Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EVS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EVS. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 stycznia 2014

Jakie to prawdziwe.

Tak, właśnie o tym co robię a raczej nie robię w Gruzji.
https://fbcdn-sphotos-c-a.akamaihd.net/hphotos-ak-frc1/311383_384055181675552_1746054405_n.jpg

piątek, 17 stycznia 2014

Decyzja do podjęcia...

Decyzje, decyzje, decyzje...

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.” R. Kapuściński


poniedziałek, 6 stycznia 2014

święta polskie i święta w Gruzji...

Chciałabym opisać napisać wszystko, o wszystkim jak najdokładniej i jak najbardziej rzeczowo się da, bo od ostatniego czasu już trochę minęło. Chyba najprościej zacząć od początku.
Jak planowałam mój wyjazd na EVS powrót na święta nie wchodził w grę na początku, ale jakoś tak się poskładało, że przecież te święta Bożego Narodzenia są od tego by spędzić je w gronie rodziny, przyjaciół, najbliższych! Więc we wrześniu już zakupiłam bilety, bo była promocja (tak była, ale później jeszcze bardziej staniały i no… ). Więc przez okres tych 4 miesięcy mocno ukrywałam przed rodzicami to, że wracam na święta.  Dowiedziało się tylko moje rodzeństwo i kilku znajomych (dobra duża Was ilość wiedziała, bo zaproszenie na imprezę było) a do rodziców dopiero dotarła informacja w momencie przyciśnięcia magicznego przycisku na domofonie. Więc naprawdę cieszę się, że niespodzianka dla nich się udała! Był  czas świąteczny, było ciepło, rodzinnie, herbacianie i snortowo! Było zabawnie i było naprawdę miło posiedzieć w domu, nie sądziłam że aż tak bardzo się stęskniłam za moimi. Tak mówię szczerze, bo dopiero na obczyźnie dochodzi do nas wymiar tęsknoty nie tylko za rodziną, przyjaciółmi, ale również za jedzeniem i takimi niektórymi przyzwyczajeniami i chyba najważniejsze własnym- małym pokojem i łóżkiem oraz ciepłą i normalną łazienką (!!!). Dopiero tutaj widzę co to znaczy mieć życie jak w luksusie w PL (już nie będę narzekać na to). Po świętach a raczej w okresie świątecznym razem z Dominiką wymyśliłyśmy siedząc sobie te swoje ponad 2000km od domów, w różnych kierunkach świata, że impreza „18-stkowych urodzin” będzie najlepszym pomysłem spotkania w dużym gronie znajomym, tym bardziej że wracałyśmy razem z naszych wojaży zagranicznych. Więc impreza była, ale w jej czasie i tak nastąpił ten niedosyt porozmawiania ze wszystkimi, ale z tymi co się udało to się bardzo cieszę! W ogóle dziękuje Wam za przybycie, albo za plany przybycia. Dobrze, że jesteście J!
Później była jeszcze chwila czasu na spotkania przy gorącej czekoladzie, chociaż jak na panującą porę roku było wyjątkowo ciepło. Były miłe pogaduchy, dużo pogaduch i dobrego wsparcia od Was. Był czas dla Was, było fajnie Was widzieć jeszcze w starym roku.
"...Dobrze, że tu jesteś, bracie, Zawsze byłeś, będziesz. Jeśli z buta iść przypadnie, Wezmę Cię na ręce…"




A po tym wszystkim a za razem po bardzo krótkim pobycie w domu nastąpił dzień, w którym należało się spakować i wyruszyć razem z Miką w trochę nieznany świat… ale o tym będzie w następnej notce, bo ciągle nie umiem przyzwyczaić się do zmian czasowych i tego, że w pokoju jednak jest chłodno oraz święta część druga czyli prawosławne Boże Narodzenie więc Wesołych świąt!
Na zdjęciu Gruzińska wersja choinki- czyczylak.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Tadam!

Ruszył projekt, ruszają ludzie. Czekam na informację od reszty, ale ja już zaczęłam. Więc zachęcam do zaglądania tu:
http://100facesproject.blogspot.com/
a polubienia tego:
https://www.facebook.com/100facesproject

TADAM:)!

środa, 20 listopada 2013

szkoleniowo-polsko-międzynarodowowo. tadam!

Szkoleniowo– polsko-międzynarodowo!
Byłam sobie 5 dni na szkoleniu dla wolontariuszy EVS w Sighnagi. Piękne miasteczko, ale strasznie zrobione pod turystów to po 1 a po 2 pogoda przez 2 dni nam nie chciała dopisać, więc przywitała nas ogromna mgła i zasłaniała wszystko co mogliśmy widzieć. 
Ogólnie czas świetny. Duża polska ekipa, dużo mogliśmy rozmawiać ze sobą i za równo integrować się  międzynarodowym składzie. Było bardzo rodzinnie. Jeśli w ogóle to odpowiednie słowo, stworzyliśmy bardzo świetną ekipę i  żal było się rozstawać po tych 5 dniach wspólnego imprezowania, dyskusji i masy fajnych inicjatyw!
Szkolenie przyniosło dla mnie czas zatrzymania i poukładania tego co ważne i mniej ważnego. Po prostu wyjechania i nabrania dystansu do życia na EVS. Najważniejsze stwierdzenie to „nie jesteście tutaj, żeby zmienić świat, bo tego się nie da zrobić, ale jesteście tutaj by się czegoś nauczyć.”  Nie pamiętam czy dokładnie to tak było powiedziane, ale na pewno zachodziło o ten kontekst. Wszystkie konferencje, zadania były ważne. Dawały odpowiedzi na pytania, dawały integrację dla nas i pokazywały jak ważna jest grupa i rozmowa.  Pokazywały, że wspólnie możemy zdziałać wiele, bo w samotną podróż nie warto się udawać. Potrzeba wsparcia!
Dodatkowym fajnym aspektem było spotkanie z koordynatorami EVS, którzy akurat mieli swój trening w Tibilisi i przyjechali do nas byśmy mogli z nimi przedyskutować co nieco. Ważne to było. Doceniam ten punkt programu bardzo. Tym bardziej, że nie tylko spotkałam mocną ekipę z Polski ale i również z  innych krajów! Dodatkowo poznałam koordynatorkę z Ustronia. Czujecie to? Spotkać w Gruzji kogoś, kto mieszka tak blisko. Szkoda tylko, że spotkanie było takie krótkie…. ale może w Cn też uda nam się spotkać, kto wie
J?
Wiem, że chaotycznie ale chciałabym się z Wami podzielić wszystkimi ważniejszymi aspektami, ale nie potrafię sobie ich poukładać. Wiem! Gry. Poznałam nowe fajne gry integrujące grupę, naprawdę fajne. Musimy przetestować to w Polsce podczas jakiego spotkania, podczas naszej imprezy
J!
Po intensywnym czasie treningu przyszedł czas rozstania w TIbilisi, aż żal było wyjeżdżać i się rozstać, bo naprawdę fajna ekipa z tych ludzi jest… Tęsknie za Wami, no!

W Tibilisi nocne włóczenie i dzienne. Niesamowite spotkania przypadkowe na ulicy, dające pomysł na kolejne godziny w tym mieście. Ogólnie krótko, bo musicie sami to zobaczyć a ja bardzo chętnie znów tam pojadę! Zdjęć mało i nic szczególnego, zmęczenie dało popalić więc muszę nadrobić. Szkoda, że się nie uda na wystawie być, ale pojadę… w grudniu czemu by nie ;)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Krótko. Tematycznie

Krótko i na temat, bo po co się dziś rozpisywać gdy nie ma o czym. W Polsce mamy święto narodowe i w Zugdidi też będziemy świętować a co się dziwicie? Jest nas tu 8 Polaków i pierwsza okazja do takiego spotkania. Prócz tego, że będę najmłodsza z tego grona, ale co tam. Zawsze fajnie spotkać rodaków w Gruzji (akurat to nie jest takie trudne, bo często jak się gdzieś jedzie można usłyszeć Polski). Pewnie a do tego się cieszę, bo dawno nie miałam okazji spędzić czasu tylko w gronie Polskim, więc okazja 11 listopada jest jak najlepszym momentem aby to zrobić.
A jutro wyjeżdżam nocnym pociągiem do Tibilisi a później dalej do Sighnaghi na szkolenie. Tak właśnie to szkolenie, na którym miałam być we wrześniu ale cieszę się bardziej, bo zobaczę za razem dwa miasta a nie tylko jedno oraz liczę na naprawdę fajne osoby, które uda mi się tam poznać i dobry czas spędzony na szkoleniu.


