespodzianka się udała! Będzie rodzinnie, spokojnie i radośnie.
Więcej będzie później.
Będzie masa dobrych spotkań i fajnych inicjatyw. Gdyby ktoś coś chciał to łapać- na nowo używam Polskiego numeru na okres do 30.12 (wieczór) :)!

piątek, 20 grudnia 2013

Przedświąteczne zamieszania czyli…


Jak żyć by nie zwariować J. Tak naprawdę to początkiem tygodnia w jednej organizacji odbyły się warsztaty świąteczne robiliśmy dużo fajnych rzeczy, była masa dzieciaków, która podjęła się też zrobienia  rzeczy wykorzystując  np  butelki i innych zbędne przedmioty więc było ekologicznie i świątecznie, fajnie no! Następnym punktem było zaproszenie na świąteczny event wykonany przez dzieci, którzy są podopiecznymi jednej z wolontariuszek na wsi niedaleko Zugdidi. Dzieciaki całe przejęte występami, ale za razem było to takie fajne widzieć tyle uśmiechniętych pyszczków na raz i w tym momencie strasznie zatęskniłam za moimi Bąkami! Trochę wprowadzili mnie w świąteczny nastrój po raz drugi (pierwszy w Tibilisi- ta polska wigilia) i nie wyglądało to sztucznie co jest najważniejsze chyba w tym wszystkim. Naprawdę było to wszystko ociekające radością i taką magią świąteczną- podoba mi się. Była to też za razem świetna okazja do spotkania się ponownie w gronie wolontariuszy. Po świątecznym zamieszaniu przyszedł czas na wystawę prac z projektu w Kobuletii oraz projekcje filmu o Nabadi (gdyby ktoś chciał możemy wspólnie oglądnąć film jest cały po megrelsku, to taki dialekt gruziński, który rozumieją tylko ludzie tutaj – ale nie ja^^).  Jak przystało na wystawę trzeba było wyglądać profesjonalnie, więc i tak było a po całym zamieszaniu padł jeden kieliszek wina a za nim kolejny więc zmęczenie i wino szybko wprowadziło mnie w błogi stan chce iść spać, ale wieczorem czekała supra z okazji urodzin „host brata”- skończyła się szybko, po dużej ilości jedzenia i likierze ogarnął mnie błogostan pójścia spać co dokonało się dopiero po posprzątaniu wszystkich rzeczy.
Po wszystkich pierwszo połowicznych tygodnia zamieszania przyszedł czas zamieszać dalej…. Więc były artystyczne warsztaty nie moje, ale fajnie było wziąć w nich udział! I befor Christmas event wolontariuszy- skończyło się na grze o prezenty, piciu alkoholu i wielu radościach przy wspólnym stole:). Może nie było to standardowe świąteczne spotkanie, ale i tak było fajnie…
I przyszedł koniec tygodnia czyli wariuje na maska. Z rana lista rzeczy co kupić, co zrobić, gdzie co napisać… Ogólnie zamiast skreślać poszczególne punkty, dopisuje kolejne… ale by już jutro!
Christmas party part 4 +dostęp do wody All time :)

PS moi rodzice życzyli mi wczoraj przez skype: „Wesołych świąt- bo gdybyśmy się nie usłyszeli na skypie przed świętami” ^^

środa, 11 grudnia 2013

aktualizacja stanu rzeczy. / gorączkowo, zatokowo i śnieżnie

Tak jak publikacja zdjęć idzie stosunkowo dobrze nam tak właśnie czas by opublikować nowy wpis.
Minęło już trochę czasu, ale naprawdę to nie mam co napisać, albo i mam więc może skleję to jakoś w kilka punktów obejmujących wiele a za razem zawierają się tym ciągle moje zatoki i gorączka. Tak więc:
1. 31.11-1.12 były akcje związane z światowym dniem AIDS, które rzecz można przeleżałam w łóżku a jak już się zebrałam do wyjścia czyli dopiero na 1.12 spotkałam Goczę, który jest Gruzinem i mówi po polsku. Czujecie to? Bo ja ciągle próbuje zacząć mówić więcej po gruzińsku. Mamy zamiar podszkolić się językowo polsko-gruzińsko a za razem nasze rozmowy przeplatane są przez 4 języki (polski, angielski, rosyjski i gruziński) bywa to ciekawa przygoda.
2. 4-6.12 były to dni, które wchodziły jeszcze w program „16days domestic voilence”.  W czasie tych 3 dni były przygotowane kilka eventów.  Jeden (4.12) był najlepszy, cały event zajął może 3-4 godziny przestane na placu centralnym w Zugdidi, niedaleko fontanny (taki skwer), dużo zdjęć których w tym dniu udało mi się zrobić i stosunkowo byłam z nich zadowolona. Tak może to nie do uwierzenia, ale naprawdę byłam zadowolona, chociaż przemarzłam całkowicie. Następnego dnia (5.12) nic szczególnego ten event, kilka zdjęć i jak dla mnie wielka ściema tego wszystkiego.  Natomiast (6.12) był tylko film „Take my eye” szczerze polecam, jest wart zobaczenia, trudny w tematyce. Nie przyszło wiele ludzi, szkoda.
Po tym wszystkim był czas na relaks i czekoladę. Duże ilości czekolady, które po tych 3 dniach były potrzebne.
3. Jako prezent Mikołajkowy uznałam, że pojadę do Tibilisi a za razem była to okazja do spotkania się z moim kuzynem i innymi osobami przebywającymi w stolicy!
Podróż zaczęłam w sobotę rano, kiedy to podążyłam na marszutkę na godz. 9, ale odjechała dopiero o 9.40(nigdy nie wiesz, o której pojedzie). Byłam w Tibilisi ok. godz. 15.30 i od razu umówiłam się z Ewą i jej przyjacielem z Azerbejdżanu na obiad oraz wybraliśmy się do parku rozrywki, po nocy by zobaczyć od góry i nocne Tibilisi- robi wrażenie. Po wyczerpaniu pokładów energii, czas udać się na mieszkanie Karoliny, Szymona i Taylora (gdyby ktoś szukał miejsca do spania to polecam ich lokal- blisko centrum i w samym centrum starego miasta- podam namiary!). Przegląd fb i zobaczenie, że jest kolejna znajoma osoba w tym mieście. Tak więc szybka z mowa na niedzielne przedpołudnie i wybranie się wspólnie na targ staroci oraz kawę- dzięki Sylwia.  Następnie spotkaniem z kuzynem i jego ekipą podróż do katedry Sameby i  plac Europy oraz do polskiego kościoła na mszę w języku łacińskim z czytaniami po rosyjsku, po której to nastąpiło długie oczekiwanie spotkanie z ks.Maciejem przebywającym w Tibilisi. Tak naprawdę to zaprosił nas wszystkich na herbatę na plebanie, więc pogadaliśmy wspólnie, usłyszeliśmy historię kościoła i każdy z nas udał się w swoją stronę z zarysowanym planem na poniedziałkową wspólną podróż do Mcchety. Udaliśmy się tam o 10.15 bez planu czy zwiedzimy dużo, czy nie. Zimno nas ogarnęło straszne, tak więc szybko obskoczyliśmy monastery znajdujące się w centrum i odpuściliśmy podróż do tego dużego na górze. Ja z Sylwią wróciłyśmy do Tibilisi a reszta udała się w dalszą podróż by zobaczyć coś z tej Gruzji przed wylotem do domu. W Tibilisi na obiad adżarskie chaczapruii (to takie z jajkiem i masłem- pycha aa!). I czas rozstania z Sylwią popołudniem, bo każdy swoje plany. Wyszło słońce w Tibilisi więc dobrze było się udać na pochodzenie trochę po tych uliczkach starego miasta, usiąść na dobrym roibosie i udanie się na ciastko z Ią. A wieczorem z gorączką udanie się jeszcze na nocne foty Tibilisi, no bo przecież jeszcze takich zdjęć nie było a to już 3 dzień w tym mieście! Więc były foty, polopiryna i do łóżka z planem nie wstaję przed 10 J. Oczywiście, że w pełni wykonany! W poniedziałek udałam się na bazar poszukać skarpetek. Nawet zakupiłam z jakimś świątecznym wzorem, kolejna herbata w centrum. Wrócenie na mieszkanie po wszystkie rzeczy i udanie się na polską wigilię.
Czujecie to?! 10.12 szybko, ale tak się zdarza gdy konsul opuszcza Gruzję.  Dla mnie fajnie, załapałam się na fajne polskie wydarzenie. Poznałam kolejnych fajnych ludzi z naszego kraju. Ogarnęłam kolejną darmową miejscówkę do spania w warunkach studenckich i dochodziła godzina by udać się do dworca. Tak więc wyszłam i czekam, czekam próby złapania taksówki okazywały się trudniejsze niż przypuszczałam tak więc czemu by nie stop? Podbiłam do jakiegoś pana wyjeżdżającego z parkingu i ten ochoczo zabrał mnie i zawiózł pod same drzwi dworca! Coś podukałam swoim rosyjskim z nim więc ćwiczy się język, ćwiczy!  A podróż w pociągu… Może napiszę tyle. Było mi zimno, spałam w śpiworze, na siedząco w takim długim bez przedziałowym wagonie (ale cicho było nawet), budziłam się co godzinę jak nie częściej i czuje się teraz bardzo zmięta i zmęczona, lecz szczęśliwa całym tym wyjazdem.
Tak naprawdę fajnie jest spotkać tylu wspaniałych ludzi w jednym mieście, spędzić wspaniale czas, chociaż zatoki i gorączka na przemian z dreszczami dają popalić to nie żałuję żadnej chwili, którą spędziłam w Tibilisi. 
Takie spotkania owocują w moje lepsze samopoczucie psychiczne i jeśli tylko będę mogła będę wyjeżdżać jak najczęściej jak w najróżniejsze miejsca a jak co zawsze Tibilisi i Polacy i spanie i ktoś z kim można mądrze pogadać w kryzysowych sytuacjach J.
Dzięki Wam!
4. Zasypało mi Zugdidi! Jest biało, zimno i tak no fajna pogoda do zdjęć, ale przy moim stanie chorobowym ogarniającym strasznie szybko aż się odechciewa by to poczynić... tak więc byle wykurować się do 21.12 :)

PS  jest to 50 post na blogu!


poniedziałek, 25 listopada 2013

Tadam!

Ruszył projekt, ruszają ludzie. Czekam na informację od reszty, ale ja już zaczęłam. Więc zachęcam do zaglądania tu:
http://100facesproject.blogspot.com/
a polubienia tego:
https://www.facebook.com/100facesproject

TADAM:)!

środa, 20 listopada 2013

szkoleniowo-polsko-międzynarodowowo. tadam!

Szkoleniowo– polsko-międzynarodowo!
Byłam sobie 5 dni na szkoleniu dla wolontariuszy EVS w Sighnagi. Piękne miasteczko, ale strasznie zrobione pod turystów to po 1 a po 2 pogoda przez 2 dni nam nie chciała dopisać, więc przywitała nas ogromna mgła i zasłaniała wszystko co mogliśmy widzieć. 
Ogólnie czas świetny. Duża polska ekipa, dużo mogliśmy rozmawiać ze sobą i za równo integrować się  międzynarodowym składzie. Było bardzo rodzinnie. Jeśli w ogóle to odpowiednie słowo, stworzyliśmy bardzo świetną ekipę i  żal było się rozstawać po tych 5 dniach wspólnego imprezowania, dyskusji i masy fajnych inicjatyw!
Szkolenie przyniosło dla mnie czas zatrzymania i poukładania tego co ważne i mniej ważnego. Po prostu wyjechania i nabrania dystansu do życia na EVS. Najważniejsze stwierdzenie to „nie jesteście tutaj, żeby zmienić świat, bo tego się nie da zrobić, ale jesteście tutaj by się czegoś nauczyć.”  Nie pamiętam czy dokładnie to tak było powiedziane, ale na pewno zachodziło o ten kontekst. Wszystkie konferencje, zadania były ważne. Dawały odpowiedzi na pytania, dawały integrację dla nas i pokazywały jak ważna jest grupa i rozmowa.  Pokazywały, że wspólnie możemy zdziałać wiele, bo w samotną podróż nie warto się udawać. Potrzeba wsparcia!
Dodatkowym fajnym aspektem było spotkanie z koordynatorami EVS, którzy akurat mieli swój trening w Tibilisi i przyjechali do nas byśmy mogli z nimi przedyskutować co nieco. Ważne to było. Doceniam ten punkt programu bardzo. Tym bardziej, że nie tylko spotkałam mocną ekipę z Polski ale i również z  innych krajów! Dodatkowo poznałam koordynatorkę z Ustronia. Czujecie to? Spotkać w Gruzji kogoś, kto mieszka tak blisko. Szkoda tylko, że spotkanie było takie krótkie…. ale może w Cn też uda nam się spotkać, kto wie
J?
Wiem, że chaotycznie ale chciałabym się z Wami podzielić wszystkimi ważniejszymi aspektami, ale nie potrafię sobie ich poukładać. Wiem! Gry. Poznałam nowe fajne gry integrujące grupę, naprawdę fajne. Musimy przetestować to w Polsce podczas jakiego spotkania, podczas naszej imprezy
J!
Po intensywnym czasie treningu przyszedł czas rozstania w TIbilisi, aż żal było wyjeżdżać i się rozstać, bo naprawdę fajna ekipa z tych ludzi jest… Tęsknie za Wami, no!

W Tibilisi nocne włóczenie i dzienne. Niesamowite spotkania przypadkowe na ulicy, dające pomysł na kolejne godziny w tym mieście. Ogólnie krótko, bo musicie sami to zobaczyć a ja bardzo chętnie znów tam pojadę! Zdjęć mało i nic szczególnego, zmęczenie dało popalić więc muszę nadrobić. Szkoda, że się nie uda na wystawie być, ale pojadę… w grudniu czemu by nie ;)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Krótko. Tematycznie

Krótko i na temat, bo po co się dziś rozpisywać gdy nie ma o czym. W Polsce mamy święto narodowe i w Zugdidi też będziemy świętować a co się dziwicie? Jest nas tu 8 Polaków i pierwsza okazja do takiego spotkania. Prócz tego, że będę najmłodsza z tego grona, ale co tam. Zawsze fajnie spotkać rodaków w Gruzji (akurat to nie jest takie trudne, bo często jak się gdzieś jedzie można usłyszeć Polski). Pewnie a do tego się cieszę, bo dawno nie miałam okazji spędzić czasu tylko w gronie Polskim, więc okazja 11 listopada jest jak najlepszym momentem aby to zrobić.
A jutro wyjeżdżam nocnym pociągiem do Tibilisi a później dalej do Sighnaghi na szkolenie. Tak właśnie to szkolenie, na którym miałam być we wrześniu ale cieszę się bardziej, bo zobaczę za razem dwa miasta a nie tylko jedno oraz liczę na naprawdę fajne osoby, które uda mi się tam poznać i dobry czas spędzony na szkoleniu.


A z bieżących spraw projekt 100twarzy ciągle się rozwija, rozwija. Muszę oficjalnie podziękować za rozwój projektu na linii Norwegia-Gruzja, bo tylko dzięki Tobie mam tyle sił by dążyć do celu w tym. Dzięki, że mnie tak wspierasz w tym!
 Mam nadzieję, że dojdzie do momentu, kiedy zacznę publikować zdjęcia na nim. Możliwe, że pierwsze gruzińskie oraz włoskie pojawią się już w następnym tygodniu. Ruszę z tym, bo nie można tak trwać w bezczynności.

środa, 6 listopada 2013

Jak z jednodniowej wycieczki powstaje dwudniowa... Kutaisi

Tak więc po małych problemach technicznych czyli po 3 dniach bez komputera, bo zasilacz odmówił posłuszeństwa i przestał ze mną współpracować wracam do świata żywych i mogę napisać o tym jaki miałam fajny weekend. Mianowicie postanowiłyśmy pojechać zobaczyć Kutaisi tym razem.
Kutaisi (gruz. ქუთაისი, nazwy antyczne: Aea/Aia, Kutatisi) – miasto w zachodniej Gruzji, w prowincji Imeretia nad rzeką Rioni, na wysokości 125 – 300 m n.p.m. Około 182,5 tys. mieszkańców, drugie pod względem wielkości miasto Gruzji. Siedziba Parlamentu Gruzji [wikipedia]
Plan prosty, czasu mało ot taka jednodniowa wycieczka, bo miasto tylko 2 godziny drogi w jedną stronę. Na początek wyprawa do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się co warto zobaczyć, gdzie iść co zobaczyć. Kilka fot i czas na szybki obiad. Po obiedzie wybrałyśmy się do monastyr gelati. Raj dla osób uwielbiających freski, piękne widoki i taką ciszę oraz spokój wszędzie w koło. Magia miejsca ogarnęła mnie w bardzo szybki sposób, zaczęłam bawić się w robienie zdjęć. Chciałam porobić jeszcze kilka, ale trafiłyśmy na ceremonie ślubną, która uniemożliwiła mi zrobienie kilku zdjęć chociaż i tak jestem zadowolona z tego co udało się tam uchwycić. I tą piękną pogodą jaką nas los obdarzył.
Czas było wydostać się do miasta i dziewczyny postanowiły, że będą nocować. W moich planach było, że wracam do Zugdidi, bo szczerze trochę szkoda było mi kasy na nocleg tym bardziej, że nie jest to tak strasznie daleko, ale dałam się przekonać i zostałam również razem z nimi. Czego oczywiście nie żałuję, bo wieczorem wybrałyśmy się pooglądać miasto nocą, posiedzieć chwilę w knajpie i wróciłyśmy na nocleg do hostelu.
Następnego dnia pierwszym punktem było muzeum historii  - ja popadłam w zachwyt nad tymi wszystkimi ikonami jakie były tam pokazane! Jeszcze nigdy nie widziałam takich pięknych ikon jak właśnie w tym muzeum. Jednak jak wiadomo wszystkie ikony te najważniejsze i najpiękniejsze wyciągane są w cerkwiach jedynie w okresie Wielkanocy więc może wszystko przede mną.
Po muzeum czas na miasto z góry czyli podróż koleją aby podziwiać trochę widoków i trochę miasta od góry. A następnie podróż zobaczyć katedrę Bagrata./ Nie wiem kto wymyślił to, ale od razu skojarzyło mi się z zieloną Studnią Trzech Braci w Cieszynie/, której dach jest zielony, ponieważ został odbudowywany chociaż UNESCO chciało zostawić ją w stanie nienaruszonym. Po zobaczeniu pięknych widoków ze skał, które znajdują się za katedrą powrót do miasta i zaliczenie tamtejszego bazaru! Jakoś tak wydał się inny niż ten w Zugdidi, bo i większy i bardziej ludzie tacy otwarci jeszcze bardziej. Więc spokojnie mogłam zrobić kilka zdjęć.
Ot tak nic szczególnego ta notka, ale dla pamięci zapisuje by nie zapomnieć….
Tak z planu jednodniowej wycieczki powstał bardzo szybko plan dwudniowy czyli wszystko w normie, że nie wraca się do domu tak jak się planowało.

