Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóle. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2014

1000 i 1 plan na podróż

Plany, plany, plany! Nie należę do tych co lubią planować z wyprzedzeniem podróże, ale tutaj akurat trzeba z racji tego jeśli planuje się odwiedzenia innych wolontariuszy. Tak więc plan na weekend przybrał prosty zarys Tkibuli-Oni-Kutaisi-dom. W ciągu kilku chwil, no dobra godzin przybrał zarys może Kazbegi, może Tibilisi, a może zostanę? Nie wiadomo było, gdzie kiedy i w którą stronę się ostatecznie wybrać. Albo raczej ja byłam zdecydowana, ale reszta ciągle gdybywała nad swoimi wyborami…
A więc w ostatecznej wersji plan przybrał postać tą 101 czyli Bagdati-Kutaisi-dom na początek a co! Wzięty dzień wolny piątkowy, by dojechać w miarę wcześnie. Pogoda dopisująca wręcz niesamowicie! Słońce w miarę ciepło czy można marzyć o czymś więcej? A można gdy dojechałam do Bagdati i zobaczyłam, że to miasteczko leży przy górach zapragnęłam wdrapania się, na któryś ze szczytów (tylko, że tak wcześniej nie pomyślałam o zabraniu treków…) więc marzenie o zdobyciu górskich szczytów niedaleko Bagdati zostało odłożone na wiosnę. Po posileniu się obiadem wyruszyłam z moją przewodniczką w miasto- pierwszy punkt kościół. Niby nic, ale cały odnowiony a w środku… malowidła na ścianach wyglądały jak dopiero co malarz stamtąd wyszedł. Jeszcze światło słoneczne wpadające przez małe okno oświetlające ikonostas- takie wow! Czuć było świętość tego miejsca.
Następnie szłyśmy, szłyśmy i szłyśmy do muzeum pana, który nawet na centralnym placu miasta ma wywalony ogromny pomnik a nazywa się on
Władimir Majakowski.
Niedaleko muzeum na małej górce, też kolejny jego pomnik. Pierwsze gruzińskie muzeum, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Na początek pan, który jest tam gospodarzem oprowadził mnie po domu poety: zdjęcia, stare meble i w ogóle wszystko urządzone jak było kiedyś gdy rodzina Majakowskiego mieszkała tam.  Lubię stare domy, w których czuć ducha tamtego czasu… ale przyszła ta myśl, ale słabe to muzeum jak na kogoś znanego. I tu zaskoczenie! Drugi budynek, ogromna sala, w której zgromadzone są zdjęcia od młodości aż po śmierć – zdjęcia nawet z pogrzebu! Książki, plakaty, głowy i wiele innych interesujących rzeczy… tylko:
a. nie potrafię czytać po rosyjsku
b. nie wiedziałam kim był tak naprawdę ten koleś więc trudno było mi było się zachwycić tym wszystkim tam.
Po wszystkich kulturalnych atrakcjach, z racji nocy udałyśmy się na kolację… oj dużo, dobrych smacznych gruzińskich rzeczy było do zjedzenia. Tak więc całkowicie pełna od jedzenia, szybko mnie zmiotło spać... i się zaczęło.
Nie będę wnikać w szczegóły, ale była ciężka noc. I kolejna zmiana planów z Kutaisi na Tibilisi z racji skorzystania z ładnej, ciepłej łazienki i ciepłego pokoju, który bardzo się marzył….
Więc były leki, sucharki, banany, herbata i ciepły kąt do spania – moje studenckie warunki 5gwiazek!
I była masa sms z koordynatorką i gdybywanie co zrobić czy wracać, jak się czuje i wszystko.
W ostateczności nie chciałam wykorzystywać gościnności i przywilejów siedzenia w naprawdę fajnym miejscu… mój mały gruziński raj można powiedzieć (chce tam pobyć na święta, albo przy jakieś innej okazji właśnie na dłużej, ale być w użytecznym stanie pomocy).  Więc postanowiłam wrócić. Była straszna podróż pod względem takim, że wszystko bolało, martwiłam się co się zdarzy i wiedziałam, że będzie długo.
Ale dałam radę, kto jak nie ja?
Tylko po tym wszystkim przyszedł straszny poniedziałek… na moje wszystkie bóle, jeszcze wkurzenie szefostwa, albo raczej przejaw tego, że się martwią (bo jak niby nie mogli spać w nocy, ale ja też nie…).
Sprawa wymaga po prostu pogadania. Na spokojnie. Może teraz gdy już emocje pierwsze z nas zeszły.

PS Na dziś wszystkim Radości w Starym-Nowym Roku (bo akurat w Gruzji dzisiaj kolejny Nowy Rok wypada wg kalendarza cerkiewnego)


czwartek, 31 października 2013

nowości...radości?

Dawno nic nie nakreśliłam, bo w sumie nie było o czym. Raczej jest o czym, ale niektóre sprawy lepiej zachowywać dla siebie i nie wywlekać je na światło dzienne za bardzo. A tym bardziej nie należy o nich wspominać na blogu.
W tygodniu obrabiałam zdjęcia, szczerze i otwarcie już mi się nawet nie chce a jak pomyślę, że muszę zrobić znów kolejne linii bo ciągle jest coś nie poprawne znaczy kartka nie jest biała i mam tego 3 foldery to skręca lekko i popadam w akty desperacji(ale już chyba wymyśliłam!)! Ale właśnie te akty desperacji wywołały u mnie w piątek i pociągnęły dalej  na sobotę niesamowite pokłady tego aby zrobić i doprowadzić do skutku plan warsztatów fotograficznych- podciągnąć się w teorii a za razem poćwiczyć co nieco własny warsztat. I kieruję tu ogromne podziękowania dla Miki, która wspiera mnie w tym dziele i przesłała oraz przypomniała o fajnych rzeczach jak magazyn „Pokochaj fotografię”, który oczywiście bardzo polecam!
Z niego też zaczerpnęłam trochę inspiracji a dokładnie z tekstu, który pozwolę sobie zacytować ponownie:
"Cierpliwość to cecha ludzi mądrych. Podziwiam ludzi nią obdarzonych i -odkąd pamiętam trenuję ją w sobie. Cierpliwość z wytrwałością się miesza. Jeśli wystarczająco długo powtarzasz jakąś czynność, stajesz się mistrzem. Uwielbiasz ten moment oczekiwania na ujęcie, to jedyne i niepowtarzalne, na ten wyjątkowy moment, który najczęściej nie nadchodzi....
Są wśród nas też tacy, którzy cierpliwie kreują. Pracują we wręcz laboratoryjnych warunkach własną cierpliwość wystawiają na największą próbę. Tych podziwiam najbardziej za wytrwałość i niezwykle poruszające efekty. 
I tu dochodzimy do sedna zmuś się do tworzenia, zacznij jeden projekt. Nie ważne czy od dziś zaczniesz przez kolejne 365 dni fotografować otaczający Cię świat, nie ważne czy będą to portrety, nie ważne czy będzie to 100 nieznajomych czy seria autoportretów. 
Najważniejsze aby cierpliwie wytrwać w tym co robić."
Michał Mrozek. Pokochaj Fotografię

Po przeczytaniu go kilka razy postanowiłam, że zrobię na razie może i skromnie, ale od czegoś trzeba zacząć własny projekt o skromnym tytule : 100 twarzy Gruzji(miało być po 1 zdjęciu na dzień, ale czasami robię ich więcej a czasami zero, bo nie ma tej twarzy…). Zaczynam moją kolekcję zdjęć. W sumie temat sam wpadł na myśl po tym, że mam z jednego z seminariów na którym robiłam zdjęcia; zdjęcie chłopca, który zagląda przez okno. Jeszcze nie wiem gdzie zacznę zamieszczać te zdjęcia, ale coś wymyślę. A może Ty masz pomysł co to powinno być?
I siedząc w sobie w jedynym miejscu w Zugdidi, które ma dobrą  kawę i wi-fi poznałam 2 panów z naszego sejmu, którzy przyjechali na niedzielne wybory ot co! Jako obserwatorzy jak pracują poszczególne komisje cóż za dziwny stan.  Co za zdziwienie ich a za równo moje, ale fajne to było spotkanie,
Niedziela za to pociągnęła nas nad morze, na plażę na której zrobiłam moje foto, które wygrało konkurs! Tak moje pierwsze dobre foto weekendowe i do tego wygrywa coś fajnie. Tak więc z dobrą pogodą na duchu jak i na zewnątrz, zapasem jakiegoś jedzenia, małym ręcznikiem oraz naładowanymi bateriami z małymi przygodami udało się nam wyruszyć i po około godzinie drogi dojechaliśmy na miejsce. W to piękne miejsce! Plaża, słońce i ciepłe morze. Ja tylko odważyłam się pomoczyć stopy ale przy większych falach moje spodnie były mokre aż po kolana.
Później postanowiliśmy udać się do restauracji na nasze ulubione Chinkami! Mniam:). I tu chyba zakończę historię, bo właśnie po niedzielnych Chinkami mam straszne problemy z żołądkiem i od poniedziałku nie jem prawie nic a jak coś jem to bardzo ostrożnie….
Dodatkowo wczoraj mieliśmy trening, znaczy tutaj był organizowany trening na temat „Przemocy w rodzinie” oczywiście, że wersja gruzińska! Oprócz tego, że pomieszałam sobie dni, bo myślałam cały czas, że to dziś a nie wczoraj spóźniłam się w zacnym stylu prawie godzinę! No nie mogłam się zwlec z łóżka i jakoś to tak poszło, że trwało to moje zbieranie trochę dłużej niż zwykle, albo raczej moja pobudka nastąpiła ponad godzinę później niż zwykle (tak bardzo mi się nie chciało wstawać i przybierałam wszystkie możliwe pozycje w łóżku). Gdy już dotarłam do stowarzyszenia robiłam zdjęcia i była masa jedzenia, na które nawet patrzeć nie mogłam ot co. Wiadomo jak jest.
Dziś mamy jakieś seminarium, pewnie znów będę robić zdjęcia i ogarniać to w następnym tygodniu wszystkie te foldery.

A w weekend…się zobaczy co się wydarzy

wtorek, 15 października 2013

Part 5- koniec na tą chwilę.

Koniec historii na tą chwilę taki:
Powróciłam do świata żywych. Z moim zdrowiem lepiej! Głowa ok. Ręka w miarę też. Śpię, nie chodzę na prochach ciągle. Jest ok.
Dzięki wszystkim za dobre słowo przez sms, fb, maila i w ogóle. Dzięki Wam było prościej mi przejść ten trudny czas.
Ogromny uścisk i dużo słońca dla Was!

sobota, 5 października 2013

Part 4- historii ciąg dalszy.


Cześć 4 opowieści trwa ciągle, więc może trochę objaśnię co się wydarzyło. Miałam iść do lekarza po raz 2, ale jednak nie dotarliśmy tam. Nie, że nie chciałam...ale Nana wyjechała, Olga również, więc słabo by było iść z tymi co nie mówią po angielsku a ja nie zrozumiem lekarza (bo pewnie gruzin, no) i mi nie przetłumaczą wszystkiego dokładnie. Ogólnie to nawet już marudzę tylko w środku siebie jak się fatalnie czuję, żeby już nikt nic mi nie powiedział (no i Dominice przez skype-dzięki za wsparcie od początku tej historii!)
Tak więc po ponad tygodniu przestało mi się w głowie kręcić i ból głowy nie jest taki przytłaczający (ale ciągle jest pulsujący tam w miejscu uderzenia, czasami też szumi i kręci się), ale kark daje nadal popalić w jakimś stopniu do tego ta moja ręka. Niektórzy wiedzą, że rok temu będąc w pracy sprawiłam sobie nie małe problemy z prawym barkiem, które trwały bardzo długo. Teraz ogarnia mnie trochę ten stan, że znów ręka zaczyna nie pracować zgodnie z moimi oczekiwaniami. Tym razem od upadku. W nocy najgorzej, bo momentami w ogóle jej nie czuję, znaczy budzę się w tym wielkim szoku co się dzieje z moją ręką. Jest strach, po prostu no. Tym bardziej, że powoli w ciągu dnia też dzieje się nie za dobrze. Mam problemy z utrzymaniem kubka lub książki w ręce, ale staram się dzielnie walczyć.
A na to wszystko moje gardło padło. Boli, boli, boli. Zaczyna mnie dusić, chrypać i w ogóle wiecie... Nie wiem czy to po prostu z tego padającego deszczu czy to może gdzieś od tych wszystkich stresów? Czuję się dosłownie „jak zdjęta z krzyża”! Dawno nie miałam takiego stanu ogólnego połamania fizyczno-psychicznego. Blech.
Z racji tego, że szefostwa nie ma to umówiłam się na rozmowę przez skype z Magdą moją koordynatorką wyjazdu z PL by ją w sumie poinformować o tym co się wydarzyło, bo nie chciałam opisywać tego w mailu oraz by się zapytać jak wygląda sytuacja np. powrotu na dalsze leczenie w PL i powrotu później do Gruzji znów. Mam od niej zielone światło i wszelkie poparcie. Powiedziała, że będzie mnie wspierać w tym. Że mam pogadać na początek jak najszybciej się da z Olgą koordynatorką moją tutaj w Gruzji i powiedzieć wszystko nawet o ręce, żeby tego nie zostawić tak, bo to nie ma sensu i męczyć się niepotrzebnie też nie warto. Chodzi też o zadania, które mogę otrzymać i nie być w stanie wykonać. Jeśli nadal będę chciała wrócić by skonsultować to wszystko z lekarzem w PL to mam najpierw mam pójść skonsultować się z lekarzem tutaj lokalnym kiedy mogę lecieć by nie było jakiś niespodziewanych problemów w czasie drogi. Tym bardziej, że ostatnio mam wysokie ciśnienie. A wiecie jak to poznaje się a po tym, że głowa boli z tyłu. To właśnie ból z tyłu jest od zbyt wysokiego ciśnienia. Dlatego też Magda nawet zrozumiała moje obawy podróży samolotem przy zbyt wysokim ciśnieniu chyba bym im tam na zawał zeszła... Tego to nie mam zamiaru zrobić, bo chce żyć i z Wami spędzać świetnie czas.
Tak więc nie wiem co się wydarzy i jeszcze może okazać się, że wrócę do Was jeszcze w październiku na kilka- kilkanaście dni. Nie wiadomo co i jak jeszcze. Zobaczymy tak naprawdę po dalszych rozmowach i konsultacjach co wyjdzie.

Historia ciągnie się dalej....

czwartek, 3 października 2013

Part 3 - szpitale i bóle.... historia trwa dalej!

Część 3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10 pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski – tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone. Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać. Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala.  Więc wolno się przebrałam z pidżamy połowicznie rzecz ujmując nawet.  Wolno i wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę! Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój  tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko, PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie. Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo chodzenie zabronione.  Stoję sobie, Maya stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże. Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza, ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa. No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw (niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje… ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa. Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się, jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry do łóżka. I poszłam spać.  Głowę mi rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu, bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…

PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^