A z bieżących spraw projekt 100twarzy ciągle się rozwija, rozwija. Muszę oficjalnie podziękować za rozwój projektu na linii Norwegia-Gruzja, bo tylko dzięki Tobie mam tyle sił by dążyć do celu w tym. Dzięki, że mnie tak wspierasz w tym!
 Mam nadzieję, że dojdzie do momentu, kiedy zacznę publikować zdjęcia na nim. Możliwe, że pierwsze gruzińskie oraz włoskie pojawią się już w następnym tygodniu. Ruszę z tym, bo nie można tak trwać w bezczynności.

czwartek, 31 października 2013

nowości...radości?

Dawno nic nie nakreśliłam, bo w sumie nie było o czym. Raczej jest o czym, ale niektóre sprawy lepiej zachowywać dla siebie i nie wywlekać je na światło dzienne za bardzo. A tym bardziej nie należy o nich wspominać na blogu.
W tygodniu obrabiałam zdjęcia, szczerze i otwarcie już mi się nawet nie chce a jak pomyślę, że muszę zrobić znów kolejne linii bo ciągle jest coś nie poprawne znaczy kartka nie jest biała i mam tego 3 foldery to skręca lekko i popadam w akty desperacji(ale już chyba wymyśliłam!)! Ale właśnie te akty desperacji wywołały u mnie w piątek i pociągnęły dalej  na sobotę niesamowite pokłady tego aby zrobić i doprowadzić do skutku plan warsztatów fotograficznych- podciągnąć się w teorii a za razem poćwiczyć co nieco własny warsztat. I kieruję tu ogromne podziękowania dla Miki, która wspiera mnie w tym dziele i przesłała oraz przypomniała o fajnych rzeczach jak magazyn „Pokochaj fotografię”, który oczywiście bardzo polecam!
Z niego też zaczerpnęłam trochę inspiracji a dokładnie z tekstu, który pozwolę sobie zacytować ponownie:
"Cierpliwość to cecha ludzi mądrych. Podziwiam ludzi nią obdarzonych i -odkąd pamiętam trenuję ją w sobie. Cierpliwość z wytrwałością się miesza. Jeśli wystarczająco długo powtarzasz jakąś czynność, stajesz się mistrzem. Uwielbiasz ten moment oczekiwania na ujęcie, to jedyne i niepowtarzalne, na ten wyjątkowy moment, który najczęściej nie nadchodzi....
Są wśród nas też tacy, którzy cierpliwie kreują. Pracują we wręcz laboratoryjnych warunkach własną cierpliwość wystawiają na największą próbę. Tych podziwiam najbardziej za wytrwałość i niezwykle poruszające efekty. 
I tu dochodzimy do sedna zmuś się do tworzenia, zacznij jeden projekt. Nie ważne czy od dziś zaczniesz przez kolejne 365 dni fotografować otaczający Cię świat, nie ważne czy będą to portrety, nie ważne czy będzie to 100 nieznajomych czy seria autoportretów. 
Najważniejsze aby cierpliwie wytrwać w tym co robić."
Michał Mrozek. Pokochaj Fotografię

Po przeczytaniu go kilka razy postanowiłam, że zrobię na razie może i skromnie, ale od czegoś trzeba zacząć własny projekt o skromnym tytule : 100 twarzy Gruzji(miało być po 1 zdjęciu na dzień, ale czasami robię ich więcej a czasami zero, bo nie ma tej twarzy…). Zaczynam moją kolekcję zdjęć. W sumie temat sam wpadł na myśl po tym, że mam z jednego z seminariów na którym robiłam zdjęcia; zdjęcie chłopca, który zagląda przez okno. Jeszcze nie wiem gdzie zacznę zamieszczać te zdjęcia, ale coś wymyślę. A może Ty masz pomysł co to powinno być?
I siedząc w sobie w jedynym miejscu w Zugdidi, które ma dobrą  kawę i wi-fi poznałam 2 panów z naszego sejmu, którzy przyjechali na niedzielne wybory ot co! Jako obserwatorzy jak pracują poszczególne komisje cóż za dziwny stan.  Co za zdziwienie ich a za równo moje, ale fajne to było spotkanie,
Niedziela za to pociągnęła nas nad morze, na plażę na której zrobiłam moje foto, które wygrało konkurs! Tak moje pierwsze dobre foto weekendowe i do tego wygrywa coś fajnie. Tak więc z dobrą pogodą na duchu jak i na zewnątrz, zapasem jakiegoś jedzenia, małym ręcznikiem oraz naładowanymi bateriami z małymi przygodami udało się nam wyruszyć i po około godzinie drogi dojechaliśmy na miejsce. W to piękne miejsce! Plaża, słońce i ciepłe morze. Ja tylko odważyłam się pomoczyć stopy ale przy większych falach moje spodnie były mokre aż po kolana.
Później postanowiliśmy udać się do restauracji na nasze ulubione Chinkami! Mniam:). I tu chyba zakończę historię, bo właśnie po niedzielnych Chinkami mam straszne problemy z żołądkiem i od poniedziałku nie jem prawie nic a jak coś jem to bardzo ostrożnie….
Dodatkowo wczoraj mieliśmy trening, znaczy tutaj był organizowany trening na temat „Przemocy w rodzinie” oczywiście, że wersja gruzińska! Oprócz tego, że pomieszałam sobie dni, bo myślałam cały czas, że to dziś a nie wczoraj spóźniłam się w zacnym stylu prawie godzinę! No nie mogłam się zwlec z łóżka i jakoś to tak poszło, że trwało to moje zbieranie trochę dłużej niż zwykle, albo raczej moja pobudka nastąpiła ponad godzinę później niż zwykle (tak bardzo mi się nie chciało wstawać i przybierałam wszystkie możliwe pozycje w łóżku). Gdy już dotarłam do stowarzyszenia robiłam zdjęcia i była masa jedzenia, na które nawet patrzeć nie mogłam ot co. Wiadomo jak jest.
Dziś mamy jakieś seminarium, pewnie znów będę robić zdjęcia i ogarniać to w następnym tygodniu wszystkie te foldery.

A w weekend…się zobaczy co się wydarzy

środa, 2 października 2013

Part 2- projekt Kobuletii

Projekt w Kobuletii „Crossroad of culture” 20-28.09, w który dla mnie miał trwać od 20-25.09 a skończyło się jak się skończyło o tym w części 3, która jutro.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę.  Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i  wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.


czwartek, 19 września 2013

Podróżujemy dalej...


Krótko i na temat ponieważ „..czas goni nas goni nas cały czas...”
Jedziemy na artystyczny projekt do Kobuletii (morzeeee:)!) na 4 dni (nie pytajcie, bo nie wiem nic prawie, prócz tego, że to Artystyczny Projekt) no a już 25 września ląduje w Tibilisi na szkoleniu aż do końca września tak więc prawdopodobnie notek przez ten czas nie będzie i nie wiem jak będzie z dostępem do neta, ale jestem pod telefonem gdyby coś- chyba skończyła mi się kasa, ale spróbuje załatwić doładowanie :)

Macie akcent muzyczny na dziś specjalny dla mnie w tym wyjątkowym dniu - dzięki za wszystkie przejawy dobrych słów:) :
http://www.youtube.com/watch?v=H0Kw6uyNM7E
"...A z marzeń czerpię wciąż siłę nową. Gdy czarne chmury wiszą mi nad głową. realizuję mój plan, łapię w skrzydła wiatr..."

Tak więc udanego czasu, bo ja liczę na bardzo udany pod względem zdjęciowym :)!

poniedziałek, 9 września 2013

First week...


Trochę to trwało, żeby udało mi się pozbierać do napisania notki jako pierwsze wrażenie -Gruzja. Jak wiadomo pobyt w nowym miejscu, z nowymi ludźmi, językiem jest ogromnym przeżyciem jak i dobrą przygodą.
Dla mnie pierwszy dzień był chęcią rezygnacji i szybkiego powrotu do domu. Stres, pierwsza podróż samolotem, nowe miasto, ludzie i jakieś dziwne wrażenie „nie nadajesz się tu”. Dużo, dużo jedzenia już na sam początek. Przekonywały, że to zbyt wiele do pokonania dla mnie i że, naprawdę lepiej wrócić. Z dnia na dzień zaczynam się przyzwyczajać do panujących tu obyczajów jednak jest to bardzo trudne. Gdy już cieszę się z dobrej pogody, którą można wykorzystać to brakuje dojazdu do miasta jak i również internetu by było łatwiej się kontaktować oraz, że nie ma Was tutaj bo z Wami wszystko można było szybko zorganizować. Tak dobija mnie aktualnie fakt internetu tylko od pon-pt w godz. od 10-17 (lub krócej) i do tego czasu lokalnego czyli 8-15 czasu polskiego gdzie większość z Was jest poza domem jak normalni ludzie i, że nie mogę porozmawiać z rodzicami eh.. Dlatego jeśli macie czasem trochę czasu i ochoty to odzywajcie się do mnie na skypie, bo może akurat uda się nawiązać połączenie jak to udało się z Norwegią co z tego, że do góry nogami lecz nie przerywało! Dzięki za uratowanie humoru przed weekendem no i chwilę rozmowy, że się faktycznie da :)!
Pierwsze załamanie takie mocne już za mną, oby następnych nie było chociaż wiadomo tęsknota jest ogromna! Tylko Wasza świetna poduszka ratuje mnie wieczorami i jak się okazuje weekendami by móc zobaczyć Wasze uśmiechnięte buzie Nie wiem czy w ogóle jest w stanie przetrwać te 10 m-c, ale jak pomyślę ile ciepła od Was płynie to właśnie mnie parzy jak słońce, które wyszło nad Gruzją!
Dodatkowo pierwsze problemy żołądkowe- mój tata, do którego kieruję tutaj ogromne dzięki. Pamiętał o zabraniu węgla. Poratował mnie w sb bardzo!
Mija mi pierwszy tydzień wrażeń. Jako tako do roboty aktualnie wiele nie ma, ba prawie nic. Co poniekąd mnie cieszy, bo mogę pisać z Wami długo i dużo.
Zaczęłam naukę gruzińskiego. Uczy mnie i Markete (drugą wolontariuszkę) Esmena, jest to osoba, która pracuje w stowarzyszeniu lecz umie rosyjski a przy nas próbuje uczyć się angielskiego również więc tłumaczenia niektórych słów na około bywają bardzo zabawne.
Szczerze mówiąc cieszę się, że w Holandii w czasie wolnych chwil podciągnęłam sobie trochę pisownie alfabetu i kilka słów załapałam z tego języka, bo jest mi teraz dużo prościej poprawnie zapisywać te litery. Dostaliśmy również słownik z podstawowymi zwrotami angielsko-gruziński razem z zapisem fonetycznym, fajna spraw i bardzo ułatwia naukę.

Po tym pierwszym tygodniu myślę, że bycie wolontariuszem nie tyle polega na dawaniu co czerpaniu z kultury, języka oraz obyczajów danego kraju. Jak i bycie bardziej otwartym na to co daje życie. Byle wolontariuszem uczy życia bez wględu na długość czasu na jaki się jedzie, jest to dobra szkoła życia.!


PS zróbcie mi zrzutę na bilet do domu na święta a później wrócicie ze mną na sylwestra co:)?
Uczcimy wszystkie zaległe urodziny w ciągu kilku dni ;)

czwartek, 5 września 2013

Welcome Georgia!

Czas zacząć przygodę. Czas zacząć pisać z Gruzji.
Więc może zacznę od początku. W poniedziałek, gdy to dokonywało się wielkie pakowanie miałam ogromne trudności z zamknięciem walizki, nadal nie wiem jak to zrobiła moja mama, że weszło wszystko co miało się tak znaleźć /tutaj dziękuje mojej mamie za zapakowanie mnie-szacunek!/.
Zmierzając dalej już w kierunku lotniska pogoda nie sprzyjająca podróży ulewny deszcz… Moja pierwsza podróż samolotem na szczęście bez większych przygód prócz ulewnego deszczu, burzy i kilku miejsc turbulencji lecz jak to stwierdził Jarek, którego poznałam w samolocie „takie turbulencje to nie turbulencje” :D.
Wylądowaliśmy bezpiecznie i bezproblemowo na lotisku w Kutaisi, dostaliśmy pieczątki do paszportu (czad moja pierwsza pieczątka w paszporcie):D.
Złapaliśmy taxi – nie polecam, za drogo lecz moje zmęczenie oraz Jarka i Rafała sięgało zenitu nie chciało nam się szukać i czekać tym sposobem przepłaciliśmy. Podróż okazała się być niesamowitym przeżyciem! Sam widok krów, koni, świń, które chodzą sobie po ulicy tak po prostu i w ogóle się nie przejmują nadjeżdżającymi samochodami był bardzo niesamowity a za razem zaskakujący jak dla mnie. W czasie drogi nasz kierowca zatrzymał się w pewnym momencie przy jakimś sklepiku idzie po kubki i rozlewa nam wino własnej produkcji, wytrawne wino /nie lubię wytrawnych!/, ale to było dość dobre lecz zaznaczę może była godz. 7 rano a ja od poprzedniego wieczoru nic nie jadłam prócz paru ciastek na lotnisku więc naprawdę nie był to dobry pomysł na mój żołądek, lecz obyło się bez większych przygód :).
Ok. 8 rano dotarłam do Zugdidi na plac centralny. Jak na wczesną porę miasto puste, zero osób nikt się nie krząta to nie czas by wychodzić z domu tak wcześnie. Jednak w Gruzji stanowczo dzień zaczyna się później. Gdy dotarłam do miejsca chwilowego mego zamieszkania na wieś /nie pytaj o jej nazwę nie wiem/ plan był prosty prysznic, śniadanie i do łóżka lecz po obfitym śniadaniu. Tak śniadanie w Gruzji jem prawie godzinę i jest tego masa, nie umiem się przyzwyczaić, że prócz czegoś ciepłego są jeszcze kanapki i ciasto i sałatka i dużo, dużo jedzenia :). Po tym bardzo obfitym śniadaniu stwierdziłam, że jadę do Zugdidi bo będzie Internet i będę mogła z Wami popisać chwilę. Tym sposobem znalazłam się w biurze stowarzyszenia i poznaje osoby i spędzam tu czas do ok. 17 lub ciut dłużej.
Aktualnie nic konkretnego nie robimy lecz myślę, że im się czas będzie rozwijać to będą konkrety. Na razie tylko była prezentacja na temat swojego kraju i miasta do wykonania /dzięki Sylwia za pomoc z tym!/, którą dzisiaj prezentujemy.