A to jest z monastyru gelati. św. Jerzy- patron Gruzji


czwartek, 31 października 2013

nowości...radości?

Dawno nic nie nakreśliłam, bo w sumie nie było o czym. Raczej jest o czym, ale niektóre sprawy lepiej zachowywać dla siebie i nie wywlekać je na światło dzienne za bardzo. A tym bardziej nie należy o nich wspominać na blogu.
W tygodniu obrabiałam zdjęcia, szczerze i otwarcie już mi się nawet nie chce a jak pomyślę, że muszę zrobić znów kolejne linii bo ciągle jest coś nie poprawne znaczy kartka nie jest biała i mam tego 3 foldery to skręca lekko i popadam w akty desperacji(ale już chyba wymyśliłam!)! Ale właśnie te akty desperacji wywołały u mnie w piątek i pociągnęły dalej  na sobotę niesamowite pokłady tego aby zrobić i doprowadzić do skutku plan warsztatów fotograficznych- podciągnąć się w teorii a za razem poćwiczyć co nieco własny warsztat. I kieruję tu ogromne podziękowania dla Miki, która wspiera mnie w tym dziele i przesłała oraz przypomniała o fajnych rzeczach jak magazyn „Pokochaj fotografię”, który oczywiście bardzo polecam!
Z niego też zaczerpnęłam trochę inspiracji a dokładnie z tekstu, który pozwolę sobie zacytować ponownie:
"Cierpliwość to cecha ludzi mądrych. Podziwiam ludzi nią obdarzonych i -odkąd pamiętam trenuję ją w sobie. Cierpliwość z wytrwałością się miesza. Jeśli wystarczająco długo powtarzasz jakąś czynność, stajesz się mistrzem. Uwielbiasz ten moment oczekiwania na ujęcie, to jedyne i niepowtarzalne, na ten wyjątkowy moment, który najczęściej nie nadchodzi....
Są wśród nas też tacy, którzy cierpliwie kreują. Pracują we wręcz laboratoryjnych warunkach własną cierpliwość wystawiają na największą próbę. Tych podziwiam najbardziej za wytrwałość i niezwykle poruszające efekty. 
I tu dochodzimy do sedna zmuś się do tworzenia, zacznij jeden projekt. Nie ważne czy od dziś zaczniesz przez kolejne 365 dni fotografować otaczający Cię świat, nie ważne czy będą to portrety, nie ważne czy będzie to 100 nieznajomych czy seria autoportretów. 
Najważniejsze aby cierpliwie wytrwać w tym co robić."
Michał Mrozek. Pokochaj Fotografię

Po przeczytaniu go kilka razy postanowiłam, że zrobię na razie może i skromnie, ale od czegoś trzeba zacząć własny projekt o skromnym tytule : 100 twarzy Gruzji(miało być po 1 zdjęciu na dzień, ale czasami robię ich więcej a czasami zero, bo nie ma tej twarzy…). Zaczynam moją kolekcję zdjęć. W sumie temat sam wpadł na myśl po tym, że mam z jednego z seminariów na którym robiłam zdjęcia; zdjęcie chłopca, który zagląda przez okno. Jeszcze nie wiem gdzie zacznę zamieszczać te zdjęcia, ale coś wymyślę. A może Ty masz pomysł co to powinno być?
I siedząc w sobie w jedynym miejscu w Zugdidi, które ma dobrą  kawę i wi-fi poznałam 2 panów z naszego sejmu, którzy przyjechali na niedzielne wybory ot co! Jako obserwatorzy jak pracują poszczególne komisje cóż za dziwny stan.  Co za zdziwienie ich a za równo moje, ale fajne to było spotkanie,
Niedziela za to pociągnęła nas nad morze, na plażę na której zrobiłam moje foto, które wygrało konkurs! Tak moje pierwsze dobre foto weekendowe i do tego wygrywa coś fajnie. Tak więc z dobrą pogodą na duchu jak i na zewnątrz, zapasem jakiegoś jedzenia, małym ręcznikiem oraz naładowanymi bateriami z małymi przygodami udało się nam wyruszyć i po około godzinie drogi dojechaliśmy na miejsce. W to piękne miejsce! Plaża, słońce i ciepłe morze. Ja tylko odważyłam się pomoczyć stopy ale przy większych falach moje spodnie były mokre aż po kolana.
Później postanowiliśmy udać się do restauracji na nasze ulubione Chinkami! Mniam:). I tu chyba zakończę historię, bo właśnie po niedzielnych Chinkami mam straszne problemy z żołądkiem i od poniedziałku nie jem prawie nic a jak coś jem to bardzo ostrożnie….
Dodatkowo wczoraj mieliśmy trening, znaczy tutaj był organizowany trening na temat „Przemocy w rodzinie” oczywiście, że wersja gruzińska! Oprócz tego, że pomieszałam sobie dni, bo myślałam cały czas, że to dziś a nie wczoraj spóźniłam się w zacnym stylu prawie godzinę! No nie mogłam się zwlec z łóżka i jakoś to tak poszło, że trwało to moje zbieranie trochę dłużej niż zwykle, albo raczej moja pobudka nastąpiła ponad godzinę później niż zwykle (tak bardzo mi się nie chciało wstawać i przybierałam wszystkie możliwe pozycje w łóżku). Gdy już dotarłam do stowarzyszenia robiłam zdjęcia i była masa jedzenia, na które nawet patrzeć nie mogłam ot co. Wiadomo jak jest.
Dziś mamy jakieś seminarium, pewnie znów będę robić zdjęcia i ogarniać to w następnym tygodniu wszystkie te foldery.

A w weekend…się zobaczy co się wydarzy

wtorek, 15 października 2013

Borjomi/Bordżomi

Bordżomi (dawniej Abbas-Tuman; gruz. ბორჯომი) – miasto uzdrowiskowe w Gruzji w regionie Wewnętrzna Kartlia. Położone jest w górach Małego Kaukazu, nad rzeką Kurą (w Wąwozie Bordżomskim). Wokół miasta roztaczają się tereny Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Zamieszkiwane jest przez około 15 tys. mieszkańców.
Miasto zostało założone w 1829 roku. W latach trzydziestych XX-wieku odkryte zostały chlorkowo-wodorowo-węglanowo-sodowo-wapniowe wody mineralne, mające leczniczy wpływ na drogi żółciowe i choroby przewodu pokarmowego. W czasach sowieckich miasto zyskało status modnego uzdrowiska. Pozostałością lat świetności jest park Likani, w którym znajdują się dawne pałace rodziny carskiej. Obecnie ogólnodostępne są gorące i zimne źródła w parku zdrojowym.
Miasto słynie z butelkowanej w tym uzdrowisku wody mineralnej "Borżomi". W maju 2006 roku, na fali ochłodzenia stosunków rosyjsko-gruzińskich, rosyjskie władze zakazały importu wody Borjomi do Rosji, co ze względu na siłę marki, spotkało się z protestami. Pomimo utraty głównego rynku zbytu, producent wody kontynuuje ekspansję w innych krajach (w 2006 roku, wśród odbiorców wody było 28 państw).
Bordżomi kandydowało do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku, jednak nie zostało wybrane (Igrzyska odbędą się w rosyjskimSoczi).
/z zacnej wikipedi/

A tak ode mnie to mieliśmy wolny poniedziałek, więc czemu nie wykorzystać tego. Tak więc w sobotę rano wybraliśmy się pociągiem do Chaszuri (o podróżach pociągiem innym razem), podróż długa, bardzo długa jakieś 6 godz, bo to ponad 200 km do przejechania było. Po przyjeździe pytamy się lokalnych ludzi o transport do Bordżomi, jakaś miła pani kazała mam wsiąść w jedną marszutkę, która podwiozła nas na miejsce odjazdu marszutek do naszego celu. Mamy 15 min, szybkie ogarnięcie owoców na bliskim straganie i mkniemy dalej, w góry! Piękne widoki, piękne. Wysiadamy w centrum miasta i idziemy do informacji gdzie dostajemy masę wieści. Znajdujemy tani nocleg (jak nam się wydawało 10 lari), zostawiamy rzeczy i idziemy sobie do parku, w którym można pobrać wodę do picia oraz jest basen. Tak więc godzina późna się robi idziemy przez las, przez nasz park w celu dotarcia do basenu, ale po jakiś 20 min drogi stwierdzamy wracamy jest ciemno i nic tu nie ma. W czasie drogi powrotnej spotykamy dwóch chłopaków, którzy jak się okazało robią objazd po Gruzji – jeden bardzo miły Gruzin a drugi Rosjanin. Zawracamy z nimi do miejsca basenu. Pięknie tam. /Ja nie pływam, bo wiadomo ledwo co się wyzbierałam/ temperatura wody ok. 30stopni, niebo, gwiazdy, księżyc, skały i las. Czy może być piękniej? Może! I o tym za chwilę :).
Wróciliśmy z nimi do centrum, poszliśmy na kawę i jak się okazało można nocować taniej, bo za 5 lari (tak więc na następną noc się przenosimy). Wróciliśmy do naszego pokoju z planem następny dzień- park narodowy i góry! Tak więc rano (że nd to centrum parku otwarte od 10), przeniosłyśmy rzeczy na nowy punkt noclegu i wyruszyliśmy do centrum parku, by się zarejestrować. Ot co. Tak właśnie zarejestrowałyśmy się dostałyśmy zgodę na wejście do Borjomi-Kharguli National Park. Wyruszamy na jednodniową trasę z nowymi znajomymi z Izraela. Trasa 6 godzinna, taka na ten jeden dzień. Idziemy, idziemy, idziemy w górę, w górę, w górę.! Oh słońce pięknie opiera się i przedziera przez drzewa. Jest pięknie. Tak kolorowo. Jesień, słońce i góry. Robię sobie czasem jakieś zdjęcie, czasem przystanę, bo sił brak ale tak fajnie jest, że naprawdę się cieszę, że mogę uczestniczyć w tej wyprawie:).
Stajemy w słońcu, obserwujemy piękne góry, takie widoki, przestrzeń. /Dla bywalców górskich nie trudno to zrozumieć/.
Po wejściu na szczyt czas zejść na dół. Jak się okazuje, zejście jest bardzo, bardzo strome. 2 razy ląduję na tyłku nie tylko dlatego, że się ześlizgałam ale również dlatego, że moje kolano, nie chce współpracować, ba ono całe drży i w ogóle ciężko zrobić kolejny krok. Gdzieś w myślach marzy już mi się cywilizacja, prosta droga i jedzenie. Tak więc chwila przerwy przy rzece i patrzymy jedzie samochód. Więc czemu nie. Łapiemy go na stopa, myślimy dowiezie nas do wyjścia super. Jak się okazuje nas kierowca miał w ten dzień urodziny! Lądujemy na jego imprezie urodzinowej- głodni turyści. Jest masa dobrego jedzenia, wina i wódki! W momencie, gdy pochłonęliśmy już masę wszystkie zarówno części stałych jak i płynnych dziękujemy i udajemy się do wyjścia. Wszyscy pijani cała nasza 5 osobowa ekipa. Łapiemy taxi i wracamy na nocleg, bo co innego można zrobić. Po tym mixie nic nam nie jest, wysypiamy się długim snem.
Plan na dziś jedziemy do Bakuriani – miasto uspane, wszystko zamknięte. Brak sezonu. Wracamy pociągiem 2 godz. tylko dla widoków, które tam są i z racji, ze mieliśmy dużo czasu…
W Bordżomi poszliśmy na kawę/herbatę i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Chaszuri ostatnią marszutką o 18.40. Więc w Chaszuri jesteśmy po 19 a nasz pociąg odjeżdża dopiero o 23.20! Czujecie. Tak siedzieliśmy na stacji, na której można rzecz nic nie było przez 4 godz. by móc po tym ogromnym czasie oczekiwania ruszyć w podróż powrotną  nocnym pociągiem z miejscami do spania. Ulokowaliśmy się wygodnie i po prawie 7 godz wróciliśmy do Zugdidi.
Była to piękna podróż. Podbudowująca moje zdrowie i moje samopoczucie. Pogoda, góry, dobre zdjęcia wiecie- tego mi było trzeba.
Tylko szkoda, że nie możecie tego ze mną dzielić- bo „szczęście jest prawdziwe tylko wtedy gdy się nim dzielimy”.


PS oto moim zdaniem najlepsze foto z parku narodowego!

Part 5- koniec na tą chwilę.

Koniec historii na tą chwilę taki:
Powróciłam do świata żywych. Z moim zdrowiem lepiej! Głowa ok. Ręka w miarę też. Śpię, nie chodzę na prochach ciągle. Jest ok.
Dzięki wszystkim za dobre słowo przez sms, fb, maila i w ogóle. Dzięki Wam było prościej mi przejść ten trudny czas.
Ogromny uścisk i dużo słońca dla Was!

sobota, 5 października 2013

Part 4- historii ciąg dalszy.


Cześć 4 opowieści trwa ciągle, więc może trochę objaśnię co się wydarzyło. Miałam iść do lekarza po raz 2, ale jednak nie dotarliśmy tam. Nie, że nie chciałam...ale Nana wyjechała, Olga również, więc słabo by było iść z tymi co nie mówią po angielsku a ja nie zrozumiem lekarza (bo pewnie gruzin, no) i mi nie przetłumaczą wszystkiego dokładnie. Ogólnie to nawet już marudzę tylko w środku siebie jak się fatalnie czuję, żeby już nikt nic mi nie powiedział (no i Dominice przez skype-dzięki za wsparcie od początku tej historii!)
Tak więc po ponad tygodniu przestało mi się w głowie kręcić i ból głowy nie jest taki przytłaczający (ale ciągle jest pulsujący tam w miejscu uderzenia, czasami też szumi i kręci się), ale kark daje nadal popalić w jakimś stopniu do tego ta moja ręka. Niektórzy wiedzą, że rok temu będąc w pracy sprawiłam sobie nie małe problemy z prawym barkiem, które trwały bardzo długo. Teraz ogarnia mnie trochę ten stan, że znów ręka zaczyna nie pracować zgodnie z moimi oczekiwaniami. Tym razem od upadku. W nocy najgorzej, bo momentami w ogóle jej nie czuję, znaczy budzę się w tym wielkim szoku co się dzieje z moją ręką. Jest strach, po prostu no. Tym bardziej, że powoli w ciągu dnia też dzieje się nie za dobrze. Mam problemy z utrzymaniem kubka lub książki w ręce, ale staram się dzielnie walczyć.
A na to wszystko moje gardło padło. Boli, boli, boli. Zaczyna mnie dusić, chrypać i w ogóle wiecie... Nie wiem czy to po prostu z tego padającego deszczu czy to może gdzieś od tych wszystkich stresów? Czuję się dosłownie „jak zdjęta z krzyża”! Dawno nie miałam takiego stanu ogólnego połamania fizyczno-psychicznego. Blech.
Z racji tego, że szefostwa nie ma to umówiłam się na rozmowę przez skype z Magdą moją koordynatorką wyjazdu z PL by ją w sumie poinformować o tym co się wydarzyło, bo nie chciałam opisywać tego w mailu oraz by się zapytać jak wygląda sytuacja np. powrotu na dalsze leczenie w PL i powrotu później do Gruzji znów. Mam od niej zielone światło i wszelkie poparcie. Powiedziała, że będzie mnie wspierać w tym. Że mam pogadać na początek jak najszybciej się da z Olgą koordynatorką moją tutaj w Gruzji i powiedzieć wszystko nawet o ręce, żeby tego nie zostawić tak, bo to nie ma sensu i męczyć się niepotrzebnie też nie warto. Chodzi też o zadania, które mogę otrzymać i nie być w stanie wykonać. Jeśli nadal będę chciała wrócić by skonsultować to wszystko z lekarzem w PL to mam najpierw mam pójść skonsultować się z lekarzem tutaj lokalnym kiedy mogę lecieć by nie było jakiś niespodziewanych problemów w czasie drogi. Tym bardziej, że ostatnio mam wysokie ciśnienie. A wiecie jak to poznaje się a po tym, że głowa boli z tyłu. To właśnie ból z tyłu jest od zbyt wysokiego ciśnienia. Dlatego też Magda nawet zrozumiała moje obawy podróży samolotem przy zbyt wysokim ciśnieniu chyba bym im tam na zawał zeszła... Tego to nie mam zamiaru zrobić, bo chce żyć i z Wami spędzać świetnie czas.
Tak więc nie wiem co się wydarzy i jeszcze może okazać się, że wrócę do Was jeszcze w październiku na kilka- kilkanaście dni. Nie wiadomo co i jak jeszcze. Zobaczymy tak naprawdę po dalszych rozmowach i konsultacjach co wyjdzie.

