Stwierdzam właśnie leżąc kolejny dzień w łóżku, że to dobry
moment na napisanie 3 następnujących po sobie notek i składających się w jedną
całość.
Jak wiadomo były 23 urodziny wersja gruzińska, projekt Kobuleti oraz miało być szkolenie w Tibilisi zamienione na 2 wizyty szpitalne. Więc może po kolei...
nie wszyscy pewnie wiecie jak skończyły się moje urodziny, ale większość z Was wie jaki był prosty plan : jechać nad morze, wziąć butelkę wina i się uchlać. Prawie, że się to spełniło prócz tego morza, które było z lekkim opóźnieniem dzień później.
Wstaję sobie rano w ten niezwykły dzień, w którym człowiek zaczyna myśleć ile mógł zrobić w ciągu ostatniego roku, ile zrobił i ogólnie wiecie zaczyna gdybać nad tym marnym życiem oraz jak to akurat w moim przypadku było planować co jeszcze można zrobić by za rok znów być gdzieś w niezwykłym miejscu, którego do dziś nie wymyśliłam :).
Tak naprawdę nawet nie powiedziałam nikomu, że mam urodziny, bo czym się chwalić nie. Zjedliśmy szybko śniadanie i ruszyliśmy do stowarzyszenia gdzie poczynając ostatnie przygotowania przed projektem odczytywałam sobie od Was wszystkie przejawy ciepłych i radosnych słów. Aż w pewnym momencie przychodzi do nas Nana stwierdzając oczywiście głośno i oficjalnie, że mam urodziny i się zaczęło… Były życzenia, 3 razy sto lat, było dobre ciasto i stwierdzenie oficjalnie pijemy wieczorem. Tak więc aż zaczynam powoli się obawiać wieczora, bo nie mam za mocnej głowy, kiedy pije się szybko i dużo.
Nastąpił wieczór. Kolejne życzenia i czemu nie powiedziałam, bym miała prawdziwego tort a tak były pyszne naleśniki z jeszcze lepszym miodem (naprawdę uwielbiam tutaj miód, Gruzini mają wspaniały miód) oraz z serem no i masa dobrych rzeczy i jeszcze większa ilość wina.
Kolejne sto lat: wersja gruzińska, rosyjska oraz czeska a polską sobie na yt odsłuchałam- przez połdnie. Tak to się nazywa imprezowanie w międzynarodowym gronie! Lało się wino i lało...
Aż w pewnym momencie się pytają czy wódkę pijemy i na stole ląduje czeska wersja śliwowicy! Dobrze, że nikt jej nie otwarł. W mojej głowie po tej ilości wina /ile wina to tylko wiadomość na priv/ zaczęło dobrze mi szumieć w głowie oraz czułam jak mój żołądek zaczyna się powoli buntować. Więc z myślą idę umyć twarz i idę spać wolnym i chwiejnym krokiem udałam się na górę. Gdzie docierłam nawet nie wiem jak! Po czym przebrałam się w pidżamę by powrócić szybko na dół do łazienki. Na górę wróciłam tylko po ręcznik, telefon i kołdrę. Noc spędziłam na kanapie, z której miałam wszędzie blisko znaczy do łazienki blisko, z którą przez wieczór bardzo się zaprzyjaźniłam. Nana siedziała ze mną tak długo, aż mój żołądek się nie uspokoił. Dostałam obrzydliwej mineralnej wody, która dobra jest właśnie na jakieś takie problemy i usnęłam. Rano z racji tego, że już na 8 mieliśmy być w Zugdidi czyli wstawanie wczesne- ratunkiem chwilowym był prysznic, pakowanie, śniadanie i szybkie się ogarnięcie było trudne do zrobienia. W mojej głowie huczało, rozsadzało mi czaszkę z bólu, chciało się spać i suszyło tak strasznie szuszyło a tu przed nami była cała droga jakieś 1,5-2 godzin samochodem do Kobuleti.
A w Kobuleti było spełnienie mojego marzenia morze, plaża i cisza oraz ładna ciepła pogoda. Ot taki prezent na mój ból głowy tamtego dnia.
Tak dzień urodzin skończył się z wypełnionym poniekąd planem. Chociaż takiego kaca nie miałam dawno to nie żałuję żadnej chwili.
A wieczorem oficjalnie zaczęliśmy projekt, o którym w następnej notce…
Jak wiadomo były 23 urodziny wersja gruzińska, projekt Kobuleti oraz miało być szkolenie w Tibilisi zamienione na 2 wizyty szpitalne. Więc może po kolei...
nie wszyscy pewnie wiecie jak skończyły się moje urodziny, ale większość z Was wie jaki był prosty plan : jechać nad morze, wziąć butelkę wina i się uchlać. Prawie, że się to spełniło prócz tego morza, które było z lekkim opóźnieniem dzień później.
Wstaję sobie rano w ten niezwykły dzień, w którym człowiek zaczyna myśleć ile mógł zrobić w ciągu ostatniego roku, ile zrobił i ogólnie wiecie zaczyna gdybać nad tym marnym życiem oraz jak to akurat w moim przypadku było planować co jeszcze można zrobić by za rok znów być gdzieś w niezwykłym miejscu, którego do dziś nie wymyśliłam :).
Tak naprawdę nawet nie powiedziałam nikomu, że mam urodziny, bo czym się chwalić nie. Zjedliśmy szybko śniadanie i ruszyliśmy do stowarzyszenia gdzie poczynając ostatnie przygotowania przed projektem odczytywałam sobie od Was wszystkie przejawy ciepłych i radosnych słów. Aż w pewnym momencie przychodzi do nas Nana stwierdzając oczywiście głośno i oficjalnie, że mam urodziny i się zaczęło… Były życzenia, 3 razy sto lat, było dobre ciasto i stwierdzenie oficjalnie pijemy wieczorem. Tak więc aż zaczynam powoli się obawiać wieczora, bo nie mam za mocnej głowy, kiedy pije się szybko i dużo.
Nastąpił wieczór. Kolejne życzenia i czemu nie powiedziałam, bym miała prawdziwego tort a tak były pyszne naleśniki z jeszcze lepszym miodem (naprawdę uwielbiam tutaj miód, Gruzini mają wspaniały miód) oraz z serem no i masa dobrych rzeczy i jeszcze większa ilość wina.
Kolejne sto lat: wersja gruzińska, rosyjska oraz czeska a polską sobie na yt odsłuchałam- przez połdnie. Tak to się nazywa imprezowanie w międzynarodowym gronie! Lało się wino i lało...
Aż w pewnym momencie się pytają czy wódkę pijemy i na stole ląduje czeska wersja śliwowicy! Dobrze, że nikt jej nie otwarł. W mojej głowie po tej ilości wina /ile wina to tylko wiadomość na priv/ zaczęło dobrze mi szumieć w głowie oraz czułam jak mój żołądek zaczyna się powoli buntować. Więc z myślą idę umyć twarz i idę spać wolnym i chwiejnym krokiem udałam się na górę. Gdzie docierłam nawet nie wiem jak! Po czym przebrałam się w pidżamę by powrócić szybko na dół do łazienki. Na górę wróciłam tylko po ręcznik, telefon i kołdrę. Noc spędziłam na kanapie, z której miałam wszędzie blisko znaczy do łazienki blisko, z którą przez wieczór bardzo się zaprzyjaźniłam. Nana siedziała ze mną tak długo, aż mój żołądek się nie uspokoił. Dostałam obrzydliwej mineralnej wody, która dobra jest właśnie na jakieś takie problemy i usnęłam. Rano z racji tego, że już na 8 mieliśmy być w Zugdidi czyli wstawanie wczesne- ratunkiem chwilowym był prysznic, pakowanie, śniadanie i szybkie się ogarnięcie było trudne do zrobienia. W mojej głowie huczało, rozsadzało mi czaszkę z bólu, chciało się spać i suszyło tak strasznie szuszyło a tu przed nami była cała droga jakieś 1,5-2 godzin samochodem do Kobuleti.
A w Kobuleti było spełnienie mojego marzenia morze, plaża i cisza oraz ładna ciepła pogoda. Ot taki prezent na mój ból głowy tamtego dnia.
Tak dzień urodzin skończył się z wypełnionym poniekąd planem. Chociaż takiego kaca nie miałam dawno to nie żałuję żadnej chwili.
A wieczorem oficjalnie zaczęliśmy projekt, o którym w następnej notce…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz