Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Batumi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Batumi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 lutego 2014

Żeby nudno nie było...

Jak wiadomo plany zawsze się zmieniają a tym bardziej mi. Nie dziwi mnie już to, bo tak się po prostu dzieje, że… z plan na Ozurgetii na piątek przerodził się w plan na wyprawę niespodziewaną i nie planowaną po raz drugi- Batumi, lecz tym razem tylko w celu turystycznym i nie żadnym innym. Udało się wyruszyć na nocne zwiedzanie miasta i mieć wspaniały czas, udało się pospacerować z rana również. Więc jak to można rzecz jedno z 3 miejsc, które chciałam odwiedzić się udało. Był fajny czas, nocnego włóczenia, bez plecaka i wsłuchiwanie się w ciszę morza by móc później już następnego dnia ogarnąć podobny stan. Wyciszenia i kompletnego relaksu, szczęścia i zadowolenia  z tego, że jednak udało się spędzić prawie 24 godziny zwiedzając miasto a nie biegając po lekarzach. 
Teraz mogę to rzecz- ja lubię Batumi a w szczególności poza sezonem, po cichej, ciemnej nocy, tak na spokojnie i bez spiny…
Następnego dnia już prawie, że zgodnie z planem wyruszone na podbój Ozurgeti, by zobaczyć się tam ze wspaniałymi osobami! Oh potrzeba było też ich zobaczyć, wypić niezliczone ilości herbaty, zobaczyć wesołe uśmiechy, pograć w gry, zrobić piknik nad rzeką i kontynuować czas pełen relaksu! Dodatkowym zaskoczeniem było poznanie Zdzicha, który jak się okazało studiował w Cieszynie. Tak wspólne tematy na temat jednego miasta, może nie do końca wspólnych znajomych (jeszcze wtedy), ale jak wiadomo impreza nam się fajna z tego zrobiła. Pierwszy raz za razem oglądnęłam Krainę Lodu, co polecam „jestem Olaf i lubię ciepłe uściski” J. Naprawdę był dobry czas spędzony w Ozurgetii! I tak po 2 dniach spędzonych tam, należało się pożegnać z łezką w oku by podążyć drogą w kierunku Tbilisi. 
Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było. 
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari.  Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu.
Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem.  Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś…
A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg.
Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach…  i w poniedziałek zakończymy przygodę z  Tbilisi. Ah szkoda.
Edit 18.02:
Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że  Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było.
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari.  Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu. Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem.  Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś… A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg. Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach…  i w poniedziałek zakończymy przygodę z  Tbilisi. Ah szkoda.Edit 18.02:Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że
Niektóre osoby sprawiają zamieszanie w naszym życiu, chociaż krótko się widzimy i wtedy człowiek sobie uświadamia, że będzie mu tego brakować...
Właśnie te 5 dni sprawiło, że czas zrobił się dobry, że pomieszali w moim poglądzie na życie, że właśnie po prostu czas żyć i trochę może startować by zmądrzeć :)?


Pocztówkowe Batumi. Tadam, tadam.

/edit:-5 dni zastrzyków skończone
-4 dni od dziś
-15 dni tabletek/


czwartek, 3 października 2013

Part 3 - szpitale i bóle.... historia trwa dalej!

Część 3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10 pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski – tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone. Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać. Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala.  Więc wolno się przebrałam z pidżamy połowicznie rzecz ujmując nawet.  Wolno i wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę! Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój  tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko, PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie. Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo chodzenie zabronione.  Stoję sobie, Maya stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże. Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza, ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa. No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw (niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje… ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa. Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się, jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry do łóżka. I poszłam spać.  Głowę mi rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu, bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…

PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^