Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 marca 2014

Czas na podsumowanie...

Czas na podsumowanie 6 miesięcy spędzonych w Gruzji!
Zaczął mi się 3 tydzień spędzany w domu, w Polsce. Jeszcze nie zdążyłam odbyć żadnych dalszych podróży prócz wycieczek do urzędów, spotkań na miejscu (dzięki za wszelkie przejawy przywitań i wspólnych rozmów!), rozmów telefonicznych i pierwszej na koniec zimowego sezonu odwiedzin na lodowisku (udało się przeżyć i się nie połamać : )).
W ciągu tego krótkiego okresu czasu zdążyłam zamarzyć o podróży tu i tam, o odwiedzeniu kilku ważnych dla mnie osób oraz zatęsknieniu za tymi poznanymi w Gruzji.
Tak, taka prawda tęsknie... za tymi ostatnimi, poznanymi na koniec, którzy przestawili wiele aspektów w mojej głowie na lepsze chyba, to tęsknie najbardziej!
Koniec żalów tęsknoty, czas podsumować!
Było 6 miesięcy w Gruzji, w których:
- zrobiłam mało jak na mnie zdjęć (ale cennych dla mnie),
- poznałam masę wspaniałych ludzi, z którymi mam nadzieję, że utrzymam kontakt i będzie mi dane się jeszcze z nimi zobaczyć(o niektórych będzie później)
- zwiedziłam piękne miejsca, o których nawet rok temu jeszcze nie marzyłam, że będzie mi dane zobaczyć na żywo!
- poznałam kulturę, taką inną odmienną, wyjątkową, bo wschodnią
- poznawałam nowy język, tak inny i taki dziwny- gruziński, a dodatkowo próbowałam nauczyć się ze słuchu języka rosyjskiego, który ciągle brzmi w mych uszach i ciągnie by spróbować opanować cyrylicę i zacząć czytać oraz spróbować w następnych rozmowach go używać (tak takie mam małe postanowienie językowe- rosyjski... ma miłości!)
-ćwiczyłam swój angielski w mowie jak i czasem w piśmie. Na pewno nie poszły próby pokonywania bariery na marne.
-zwiedziłam 3 plaże – Anaklia, Kobuletii, Batumi
- zwiedziłam park narodowy Bordżomi, za razem była to też wyprawa górska
- byłam w górach razy 2 Mestia (lodowiec), Bordżomi
- byłam : Tbilisi, Mccheta, Sighnagi, Gori, Kutaisi, Zugdidi, Jvarii, Mestia, Anaklia, Kobuletii, Batumi, Tkibuli, Ozurgeti, Khori, Narazeni, Bordżomi, Bakuriani, Chiatura, Bagdati, Inguri (zapora wodna),
- odwiedziłam masę cerkwi tych starych jak i nowych, zachwycając się wszystkimi ikonami, malowidłami ściennymi i całą świętością
- przeżyłam 2 razy Nowy Rok, święta Bożego Narodzenia prawosławne (w domu, bez otoczki kościelnej)
- świętowałam swój dzień urodzin w Gruzji!
- odwiedziłam w sumie 3 szpitale (Kobuleti, Batumi- tu odkryli mój mózg, Tbilisi- tutaj dostałam zastrzyki, ćwicząc swój rosyjski marny...) i odchorowałam zatoki będąc w przychodzi
- odkryli mi, że posiadam mózg!
- poznałam wiele osób mieszkających na Śląsku Cieszyńskim, albo mających z nim coś wspólnego
-ćwiczyłam swoją cierpliwość, otwartość i zrozumienie
-spróbowałam wiele potraw jak i win, z różnych rejonów Gruzji
-zbierałam cukierki na moście, w marszutce (bus), na ławce
- projekt "100 twarzy" osiąga próg 100 zdjęć, a chciało się więcej...ale dobre i to! 
-wszyscy życzyli mi oczywiście Gruzina, albo najlepiej to Polaka w Polsce i Gruzina w Gruzji, tylko tak by żaden się nie dowiedział o żadnym ;)
-odwiedziła mnie Mika (dzięki ponownie!:*)
-przeżyłam bez centralnego ogrzewania, internetu wieczorami, ciepłej wody, braku wody z rana (chociażby zimnej), zima w pokoju, spania w śpiworze, mojego braku zdolności kulinarnych, czasami nie jedząc i chodząc wcześnie spać a nie móc z rana wstać.

