Czas zacząć przygodę. Czas zacząć pisać z Gruzji.
Więc może zacznę od początku. W poniedziałek, gdy to dokonywało się wielkie pakowanie miałam ogromne trudności z zamknięciem walizki, nadal nie wiem jak to zrobiła moja mama, że weszło wszystko co miało się tak znaleźć /tutaj dziękuje mojej mamie za zapakowanie mnie-szacunek!/.
Zmierzając dalej już w kierunku lotniska pogoda nie sprzyjająca podróży ulewny deszcz… Moja pierwsza podróż samolotem na szczęście bez większych przygód prócz ulewnego deszczu, burzy i kilku miejsc turbulencji lecz jak to stwierdził Jarek, którego poznałam w samolocie „takie turbulencje to nie turbulencje” :D.
Wylądowaliśmy bezpiecznie i bezproblemowo na lotisku w Kutaisi, dostaliśmy pieczątki do paszportu (czad moja pierwsza pieczątka w paszporcie):D.
Złapaliśmy taxi – nie polecam, za drogo lecz moje zmęczenie oraz Jarka i Rafała sięgało zenitu nie chciało nam się szukać i czekać tym sposobem przepłaciliśmy. Podróż okazała się być niesamowitym przeżyciem! Sam widok krów, koni, świń, które chodzą sobie po ulicy tak po prostu i w ogóle się nie przejmują nadjeżdżającymi samochodami był bardzo niesamowity a za razem zaskakujący jak dla mnie. W czasie drogi nasz kierowca zatrzymał się w pewnym momencie przy jakimś sklepiku idzie po kubki i rozlewa nam wino własnej produkcji, wytrawne wino /nie lubię wytrawnych!/, ale to było dość dobre lecz zaznaczę może była godz. 7 rano a ja od poprzedniego wieczoru nic nie jadłam prócz paru ciastek na lotnisku więc naprawdę nie był to dobry pomysł na mój żołądek, lecz obyło się bez większych przygód :).
Ok. 8 rano dotarłam do Zugdidi na plac centralny. Jak na wczesną porę miasto puste, zero osób nikt się nie krząta to nie czas by wychodzić z domu tak wcześnie. Jednak w Gruzji stanowczo dzień zaczyna się później. Gdy dotarłam do miejsca chwilowego mego zamieszkania na wieś /nie pytaj o jej nazwę nie wiem/ plan był prosty prysznic, śniadanie i do łóżka lecz po obfitym śniadaniu. Tak śniadanie w Gruzji jem prawie godzinę i jest tego masa, nie umiem się przyzwyczaić, że prócz czegoś ciepłego są jeszcze kanapki i ciasto i sałatka i dużo, dużo jedzenia :). Po tym bardzo obfitym śniadaniu stwierdziłam, że jadę do Zugdidi bo będzie Internet i będę mogła z Wami popisać chwilę. Tym sposobem znalazłam się w biurze stowarzyszenia i poznaje osoby i spędzam tu czas do ok. 17 lub ciut dłużej.
Aktualnie nic konkretnego nie robimy lecz myślę, że im się czas będzie rozwijać to będą konkrety. Na razie tylko była prezentacja na temat swojego kraju i miasta do wykonania /dzięki Sylwia za pomoc z tym!/, którą dzisiaj prezentujemy.
Tak więc kolejna notka o mym stanie i pierwszych wrażenia moich i tęsknocie, będzie niebawem.
Więc może zacznę od początku. W poniedziałek, gdy to dokonywało się wielkie pakowanie miałam ogromne trudności z zamknięciem walizki, nadal nie wiem jak to zrobiła moja mama, że weszło wszystko co miało się tak znaleźć /tutaj dziękuje mojej mamie za zapakowanie mnie-szacunek!/.
Zmierzając dalej już w kierunku lotniska pogoda nie sprzyjająca podróży ulewny deszcz… Moja pierwsza podróż samolotem na szczęście bez większych przygód prócz ulewnego deszczu, burzy i kilku miejsc turbulencji lecz jak to stwierdził Jarek, którego poznałam w samolocie „takie turbulencje to nie turbulencje” :D.
Wylądowaliśmy bezpiecznie i bezproblemowo na lotisku w Kutaisi, dostaliśmy pieczątki do paszportu (czad moja pierwsza pieczątka w paszporcie):D.
Złapaliśmy taxi – nie polecam, za drogo lecz moje zmęczenie oraz Jarka i Rafała sięgało zenitu nie chciało nam się szukać i czekać tym sposobem przepłaciliśmy. Podróż okazała się być niesamowitym przeżyciem! Sam widok krów, koni, świń, które chodzą sobie po ulicy tak po prostu i w ogóle się nie przejmują nadjeżdżającymi samochodami był bardzo niesamowity a za razem zaskakujący jak dla mnie. W czasie drogi nasz kierowca zatrzymał się w pewnym momencie przy jakimś sklepiku idzie po kubki i rozlewa nam wino własnej produkcji, wytrawne wino /nie lubię wytrawnych!/, ale to było dość dobre lecz zaznaczę może była godz. 7 rano a ja od poprzedniego wieczoru nic nie jadłam prócz paru ciastek na lotnisku więc naprawdę nie był to dobry pomysł na mój żołądek, lecz obyło się bez większych przygód :).
Ok. 8 rano dotarłam do Zugdidi na plac centralny. Jak na wczesną porę miasto puste, zero osób nikt się nie krząta to nie czas by wychodzić z domu tak wcześnie. Jednak w Gruzji stanowczo dzień zaczyna się później. Gdy dotarłam do miejsca chwilowego mego zamieszkania na wieś /nie pytaj o jej nazwę nie wiem/ plan był prosty prysznic, śniadanie i do łóżka lecz po obfitym śniadaniu. Tak śniadanie w Gruzji jem prawie godzinę i jest tego masa, nie umiem się przyzwyczaić, że prócz czegoś ciepłego są jeszcze kanapki i ciasto i sałatka i dużo, dużo jedzenia :). Po tym bardzo obfitym śniadaniu stwierdziłam, że jadę do Zugdidi bo będzie Internet i będę mogła z Wami popisać chwilę. Tym sposobem znalazłam się w biurze stowarzyszenia i poznaje osoby i spędzam tu czas do ok. 17 lub ciut dłużej.
Aktualnie nic konkretnego nie robimy lecz myślę, że im się czas będzie rozwijać to będą konkrety. Na razie tylko była prezentacja na temat swojego kraju i miasta do wykonania /dzięki Sylwia za pomoc z tym!/, którą dzisiaj prezentujemy.
Tak więc kolejna notka o mym stanie i pierwszych wrażenia moich i tęsknocie, będzie niebawem.
polecam się! :D mam nadzieję, że się uda wszystko!:)
OdpowiedzUsuńNa pewno wszystko będzie dobrze, pamiętam jak obiecałam, pozdrawiam! :)
OdpowiedzUsuń