Historia ciągnie się dalej....

czwartek, 3 października 2013

Part 3 - szpitale i bóle.... historia trwa dalej!

Część 3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10 pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski – tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone. Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać. Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala.  Więc wolno się przebrałam z pidżamy połowicznie rzecz ujmując nawet.  Wolno i wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę! Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój  tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko, PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie. Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo chodzenie zabronione.  Stoję sobie, Maya stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże. Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza, ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa. No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw (niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje… ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa. Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się, jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry do łóżka. I poszłam spać.  Głowę mi rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu, bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…

PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^

środa, 2 października 2013

Part 2- projekt Kobuletii

Projekt w Kobuletii „Crossroad of culture” 20-28.09, w który dla mnie miał trwać od 20-25.09 a skończyło się jak się skończyło o tym w części 3, która jutro.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę.  Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i  wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.


Part 1- 23 urodziny!

Stwierdzam właśnie leżąc kolejny dzień w łóżku, że to dobry moment na napisanie 3 następnujących po sobie notek i składających się w jedną całość.
Jak wiadomo były 23 urodziny wersja gruzińska, projekt Kobuleti oraz miało być szkolenie w Tibilisi zamienione na 2 wizyty szpitalne. Więc może po kolei...
nie wszyscy pewnie wiecie jak skończyły się moje urodziny, ale większość z Was wie jaki był prosty plan : jechać nad morze, wziąć butelkę wina i się uchlać. Prawie, że się to spełniło prócz tego morza, które było z lekkim opóźnieniem dzień później.
Wstaję sobie rano w ten niezwykły dzień, w  którym człowiek zaczyna myśleć ile mógł zrobić w ciągu ostatniego roku, ile zrobił i ogólnie wiecie zaczyna gdybać nad tym marnym życiem oraz jak to akurat w moim przypadku było planować co jeszcze można zrobić by za rok znów być gdzieś w niezwykłym miejscu, którego do dziś nie wymyśliłam :).
Tak naprawdę nawet nie powiedziałam nikomu, że mam urodziny, bo czym się chwalić nie. Zjedliśmy szybko śniadanie i ruszyliśmy do stowarzyszenia gdzie poczynając ostatnie przygotowania przed projektem odczytywałam sobie od Was wszystkie przejawy ciepłych i radosnych słów. Aż w pewnym momencie przychodzi do nas Nana stwierdzając oczywiście głośno i oficjalnie, że mam urodziny i się zaczęło…  Były życzenia, 3 razy sto lat, było dobre ciasto i stwierdzenie oficjalnie pijemy wieczorem. Tak więc aż zaczynam powoli się obawiać wieczora, bo nie mam za mocnej głowy, kiedy pije się szybko i dużo.
Nastąpił wieczór. Kolejne życzenia i czemu nie powiedziałam, bym miała prawdziwego tort a tak były pyszne naleśniki z jeszcze lepszym miodem (naprawdę uwielbiam tutaj miód, Gruzini mają wspaniały miód) oraz  z serem no i masa dobrych rzeczy i jeszcze większa ilość wina.
Kolejne sto lat: wersja gruzińska, rosyjska oraz czeska a polską sobie na yt odsłuchałam- przez połdnie. Tak to się nazywa imprezowanie w międzynarodowym gronie! Lało się wino i lało...
Aż w pewnym momencie się pytają czy wódkę pijemy i na stole ląduje czeska wersja śliwowicy! Dobrze, że nikt jej nie otwarł. W mojej głowie po tej ilości wina /ile wina to tylko wiadomość na priv/ zaczęło dobrze mi szumieć w głowie oraz czułam jak mój żołądek zaczyna się powoli buntować. Więc z myślą idę umyć twarz i idę spać wolnym i chwiejnym krokiem udałam się na górę. Gdzie docierłam nawet nie wiem jak! Po czym przebrałam się w pidżamę by powrócić szybko na dół do łazienki.  Na górę wróciłam tylko po ręcznik, telefon i kołdrę. Noc spędziłam na kanapie, z której miałam wszędzie blisko znaczy do łazienki blisko, z  którą przez wieczór bardzo się zaprzyjaźniłam.  Nana siedziała ze mną tak długo, aż mój żołądek się nie uspokoił. Dostałam obrzydliwej mineralnej wody, która dobra jest właśnie na jakieś takie problemy i usnęłam. Rano z racji tego, że już na 8 mieliśmy być w Zugdidi czyli wstawanie wczesne- ratunkiem chwilowym był prysznic, pakowanie, śniadanie i szybkie się ogarnięcie było trudne do zrobienia. W mojej głowie huczało, rozsadzało mi czaszkę z bólu, chciało się spać i suszyło tak strasznie szuszyło a tu przed nami była cała droga jakieś 1,5-2 godzin samochodem do Kobuleti.
A w Kobuleti było spełnienie mojego marzenia morze, plaża i cisza oraz ładna ciepła pogoda. Ot taki prezent na mój ból głowy tamtego dnia.
Tak dzień urodzin skończył się z wypełnionym poniekąd planem. Chociaż takiego kaca nie miałam dawno to nie żałuję żadnej chwili. 
A wieczorem oficjalnie zaczęliśmy projekt, o którym w następnej notce…


czwartek, 19 września 2013

Podróżujemy dalej...


Krótko i na temat ponieważ „..czas goni nas goni nas cały czas...”
Jedziemy na artystyczny projekt do Kobuletii (morzeeee:)!) na 4 dni (nie pytajcie, bo nie wiem nic prawie, prócz tego, że to Artystyczny Projekt) no a już 25 września ląduje w Tibilisi na szkoleniu aż do końca września tak więc prawdopodobnie notek przez ten czas nie będzie i nie wiem jak będzie z dostępem do neta, ale jestem pod telefonem gdyby coś- chyba skończyła mi się kasa, ale spróbuje załatwić doładowanie :)

Macie akcent muzyczny na dziś specjalny dla mnie w tym wyjątkowym dniu - dzięki za wszystkie przejawy dobrych słów:) :
http://www.youtube.com/watch?v=H0Kw6uyNM7E
"...A z marzeń czerpię wciąż siłę nową. Gdy czarne chmury wiszą mi nad głową. realizuję mój plan, łapię w skrzydła wiatr..."

Tak więc udanego czasu, bo ja liczę na bardzo udany pod względem zdjęciowym :)!

wtorek, 17 września 2013

Mestia- love moje:)




Jeden weekend morze a w drugi góry!
Oh i ah wiecie jak się cieszę z tego powodu, że udało nam się pojechać w góry i zobaczyć te miejsca z bliska nie tylko z daleka. Takie widoki, takie lodowce, takie fajne miejsca. Może zacznę od początku by uporządkować trochę tą notkę, bo tak to będzie chaotycznie i dla niektórych co nie mieli relacji od razu może być problem by nadążyć za moim tokiem myślenia.
Przygoda zaczęła się w piątek ok godz. 14.30 kiedy to gotowi do boju a raczej podboju Mestii usiadłyśmy wygodnie w marszutce (tutejszy bus- kierowcy szaleńcy) z zapasem wody, owoców wyruszamy na odległość ok 130km w góry po serpertynach górskich (coś w stylu drogi na kubalonkę) tylko tutaj stanowczo bardziej niebezpiecznie a do tego po jednej stronie skalna półka a po drugiej rwąca rzeka, Momentami miałam chwile, że nie wiedziałam czy mam zamykać oczy, płakać, modlić się o życie czy lepiej jakoś wyskoczyć na zewnątrz i pójść może piechotą. Na prawdę droga jest straszna. Czasami dziura a kierowcy momentami rozwijają szalone prędkości. Naprawdę jeżdżą tutaj bardzo, bardzo szybko to musicie przeżyć na własnej skórze- polecam! Jednak nie wysiadłam po drodze. Obserwując dalej zachwycające widoki naprawdę robiły one wrażenie! Takie, że aż chciało by się tylko siedzieć i patrzeć i patrzeć... No przydalibyście się Wy do towarzystwa by móc z Wami usiąść, wziąć wino i patrzeć na te krajobrazy „szczęście jest tylko wtedy prawdziwe gdy się nim dzielimy!”
Wracając do dalszej drogi to po jakiś 3 godz jazdy szybkiej i zaskakującej, kierowca zatrzymał nam się blisko naszego hostelu, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg oraz zadzwonił do Rosy, aby powiadomić, że już jesteśmy i nadchodzimy. Fajnie, że się tak tu o ludzi martwią i są tacy gościnni. Zostaliśmy miło powitani. Szła nas do Rosy 4 osobowa drużyna z marszutki: ja, Marketa oraz dziewczyna z Ukrainy i chłopak z Belgii (prawdopodobnie byli parą, albo byli w jakiś sposób związani ze sobą bo jednak podróżowali razem).
Po szybkim ulokowaniu się w pokoju czas wyruszyć na spacer po miasteczku. Tak też więc ruszyłyśmy, z górki łatwa sprawa, pierwszy postój to informacja turystyczna w celu zasięgnięcia rady, na którą górę ile czasu może zająć nam wejście tak więc do lodowca dojście 3 godz w jedną oraz 3 godz w drugą. Zaopatrzone w taką wiedzę postanowione w sobotę idziemy w góry zobaczyć lodowiec z bliska. Dalsza trasa chodzenia po Mestii to pozaglądanie w jakieś kąty i znalezienie odpowiedniej trasy by z rana nie błądzić. Rzut oka na kilka fajnych widoków kilka zachwytów nad tym wszystkim i zakup gruzińskiego ciepłego chleba. Razem z tym chlebem idziemy sobie dalej i dalej oglądając to tu to tam fajne miejsca. Stojąc przy mapie Mestii poznajemy Zazę gruzina, który zaprowadza nas do miejsca niesamowitych widoków oraz przechodząc przez uliczki, które przypominają mi te z Asyżu poniekąd również pod górkę /tylko Was brakowało/ dotarłyśmy do miejsca, z którego widok niesamowity (może to dziwne, ale tu wszędzie widoki były niesamowite i takie zachwycające!). Takie wieże obronne jest ich wiele w Mestii, jak i bliskiej okolicy, które stanowią jakieś wioski stanowiące całość z Mestią (nazw nie pamiętam więc nie powiem Wam żadnej z nich...). Tym sposobem piątek zakończony został wspaniałym spojrzeniem na zatopiony w zachodzie słońca jeden ze szczytów pokrytych już śniegiem. Wieczorem chwilka rozmowy na skypie z rodzinką i czas spać, bo już w sobotę rano wyruszamy!
Tak, więc po obfitym śniadaniu- jeśli jeszcze nie wspominałam to w gruzji je się bardzo obfite śniadania. Sobotnie składało się z małych naleśników, jajecznicy z serem oraz kaszy + dodatkowo był chleb a na drogę dostaliśmy jabłko(pyszne!), Więc zaopatrzone w owoce, naładowane baterię, dobre humory wyruszamy w 3 godzinną podróż po drodze zahaczając o sklep by zakupić dobrą wodę do picia. Idziemy sobie patrząc na góry po prawej, po lewej, przed nami jak i za nami..Wiecie jak fajnie być otoczonym górami, pięknymi, wysokimi górami, pokrytymi lasami a co niektórymi szczytami zakrytymi w śniegu. Marzenie! Z racji tego, że będąc w takich miejscach nie lubię się śpieszyć więc idę wolniejszym krokiem, robiąc co chwile zdjęcia oraz popadając w zachwyt nad tym wszystkim co mnie otacza. To czyste powietrze, wolność, świeżość oraz pogoda! Urokliwie ciepło ze 25 stopni! Wszystko, wszystko tak pięknie szkoda, że zdjęcia nie odzwierciedlają tego piękna, tej przyrody. Czasami coś złapało się dobrego na zdjęciu, ale nie wszystko.
Idziemy drogą, wzdłuż rzeki, za rzeką góry, obok nas skały. Przerwy na nacieszenie oczu, zrobienie sobie zdjęć to z tą to z tą górą. Idziemy dalej i dalej. Czas coraz bardziej jakby się dłuży, robi się coraz cieplej...ale idziemy. Aż patrzymy lodowiec jest coraz bliżej. Mijajmy pana mundurowego, który utwierdza nas do lodowca ze 2 km-gruzińskie 2km nie oznacza 2 km :), trzeba przejść przez most. Patrzę się most nad rwącą rzeką. Na początku a pikuś co to dla mnie. Po czym jak weszłam na niego, może będąc w połowie drogi most zaczyna się kołysać, wrażenie, że rzeka płynie szybciej, zbiera się na wiatr... strach, przerażenie w mych oczach ale i radość, że jestem w takim pięknym miejscu a do tego mam takie widoki wkoło siebie! Most pokonany, wspinamy się po skałach, idziemy przez las myśląc miały być 2 km a już idziemy chyba dłużej, ale pod górę, po skałach zawsze dłużej. Przerwa na kolejne zdjęcia, nad rzeką na skałach. Fajne miejsce, fajne widoki. I nasz cel coraz, coraz to bliżej. Mijamy coraz więcej osób, czyli cel bliżej. Wchodzimy po skałach. Tak, pierwszy raz wspinam się po skałach, gdybyście widzieli moją minę i przerażenie w oczach. Boję się, bo mam adiday, boję się bo kolano, a kamyki uciekają mi spod nóg. Kilka razy stopa gdzieś grzęźnie w szparze...ale nie tracę odwagi. Połowa drogi za nami, lodowiec widać coraz bardziej i lepiej widoczny. Przerwa. Chęć pozostania w tej bliższej połowie drogi i chęć rzucenia tego, że już nigdzie nie idę... ale schodzimy bardziej nad brzeg rzeki gdzie czuję się trochę bezpieczniej więc idę dalej. Popadam w zachwyt nad tym co widzą moje oczy. Przede mną otwiera się sam lodowiec! Mój cel. Mój wielki Mount Everest! Jeśli tak właśnie wygląda droga na Mount Everest to ja zdobyłam swój, bo jak kiedyś ktoś mądry powiedział: Każdy człowiek został stworzony, aby zdobyć swój Mount Everest! Ja właśnie go zdobyw(ł)am. Tym sposobem po wielu trudach, bólach, zachwytach dotarłyśmy do naszego sobotniego celu. Cudowne uczucie! Czasami się poddajemy i upadamy, ale najważniejsze to podnieś się po tym upadku i iść dalej!
W drodze powrotnej, z wielkim trudem i bólem kolana wracamy. Dziękujemy jednemu kierowcy, który się zatrzymał aby nas zabrać na stopa /stało się to w momencie, kiedy powiedziałam „a może wracamy na stopa do Mestii” po czym nie upłynęły 2 minuty i samochód się zatrzymuje. Śmiać mi się chciało i stwierdziłam, że Ktoś ma dobre poczucie humoru :)!/ idziemy dalej, spotykamy polaków chwila rozmowy i następny samochód się zatrzymuje tym razem ciężarówka już nie dziękujemy a korzystamy. Kierowca miły daje nam nawet gruzińską ZIMNĄ fantę- moje wybawienie!
I tym sposobem szybszy powrót do hostelu z zapasem jogurtu na kolację zapełniamy się i padamy ze zmęczenia można powiedzieć. Wyruszamy jeszcze na chwilkę później na chlubę swanetii czyli kubdari- rodzaj chyba chaczapurii, ale mi nie przypadło szczególnie do gustu.
Na niedzielę plan może Ushguli, może kolejna góra. Chociaż moje kolano mówi dość gór. Chyba mówiło bardzo głośno, bo pogoda zrobiła się bardzo zła, zaczęło padać już w nocy i o poranku aż do 11 kiedy opuszczałyśmy Mestię marusztką padało więc może i lepiej. Długa, długa droga do Zugdidi, ale już z mniejszym strachem, chwila przestana, chwila zachwytu. W Zugdidi kawa, przejście ok 4 km i łapanie stopa do Narazeni z racji tego, że miałyśmy prawie 3 godz czasu do marszutki ta opcja wydała się być najlepsza. I wiecie co – złapałyśmy na stopa zaraz 2 samochód, który przejechał tylko dlatego drugi, że ten 1 to był transportowy na 2 osoby :).
Po bardzo długim i wyczerpującym weekendzie czuje się bardzo szczęśliwa bez względu na ból mojego kolana... to szczęścia moc z powodu dobrych zdjęć, pogody, gór, widoków i chwil.


Oh i ah góry!:)

/sorry za długość notki, ale i tak starałam się skarać jak się da...chociaż może ktoś dotrwa do końca jej i przeczyta całość. Tej osobie gratuluję:)/

czwartek, 12 września 2013

Komar tu, komar tam... a nie widać go.!

Z cyklu przerażające!
To nawet nie chodzi o zwyczaje jakie panują w Gruzji, bo to temat na osobną notkę i ciągle jest modyfikowana by mogła ujrzeć światło dzienne i dostać się do publikacji.
Możecie wierzyć lub nie… lecz w Gruzji też są KOMARY! Jest tu ciepło, nie ma blisko wody a są i to w ilości sama nie wiem jakiej.
Sam fakt, że są nie jest tak drastyczny jak to, że gryzą tylko mnie. Nikt nie jest pogryziony tylko ja. Moje nogi, ręce i nawet twarzy mi nie szczędzą. Śpię w długich spodniach, jestem przykryta, mam nawet skarpetki na nogach a one i tak potrafią się przebić przez wszystkie warstwy by rano obudzić się z kolejnym bąblem, w którymś miejscu mojego ciała. Gryzą obok siebie, wszędzie. Mam nie jednego bąbla a od razu ze 4  w jednym miejscu. Nie będę uwieczniać tego jak bardzo strasznie to wygląda musicie mi uwierzyć na to słowo pisane.
Najgorsze w tym wszystkim, że usłyszałam tylko jednego i tylko pierwszej nocy. A sprawdzam pokój codziennie i tak naprawdę nigdzie nie mogę znaleźć żadnego komora, który by mógłby mnie 

zjeść. 
Tym o to łatwym sposobem stałam się łatwą, bo wieczorami padam ze zmęczenia ponieważ mój mózg musi wiele się wysilić by nadążyć nad angielskim oraz gruzińskim co jest dla niego trudne i zostaje zaatakowana przez nie wiem ile osobników, które polubiły bardzo moją krew.
 /Tutaj może zaznaczę śpię długo, bo do nawet 9 rano! Więc przy trybie chodzenia spać o 22 z braku dostępu do Internetu, jest to bardzo duża ilość snu jak dla mnie, ba za długa czasami lecz ja lubię spać i mi to nie przeszkadza :)/
 Dlaczego tylko moją mogę przypuszczać, że przez tego kota, który pożarł połowę mojej bułki, a którego uwielbiam! Nie przypuszczałam, że polubię jakiegoś kota małego kota tak bardzo jak tego uparciucha jest naprawdę cudowny! Czy da się odmówić takim małym słodkim oczom :)?

wtorek, 10 września 2013

Konferencje międzynarodowe- da się!

Ah konferencje, konferencje skypowe Polsko-Norwesko-Gruzińskie. Da się? Da się!:)
Dzięki za wspieranie i te rozmowy chociaż w kryzysowej sytuacji biletowej, ale się i tak też da. Oby następna nasza konferencja była mniej krytyczna a bardziej pozytywna i optymistyczna :)

Gdyby ktoś potrzebował to aktualnie jestem pod gruzińskim nr telefonu:
+995 555-253-475
Jednak polecam się na skype: gabrysia_o


poniedziałek, 9 września 2013

First week...


Trochę to trwało, żeby udało mi się pozbierać do napisania notki jako pierwsze wrażenie -Gruzja. Jak wiadomo pobyt w nowym miejscu, z nowymi ludźmi, językiem jest ogromnym przeżyciem jak i dobrą przygodą.
Dla mnie pierwszy dzień był chęcią rezygnacji i szybkiego powrotu do domu. Stres, pierwsza podróż samolotem, nowe miasto, ludzie i jakieś dziwne wrażenie „nie nadajesz się tu”. Dużo, dużo jedzenia już na sam początek. Przekonywały, że to zbyt wiele do pokonania dla mnie i że, naprawdę lepiej wrócić. Z dnia na dzień zaczynam się przyzwyczajać do panujących tu obyczajów jednak jest to bardzo trudne. Gdy już cieszę się z dobrej pogody, którą można wykorzystać to brakuje dojazdu do miasta jak i również internetu by było łatwiej się kontaktować oraz, że nie ma Was tutaj bo z Wami wszystko można było szybko zorganizować. Tak dobija mnie aktualnie fakt internetu tylko od pon-pt w godz. od 10-17 (lub krócej) i do tego czasu lokalnego czyli 8-15 czasu polskiego gdzie większość z Was jest poza domem jak normalni ludzie i, że nie mogę porozmawiać z rodzicami eh.. Dlatego jeśli macie czasem trochę czasu i ochoty to odzywajcie się do mnie na skypie, bo może akurat uda się nawiązać połączenie jak to udało się z Norwegią co z tego, że do góry nogami lecz nie przerywało! Dzięki za uratowanie humoru przed weekendem no i chwilę rozmowy, że się faktycznie da :)!
Pierwsze załamanie takie mocne już za mną, oby następnych nie było chociaż wiadomo tęsknota jest ogromna! Tylko Wasza świetna poduszka ratuje mnie wieczorami i jak się okazuje weekendami by móc zobaczyć Wasze uśmiechnięte buzie Nie wiem czy w ogóle jest w stanie przetrwać te 10 m-c, ale jak pomyślę ile ciepła od Was płynie to właśnie mnie parzy jak słońce, które wyszło nad Gruzją!
Dodatkowo pierwsze problemy żołądkowe- mój tata, do którego kieruję tutaj ogromne dzięki. Pamiętał o zabraniu węgla. Poratował mnie w sb bardzo!
Mija mi pierwszy tydzień wrażeń. Jako tako do roboty aktualnie wiele nie ma, ba prawie nic. Co poniekąd mnie cieszy, bo mogę pisać z Wami długo i dużo.
Zaczęłam naukę gruzińskiego. Uczy mnie i Markete (drugą wolontariuszkę) Esmena, jest to osoba, która pracuje w stowarzyszeniu lecz umie rosyjski a przy nas próbuje uczyć się angielskiego również więc tłumaczenia niektórych słów na około bywają bardzo zabawne.
Szczerze mówiąc cieszę się, że w Holandii w czasie wolnych chwil podciągnęłam sobie trochę pisownie alfabetu i kilka słów załapałam z tego języka, bo jest mi teraz dużo prościej poprawnie zapisywać te litery. Dostaliśmy również słownik z podstawowymi zwrotami angielsko-gruziński razem z zapisem fonetycznym, fajna spraw i bardzo ułatwia naukę.

Po tym pierwszym tygodniu myślę, że bycie wolontariuszem nie tyle polega na dawaniu co czerpaniu z kultury, języka oraz obyczajów danego kraju. Jak i bycie bardziej otwartym na to co daje życie. Byle wolontariuszem uczy życia bez wględu na długość czasu na jaki się jedzie, jest to dobra szkoła życia.!


PS zróbcie mi zrzutę na bilet do domu na święta a później wrócicie ze mną na sylwestra co:)?
Uczcimy wszystkie zaległe urodziny w ciągu kilku dni ;)

czwartek, 5 września 2013

Welcome Georgia!

Czas zacząć przygodę. Czas zacząć pisać z Gruzji.
Więc może zacznę od początku. W poniedziałek, gdy to dokonywało się wielkie pakowanie miałam ogromne trudności z zamknięciem walizki, nadal nie wiem jak to zrobiła moja mama, że weszło wszystko co miało się tak znaleźć /tutaj dziękuje mojej mamie za zapakowanie mnie-szacunek!/.
Zmierzając dalej już w kierunku lotniska pogoda nie sprzyjająca podróży ulewny deszcz… Moja pierwsza podróż samolotem na szczęście bez większych przygód prócz ulewnego deszczu, burzy i kilku miejsc turbulencji lecz jak to stwierdził Jarek, którego poznałam w samolocie „takie turbulencje to nie turbulencje” :D.
Wylądowaliśmy bezpiecznie i bezproblemowo na lotisku w Kutaisi, dostaliśmy pieczątki do paszportu (czad moja pierwsza pieczątka w paszporcie):D.
Złapaliśmy taxi – nie polecam, za drogo lecz moje zmęczenie oraz Jarka i Rafała sięgało zenitu nie chciało nam się szukać i czekać tym sposobem przepłaciliśmy. Podróż okazała się być niesamowitym przeżyciem! Sam widok krów, koni, świń, które chodzą sobie po ulicy tak po prostu i w ogóle się nie przejmują nadjeżdżającymi samochodami był bardzo niesamowity a za razem zaskakujący jak dla mnie. W czasie drogi nasz kierowca zatrzymał się w pewnym momencie przy jakimś sklepiku idzie po kubki i rozlewa nam wino własnej produkcji, wytrawne wino /nie lubię wytrawnych!/, ale to było dość dobre lecz zaznaczę może była godz. 7 rano a ja od poprzedniego wieczoru nic nie jadłam prócz paru ciastek na lotnisku więc naprawdę nie był to dobry pomysł na mój żołądek, lecz obyło się bez większych przygód :).
Ok. 8 rano dotarłam do Zugdidi na plac centralny. Jak na wczesną porę miasto puste, zero osób nikt się nie krząta to nie czas by wychodzić z domu tak wcześnie. Jednak w Gruzji stanowczo dzień zaczyna się później. Gdy dotarłam do miejsca chwilowego mego zamieszkania na wieś /nie pytaj o jej nazwę nie wiem/ plan był prosty prysznic, śniadanie i do łóżka lecz po obfitym śniadaniu. Tak śniadanie w Gruzji jem prawie godzinę i jest tego masa, nie umiem się przyzwyczaić, że prócz czegoś ciepłego są jeszcze kanapki i ciasto i sałatka i dużo, dużo jedzenia :). Po tym bardzo obfitym śniadaniu stwierdziłam, że jadę do Zugdidi bo będzie Internet i będę mogła z Wami popisać chwilę. Tym sposobem znalazłam się w biurze stowarzyszenia i poznaje osoby i spędzam tu czas do ok. 17 lub ciut dłużej.
Aktualnie nic konkretnego nie robimy lecz myślę, że im się czas będzie rozwijać to będą konkrety. Na razie tylko była prezentacja na temat swojego kraju i miasta do wykonania /dzięki Sylwia za pomoc z tym!/, którą dzisiaj prezentujemy.

Tak więc kolejna notka o mym stanie i pierwszych wrażenia moich i tęsknocie, będzie niebawem.

poniedziałek, 2 września 2013

Ahoj przygodo!

wyruszam w drogę daleką drogę
trwać niby bezpiecznie już dłużej nie mogę
chcę odkryć to co zakryte przede mną
chcę szukać tego choć może nadaremno
chcę poznać prawdę o sobie samym
kim jestem co robię tutaj między wami 
zostawiam wszystko co wspominam najmilej
bo choć ważne było to tylko na chwilę
porzucam to co było najciekawsze
bo cieszyło mnie jednak nigdy na zawsze


kiedy wrócę tu jeśli wrócę kiedyś
jeśli znajdę to po co szedłem wtedy
jeśli zapytacie to odpowiem wam
żyję kocham ufam i prawdę już znam


udaję się sam na najwyższy szczyt
gdzie nie ma półprawd i nie przetrwa mit
gdzie wszystko widać od góry w dół
gdzie ujrzę całość a nie prawdy pół 
spędzę w ogromnym lesie długie tygodnie 
zapomnę to co proste i wygodne 
gdy wszystkie demony podejdą blisko 
gdy cisza i ciemność przerośnie wszystko
wtedy pójdę dalej jeśli starczy mnie
tak trudno jest zbudzić się po długim śnie


kiedy wrócę tu jeśli wrócę kiedyś
jeśli znajdę to po co szedłem wtedy
jeśli zapytacie to odpowiem wam
żyję kocham ufam i prawdę już znam


Tak właśnie czas wyruszyć w podróż w nieznane. Tak długo oczekiwana i taka niesamowita przygoda. Przed wyjazdowo czuje się bardzo bardzo nerwowa i strasznie zestresowana. Nawet nie wiem w co ręce włożyć i co spakować by niczego nie zapomnieć. Lista rzeczy do zabrania ogromna a bagaż tylko 32kg. Chyba to jest ten moment w którym nauczę się pakować tak by zabrać to co ważne i potrzebne a by nie brać z nadmiarem...”zbiera się doświadczenie a nie rzeczy”.
Chociaż skąd mam wiedzieć co się przyda no za te 5 miesięcy :)?
Jednak tak naprawdę najważniejsze rzeczy zostały wykonane. Aparat jest, komputer działa, moje duchowe akumulatory naładowane a głowa pełna pomysłów!
Więc proszę Was o trzymacie kciuków, bo kolejne...

...Kolejne informacje już z Gruzji. Adios!



/bez odbioru!/

piątek, 30 sierpnia 2013

approved

Dziękuje za materiały promocyjne mojego ulubionego miasta!:)
Aż takiej ilości ich się nie spodziewałam oraz tego, że są takie fajne.
Mam nadzieję, że w stowarzyszeniu też się spodobają tak jak mi, tylko czy aby wszystko jestem w stanie wziąć ze sobą...;)?

Ciężki czas. Jest stres, są nerwy. Dzień wylotu coraz coraz to bliżej. Pierwsze oznaki tęsknoty a za razem pełnej radości, że już nie bawem będę tam.
Jeszcze w poniedziałek do załatwienia kilka ważniejszych spraw z rana, ostatnie dopakowywanie i rozmyślanie co jeszcze.
Długo oczekiwane i ciężkie. Oby jak najwspanialsza przygoda mego życia!



niedziela, 18 sierpnia 2013

wakacji ciąg dalszy.

 Już po połowie sierpnia. Powinnam chyba zacząć się stresować tym co przede mną, ale jak na razie mam spokój duży spokój.
Wróciłam z pracy, siedzę w Cn od 2 tygodni sobie jednak nigdzie na razie nie pojechałam tylko ogarniam to co trzeba a za razem imprezowałam w doborowym towarzystwie. /tutaj należą się ogromne podziękowania Wam za to co uczyniliście z każdym dniem, wieczorem, nocą z każdym naszym spotkaniem, które niby takie zwykłe stawało się niezwykłe- lubię Was bardzo!/.
Aktualnie szukam ostatnich rzeczy potrzebnych do wyjazdu, których nie mogę kupić w Cn tylko muszę gdzieś dalej jeździć, ale spokojnie coraz mniej tego więc się cieszę, że powoli wszystko zostaje dostępne na miejscu.
Jeszcze tylko do ogarnięcia komputer, do skołowania jakiś aparat /czyżbym musiała kupić taki podręczny mały:/?/, zrobienie odprawy internetowo i czas wyjazdu coraz bliżej.

Gdyby ktoś chciał się spotkać to teraz jeszcze w Cn ten tydzień, następny początkiem Krk-Krzeszowice-Krk (wrócę koło śr, czw.) i kilka dni Cn.

Dobrych wakacji (jeśli nadal je macie
J)!

niedziela, 30 czerwca 2013

Informacje o Gruzji


Będąc w Aleksandrii (koło Częstochowy taka miejscowość) w zeszły weekend kilka osób zapytało mnie o szczególiki dotyczące Gruzji stąd też powstał pomysł by napisać tą notkę. Pogoda dziś nie jest sprzyjająca do wychodzenia, więc wykorzystam leniwe niedzielne popołudnie by zawrzeć kilka przydatnych informacji na temat Gruzji w jednym miejscu.
Gruzja to mały kraj, którego powierzchnia zajmuje 69,7 tys. km 
jest to niespełna ćwierć obszaru Polski.
Liczba ludności zamieszkującej Gruzję to
4 630 841
Graniczy na północy z Rosją, na wschodzie z Azerbejdżanem, na południu z Turcją i Armenią a na zachodzie granicę wyznacza wybrzeże Morza Czarnego.
Stolicą jest Tibilisi, siedziba parlamentu znajduje się w Kutasi (tutaj mój samolot lądujeJ).Językiem urzędowym jest gruziński. Jak wyczytałam w jeden z mądrych książek alfabet ma już szesnaście wieków (tak właśnie gruziński to nie rosyjska cyrylica, ani znana mam łacina a tzw. „loczki Pana Boga” naprawdę wygląda jak loczki i brzmi bardzo dziwnie).
Religią Gruzji jest prawosławie (te ikony ah..). Od 327 roku chrześcijaństwo stało się religią państwową. Dwóch głównych świętych, którzy odgrywają największą rolę w życiu Gruzinów to św. Nino, która jest wspominana 27stycznia (pamiątka śmierci) oraz 1 czerwca (dzień, w którym przybyła do Gruzji) Według tradycji Nino przybyła do Iberii (dzisiejsza Gruzja) z Kapadocji, aby szerzyć wiarę chrześcijańską. Cudownie uzdrawiała chorych w imię Chrystusa. Święta Nino jest jedną z najbardziej znanych świętych w Gruzji, jej atrybut – krzyż św. Nino stał się symbolem kościoła gruzińskiego. Przechowywany jest w katedrze Sioni w Tbilisi. Św. Nino jest czczona jako oświecicielka Gruzji i równa apostołom.
A drugim świętym jest św. Jerzy (Giorgoba). Jego wspomnienie przypada 6 maja i jest on patronem Gruzji. Dzień św. Jerzego obchodzony jest również 23 listopada na pamiątkę jego męczeńskiej śmierci. Święty ten jest bardzo popularny w Gruzji, wiele kościołów nosi jego imię, jego podobizna widnieje w herbie kraju. Również wielu mężczyzn i chłopców nosi imię tego świętego, Giorgi to zdecydowanie najpopularniejsze imię wśród męskiej części populacji.
Podział administracyjny Gruzji to 2 republiki autonomiczne-Abchazja i Adżaria
(gruz. avtonomiuri respublika), 9 regionów administracyjnych- to jak nasze województwa (gruz. mchare) oraz wydzielone Tibilisi.
Te regiony to:
Kachetia
Mccheta-Mtianeti
Dolna Kartlia
Kartlia Wewnętrzna
Samcche –Dżawachetia
Imeretia
Guria
Racza -Leczchumi i Dolna Swanetia
Megrelia -Górna Swanetia stolicą jest Zugdidi moje nowe miejsce zamieszkania.
Gruzja obchodzi dwa święta narodowe: 9 kwietnia Dzień Jedności Narodowej oraz 26 maja Dzień Niepodległości.
Ponad 75 % obszaru tego państwa zajmują góry (czad!). W północnych regionach kraju dominują pasma Kaukazu Wielkiego, zaś na południu ciągnie się Mały Kaukaz. Oba systemy górskie łączy grzbiet Gór Suramskich (Lichawskich), który dzieli Gruzję na część zachodnią i wschodnią. Najwyższym szczytem Gruzji jest Szchara (a nie Kazbek!) o wysokości 5201 lub 5068 m n.p.m. (w zależności od źródeł). Największym obniżeniem jest nadmorska Nizina Kolchidzka.
Na temat mojego przyszłego miasta zamieszkania napiszę tyle Zugdidi jest stolicą regionu Samegrelo i jest największym miastem w regionie, leży w północno-zachodniej Gruzji. Miasto położone jest 360 km na zachód od Tbilisi, 30 km. od wybrzeża Morza Czarnego. Liczy ok 75900 mieszkańców.

Mam nadzieję, że i wasza ciekawość na podstawowe informacje na temat Gruzji została zaspokojona. Chyba, że ktoś ma jakieś pytania to czekam i zachęcam do zadawania.