Czy coś więcej okryłam/zobaczyłam na pewno tak...ale już też wiele nie pamiętam, próbuje sobie przypomnieć jak najwięcej szczegółów, lecz trudne to. Niektóre szczegóły po prostu zostają dla mnie i tylko dla mnie
Na pewno na koniec należą się specjalne podziękowania dla:
- moich rodziców, którzy dzielnie znosili mnie przed jak i w trakcie wyjazdu oraz mego wspaniałego rodzeństwa, które pomagało by udało się wszystko ogarnąć w jak najlepszy sposób
- Wam (kto ma wiedzieć to się domyśli)- za wsparcie, dobre słowa, wszystkie niespodzianki i to, że po prostu tęskniliście tak po ludzku i ja za Wami też
- koordynatorów: Błażej, Magda, Olga- bez nich nic by się nie udało
-wspaniałej szefowej Nany, która się martwiła wiele razy o mnie, oraz dodatkowo pracowników biura Esmy oraz Ingi
- dobrego ostatniego mentora Kathi, której dużo zawdzięczam
- współwolonatiuszek : Sandrine i Markety, oraz innych z Zugdidi: Jeniferr, Brigitht, Nico, Sara, Andreas, Carolin, Miriam
- dziewczyn z Tkibuli (Ola i Sylwia!), rodziny z Ozurgetii (Ewa, Asia, Erell, Margit, Greg), Rustavii (Ania, Ewelina, Mateusz, Tomek) oraz tych przebywających w armenii (jesteście wszyscy wielcy i niezastąpieni!!!),Pawła (wolontariusza w caritasie), Piotrka (przebywającego na erasmusie), Karoliny i Dawida (nowych wolontariuszy u Kamilanów)
- następnie mych wspaniałych znajomych gruzinów i gruzinek – Maya, Ia, Gwanca, Anuki, Ia, Gocza, Robert, Inga, Kaxa, Suzi oraz innych– bez nich ten świat też byłby nudniejszy
- dla przedstawicieli kościoła katolickiego w szczególności- s.Teresa i s.Anna (salezjanki, za miejsce noclegu w najbardziej nieoczekiwanych momentach oraz dobry ostatnio sobotni obiad:)), rodziny kamiliańskiej s.Beaty (za kucie i mądre rozmowy oraz nieocenione wsparcie), o.Zygmunt (za wyprawy po Tbilisi, za rozmowy i nakarmienie obiadem), o.Paweł – nie dane poznać bliżej, ale za uśmiech i szczerość!
- dla polskiej ekipy mieszkającej w Zugdidi!
- dla Karoliny i Szymona za noclegi w Tbibilisi i pierwsze pokazanie miasta, oraz udostępnianie swojej podłogi.
-oraz dla innych, którzy nie zostali wymienieni z imienia, a też należą się im podziękowania(za co przepraszam, bo nie chcę nikogo pominąć...)

Może cały czas nie wyglądał tak jak obmyślałam sobie w głowie, jak myślałam, że będzie. Nie miało być tylu problemów, tylu chorób i tylu dziwnych sytuacji. Ale jednak to wszystko sprowadziło się do tego, że przez to wszystko miałam szanse poznać dodatkowo kilka osób, nawiązać nowe wartościowe przyjaźnie (tak chyba mogę nazwać to przyjaźniami, szczerymi w tym odległym kraju z ludźmi wartościowymi, na których mogłam liczyć nawet po 23 i budząc się sms od nich, bo dzwonili czasem w nocy przez omyłki jak twierdzili;)). Dobrze było i gdybym mogła to tak wyjechałabym znów, znów wybrała bym nieznaną Gruzję, znów chciałabym poczuć jej zapach, smak i usłyszeć misz-masz językowy. Dokładnie tak. Brakuje mi osób, brakuje mi miejsc i brakuje mi tego depresyjnego Zugdidi czasem... :)

Dzięki za ten czas, za spotkania, uśmiechy, radości, herbaty, wspólne posiłki i niesamowite przygody te lepsze i te gorsze!:)


PS notka może ulegać edycją.
PS 2- jestem stażystą, jestem w Cieszynie do września na pewno, można umawiać się w tygodniu wieczorami, weekendami czasem tu czasem tam. Pisać i szukać :)

sobota, 15 lutego 2014

Żeby nudno nie było...