Tak więc kolejna notka o mym stanie i pierwszych wrażenia moich i tęsknocie, będzie niebawem.

poniedziałek, 2 września 2013

Ahoj przygodo!

wyruszam w drogę daleką drogę
trwać niby bezpiecznie już dłużej nie mogę
chcę odkryć to co zakryte przede mną
chcę szukać tego choć może nadaremno
chcę poznać prawdę o sobie samym
kim jestem co robię tutaj między wami 
zostawiam wszystko co wspominam najmilej
bo choć ważne było to tylko na chwilę
porzucam to co było najciekawsze
bo cieszyło mnie jednak nigdy na zawsze


kiedy wrócę tu jeśli wrócę kiedyś
jeśli znajdę to po co szedłem wtedy
jeśli zapytacie to odpowiem wam
żyję kocham ufam i prawdę już znam


udaję się sam na najwyższy szczyt
gdzie nie ma półprawd i nie przetrwa mit
gdzie wszystko widać od góry w dół
gdzie ujrzę całość a nie prawdy pół 
spędzę w ogromnym lesie długie tygodnie 
zapomnę to co proste i wygodne 
gdy wszystkie demony podejdą blisko 
gdy cisza i ciemność przerośnie wszystko
wtedy pójdę dalej jeśli starczy mnie
tak trudno jest zbudzić się po długim śnie


kiedy wrócę tu jeśli wrócę kiedyś
jeśli znajdę to po co szedłem wtedy
jeśli zapytacie to odpowiem wam
żyję kocham ufam i prawdę już znam


Tak właśnie czas wyruszyć w podróż w nieznane. Tak długo oczekiwana i taka niesamowita przygoda. Przed wyjazdowo czuje się bardzo bardzo nerwowa i strasznie zestresowana. Nawet nie wiem w co ręce włożyć i co spakować by niczego nie zapomnieć. Lista rzeczy do zabrania ogromna a bagaż tylko 32kg. Chyba to jest ten moment w którym nauczę się pakować tak by zabrać to co ważne i potrzebne a by nie brać z nadmiarem...”zbiera się doświadczenie a nie rzeczy”.
Chociaż skąd mam wiedzieć co się przyda no za te 5 miesięcy :)?
Jednak tak naprawdę najważniejsze rzeczy zostały wykonane. Aparat jest, komputer działa, moje duchowe akumulatory naładowane a głowa pełna pomysłów!
Więc proszę Was o trzymacie kciuków, bo kolejne...

...Kolejne informacje już z Gruzji. Adios!



/bez odbioru!/

piątek, 30 sierpnia 2013

approved

Dziękuje za materiały promocyjne mojego ulubionego miasta!:)
Aż takiej ilości ich się nie spodziewałam oraz tego, że są takie fajne.
Mam nadzieję, że w stowarzyszeniu też się spodobają tak jak mi, tylko czy aby wszystko jestem w stanie wziąć ze sobą...;)?

Ciężki czas. Jest stres, są nerwy. Dzień wylotu coraz coraz to bliżej. Pierwsze oznaki tęsknoty a za razem pełnej radości, że już nie bawem będę tam.
Jeszcze w poniedziałek do załatwienia kilka ważniejszych spraw z rana, ostatnie dopakowywanie i rozmyślanie co jeszcze.
Długo oczekiwane i ciężkie. Oby jak najwspanialsza przygoda mego życia!



środa, 5 czerwca 2013

mamy kryzys, kryzys

No kryzys to ja mam ciągle.. każdego dnia. Mniejszy lub większy.
Wiecie ile obaw się we mnie tli każdego dnia gdy sobie pomyślę, że do mojego wyjazdu coraz bliżej. Z jednej strony jest to ogromna radość, bo poznam nowy kraj, odkryję nowe miejsca, podszkolę się z fotografii, podciągnę się w angielskim, nauczę się nowego języka, zrobię coś dla siebie, coś dla innych oraz otworzę się na ludzi. I jeszcze zdobędę trochę odwagi, bo tego ostatnio bardzo mi brakuje a może nie że brakuje, ale jednak nie czuje się superwomen w tej chwili.
Tak na prawdę to co mnie ciągnie stanowi też jakby nie patrzeć jakąś moją blokadę. Wypisując dzisiaj na kartce rzeczy, których się obawiam i z którymi muszę walczyć to tak na prawdę większość z nich stanowi punkty właśnie dlaczego chce jechać ot co.
Bo wiecie język, niby się coś tam próbuje nauczyć, ale idzie bardzo opornie. Kultura wiadomo całkowicie inna, ale tak bardzo intrygująca, taka jeszcze nie odkryta a tak bardzo ciągnąca w kierunku wschodu. Osoby- tak lubię poznawać nowych ludzi i nawiązywać znajomości w nowych miejscach. Religia- prawosławie, te ikony, cerkwie, piękno. Mnie to jakoś fascynuje! Miejsca, jak się tam odnaleźć i zobaczyć piękno, które oglądam teraz tylko na zdjęciach. Jedzenie- jak zasmakować to czym tak wiele osób się zachwyca. Tęsknota...oj będzie.
I bym mogła tak dalej i dalej...ale to nie o to mi chodzi. Właśnie chodzi o ten nowy świat, nową przestrzeń, nowe doświadczenia.

Posłużę się tutaj wypowiedzią jednej osoby na temat EVS.
Myślę, że lepiej wytłumaczyć się nie da. Chociaż pewnie w przyszłości z Gruzji napiszę coś od siebie. Na razie musi Wam wystarczyć to:
http://cosentio.wordpress.com/2013/05/07/wolontariat-europejski-czyli-jaki/

Polecam do przeczytania a wtedy możemy pogadać. I jak wiecie Gruzja słynie z winna i nie jadę tam tylko w celu jego konsumpcji, ale i również zdobycia doświadczenia w innym świecie.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

wystarczy tylko miejsce w wyobraźni


Minęły już prawie 2 tygodnie od momentu gdy dostałam decyzję o przyznaniu dotacji więc chyba najwyższa pora napisać.
Więc po kilku nie przespanych nocach, kilku przepłakanych w poduszkę i pomarudzeniu przez telefon mogę stwierdzić, że już się coraz bardziej cieszę na ten wyjazd. Ta decyzja i przemyślenie jej trochę trwało. Taki pierwszy rzut emocji opadł. Chociaż nadal przychodzą rozterki, ale już nie takie ogromne. Rozterki, które zwalczam rozmawiając z różnymi osobami...Chcesz być kolejną osobą, która usłyszy o wszystkich strachach, radościach? Ot tak po prostu.
Idąc dalej, aż się boję pomyśleć o emocjach, które pojawią się przez moim wylotem! Tęsknota za dzieciakami, za osobami, no ale spełnianie marzeń ma swoją cenę. To tylko kilka dłuższych dni i nowy kraj.
Czytam już teraz coraz więcej, zaopatruję się w więcej blogów informacji na temat Gruzji i całego wyjazdu . Jak udało mi się wczoraj znaleźć to na pewno są 4 organizacje w moim mieście, które będzie stanowić mój dom przez 10 miesięcy, więc mam nadzieję, że jednak faktycznie będzie tam kilu wolontariuszy i będzie się z kim spotykać, chociaż Gruzja jako kraj mała jest więc i w stolicy jak i okolicy są też projekty EVS są i również wolontariusze. Więc nie jest źle pod tym względem. Będą nowe znajomości.
Jak doszły mnie słuchy szkolenia w Polsce już nie są organizowane tylko organizowane jest już szkolenie na miejscu On- Arrival Training, które ma pokazać jak żyć i o co chodzi w byciu wolontariuszem w danym kraju.
Ale patrząc tak od strony technicznej to przychodzą jakieś takie małe strachy związane z barierą językową, kulturową i ogólną. Chociaż to było właśnie jednym z wielu plusów tego wyjazdu ta odmienność, więc za chwilę pewnie będę się martwić się innymi sprawami. Na razie trochę tego lęku ludzkiego jest, ale wiadomo każdy wyjazd przynosi nam strach więc nie mamy się czemu dziwić.
I proszę dzielcie ze mną te radości przed wyjazdowe jak i moje strachy, bo każdy może znaleźć swoje miejsce w wyobraźni.
„…Zbudowałeś szałas jak wigwam Indianina
Który jest przenośny razem z całym życiem 
Wystarczy tylko miejsce w wyobraźni…” klik

/Edit
kolejna notka gdy będzie bilet lub będą dalsze info./

wtorek, 9 kwietnia 2013

niedziela, 3 marca 2013

Ciągle...

Oczekując na decyzję od górną w sprawie wniosku o wyjazd to wchodząc na maile pojawiają się czasem kolejne maile od różnych miejsc czy jestem nadal zainteresowana projektem u nich i, że proszą o kontakt albo wypełnienie jakieś ankiety...
Ja już znalazłam, taką mam nadzieję  (:

/zostały wnioski, poprawki i będę inż. jak się obronię kiedyś/

czwartek, 31 stycznia 2013

Marzenia do spełnienia.

To chyba mogę powiedzieć i poinformować wszystkich, jak i tak większość już się o tym dowiaduje:
jestem wolontariuszem (EVS) w Gruzji wrzesień 2013-czerwiec 2014. Tak, tak, tak aż 10 miesięcy na poznanie kultury, kraju i języka.
Tak, tak dobrze czytasz. Udało się. Spełniam marzenie zobaczenia kawałka europy wschodniej.
Mam aktualnie takie wzloty radości i smutku. Rozterki jak, co i dlaczego. Wszystko będzie nowe, niespodziewane i takie wow! Mam nadzieję, że będzie więcej pozytywów niż negatywów. Czytają aktualnie wiele blogów, stron i wszelkich rzeczy związanych z Gruzją mam masę rzeczy, które muszę załatwić. Na moje szczęście nie ma wiz wjazdowych. Myślę, że to już jeden ogromny plus, zostały zniesione nie tak dawno jak wychodzi...
Niby do wyjazdu mam jeszcze 8 miesięcy i to na dzisiaj chyba nawet równe 8 miesięcy. To będą te ciężkie 8 miesięcy przygotowań, załatwiania paszportu, naukę własną podstawowych zwrotów po gruzińsku (chociaż w wymowie o piśmie na razie nie myślę), szukaniu miejsc, rzeczy, jakiś przewodników rzeczy, które warto zobaczyć i co zjeść. Aktualnie mój stan umysłu można zoobrazować poprzez jedno zdjęcie: Właśnie czuje się jak multum myśli naciera ze zdwojoną siłą, a radość sprawia że sprawy teraźniejsze się oddalają. Tak właśnie...To tylko.





Mam ogromną nadzieję, że ten czas przygotowania jak i również czas w Gruzji, który spędzę będzie niesamowitym doświadczeniem i czymś co będę wspominać później przez lata. Po wszystkich zdjęciach jakie obserwuje Gruzja jest piękna... ale o tym co zachwyca i dlaczego akurat jadę do Gruzji będzie później.
A tym czasem:
do widzenia: ნახვამდის! (nakhvamdis ) lub dzień dobry გამარჯობა! (gamarjoba!) zależnie od momentu, w którym czytasz tą notkę.
 I dobrze jest mieć poczucie, że starszy Brat jest dumny z pomysłów wyjazdowych.! Świetne uczucie wiecie?:)

środa, 30 stycznia 2013

volunteer it is me :)

Nie mogłam się powstrzymać, by nie napisać dziś jeszcze raz:
Takie wiadomości na dziś mailowe:).

"I hope, you will be our volunteer!"

wtorek, 29 stycznia 2013

walczyć do końca...

W życiu bo ­wiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. /P.Coelho/ 
a jedną z ich są marzenia... one na prawdę mogą się spełnić.!

Prawda, że się nie cieszę za szybko... co?

Czy to mądre, rozsądne, przemyślane- na pewno do końca nie przemyślane, rozsądkiem chyba też ma mało wspólnego a co do mądrości tym bardziej się zastanowię.