Projekt w Kobuletii „Crossroad of culture” 20-28.09, w który
dla mnie miał trwać od 20-25.09 a skończyło się jak się skończyło o tym w
części 3, która jutro.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę. Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę. Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz