Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobuleti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobuleti. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 października 2013

Part 3 - szpitale i bóle.... historia trwa dalej!

Część 3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10 pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski – tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone. Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać. Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala.  Więc wolno się przebrałam z pidżamy połowicznie rzecz ujmując nawet.  Wolno i wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę! Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój  tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko, PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie. Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo chodzenie zabronione.  Stoję sobie, Maya stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże. Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza, ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa. No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw (niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje… ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa. Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się, jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry do łóżka. I poszłam spać.  Głowę mi rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu, bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…

PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^

środa, 2 października 2013

Part 2- projekt Kobuletii

Projekt w Kobuletii „Crossroad of culture” 20-28.09, w który dla mnie miał trwać od 20-25.09 a skończyło się jak się skończyło o tym w części 3, która jutro.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę.  Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i  wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.