Jak wiadomo plany zawsze się zmieniają a tym bardziej mi. Nie dziwi mnie już to, bo tak się po prostu dzieje, że… z plan na Ozurgetii na piątek przerodził się w plan na wyprawę niespodziewaną i nie planowaną po raz drugi- Batumi, lecz tym razem tylko w celu turystycznym i nie żadnym innym. Udało się wyruszyć na nocne zwiedzanie miasta i mieć wspaniały czas, udało się pospacerować z rana również. Więc jak to można rzecz jedno z 3 miejsc, które chciałam odwiedzić się udało. Był fajny czas, nocnego włóczenia, bez plecaka i wsłuchiwanie się w ciszę morza by móc później już następnego dnia ogarnąć podobny stan. Wyciszenia i kompletnego relaksu, szczęścia i zadowolenia  z tego, że jednak udało się spędzić prawie 24 godziny zwiedzając miasto a nie biegając po lekarzach. 
Teraz mogę to rzecz- ja lubię Batumi a w szczególności poza sezonem, po cichej, ciemnej nocy, tak na spokojnie i bez spiny…
Następnego dnia już prawie, że zgodnie z planem wyruszone na podbój Ozurgeti, by zobaczyć się tam ze wspaniałymi osobami! Oh potrzeba było też ich zobaczyć, wypić niezliczone ilości herbaty, zobaczyć wesołe uśmiechy, pograć w gry, zrobić piknik nad rzeką i kontynuować czas pełen relaksu! Dodatkowym zaskoczeniem było poznanie Zdzicha, który jak się okazało studiował w Cieszynie. Tak wspólne tematy na temat jednego miasta, może nie do końca wspólnych znajomych (jeszcze wtedy), ale jak wiadomo impreza nam się fajna z tego zrobiła. Pierwszy raz za razem oglądnęłam Krainę Lodu, co polecam „jestem Olaf i lubię ciepłe uściski” J. Naprawdę był dobry czas spędzony w Ozurgetii! I tak po 2 dniach spędzonych tam, należało się pożegnać z łezką w oku by podążyć drogą w kierunku Tbilisi. 
Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było. 
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari.  Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu.
Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem.  Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś…
A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg.
Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach…  i w poniedziałek zakończymy przygodę z  Tbilisi. Ah szkoda.
Edit 18.02:
Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że  Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było.
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari.  Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu. Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem.  Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś… A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg. Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach…  i w poniedziałek zakończymy przygodę z  Tbilisi. Ah szkoda.Edit 18.02:Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że
Niektóre osoby sprawiają zamieszanie w naszym życiu, chociaż krótko się widzimy i wtedy człowiek sobie uświadamia, że będzie mu tego brakować...
Właśnie te 5 dni sprawiło, że czas zrobił się dobry, że pomieszali w moim poglądzie na życie, że właśnie po prostu czas żyć i trochę może startować by zmądrzeć :)?


Pocztówkowe Batumi. Tadam, tadam.

/edit:-5 dni zastrzyków skończone
-4 dni od dziś
-15 dni tabletek/


wtorek, 28 stycznia 2014

Bliskie podróże- długie godziny

Wyjazd i odwiedzenie 2 wolontariuszek (Oli i Sylwii) w Tkibuli był planowany już trochę, ale tym razem w weekend udało się nam wreszcie spotkać.  Spotkanie nastąpiło w Kutaisi, gdzie był plan pójścia na lodowisko i zaczęcia dobrej zabawy weekendowej. Szybko nas otrzeźwiało z pomysłu lodowisko a tylko dlatego, że docierając na miejsce okazało się, że (UWAGA!) jest tylko ono dla dzieci do LAT 12! Kto w ogóle wymyśla takie rzeczy, żeby nikt starszy nie mógł pojeździć… szkoda (może załapię się w Cn jeszcze). Więc pierwszy plan nie wypalił tak więc skierowaliśmy się na bazar w wiadomym celu zakupów + dla mnie zdjęć. Z racji, że uwielbiam bazar w Kutaisi sprawia mi ogromną radość zaglądania tam po kątach i zachwycania się zapachami i wszystkim co tam jest a co najważniejsze osobami co sprzedają! Są mega otwarte i świetne i łatwo im zdjęcie zrobić (nie Mika?:)).
Po szale zakupów, bez planu, chwilowe włóczenie się bez celu by jednak stwierdzić jest świetna pogoda jedziemy do Monastyru tym razem Motsameta. W drodze minęliśmy ze 3 ślubne samochody a na miejscu to był po prostu ślubny szał. W ciągu może i nawet nie godziny odprawili ze 3 śluby i z boku chrzest + kolejne pary się pojawiały. Taka oszczędność czasu i miejsca. Ludzi tłum… (zdjęć fajnych brak) oraz ładna pogoda, jeszcze lepsze widoki więc czas na mały piknik w zimowo-wiosennym słońcu i temperaturze dobrze +15. Nie chciało się ruszać z klimatycznych skał, trawy, ale by zdążyć na marszutkę trzeba było się zebrać w sobie i cieszyć się słońcem.  Więc ruszyliśmy na marszutkę do zacnego miasta Tkibuli, które w pierwszym wrażeniu przypomina dla mnie taki Śląsk w Gruzji! Kopalnia, kopalnia, kopalnia i kopalnia! Odwiedziny u nich na mieszkaniu, spróbowanie podkarpackich pyszności + dużej blachy pysznego ciasta, przyszykowanie na rozgrzewkę grzanego wina i długie- nocno- polsko-francusko-amerykańskie rozmowy.
 Dzień był długi i wart swego zmęczenia, bo na niedzielę mieliśmy nowy plan...
Odwiedzenie Chiatury- a to miasto słynie z tego, że kilka jego punktów zbudowanych jest na wzgórzach i można się tam dostać tylko kolejkami. Ot co! Takimi wagonikami, które czasy swej świetności mają dawno za sobą. Jednak my dzielne byłyśmy i wyruszyłyśmy na dwie trasy oglądnąć miasto z góry! Co za widoki, co za widoki. Tym razem pogoda nie sprzyjała nam aż tak strasznie bardzo, ale i przestało padać więc dało się popatrzeć i powzdychać z tęsknoty za wiosną, za słońcem, za zielonymi szczytami.
Właśnie wyjeżdżając drugą kolejką tam Pani co pilnuje i jeździ wagonikiem zabrała nas do miejsca, którym nadzorowana jest cała praca tej kolejki długiej i pokazała jak to działa. A powrotem przypadkowo spotkani w wagoniku ludzie zaoferowali nam zaprowadzenie nas do monastyru.
Wiedziałyśmy o jednym, który znajduje się na skale. Tylko dokładnie nawet nie wiedziałyśmy nawet nazwy tego miejsca. Tak więc zdaliśmy się na Gruzinów. Szłyśmy nie wiedząc gdzie, wspinając się po masie schodów lądując w jednym z tych monastyrów/ cerkwi, która robi wrażenie takie, że wow! Wchodziło się tam przez taki długi wykuty w skale korytarz i znajdowało się w miejscu z ikonami, skałą z której tryskała „święta woda” i w sumie dokładnie to nie wiem co jeszcze. Idąc dalej, ale tylko w spódniczce i nakryciu głowy oczywiście trafiało się do kolejnej małej cerkwi z masą ikon i bardzo taką klimatyczną(nie umiem tego inaczej określić). Byli tam Popowie, panie trzepiące dywany i kilka innych osób obsługujących skład wina dla popów.  Mało kiedy, która Cerkwia robi na mnie większe wrażenie, bo wszystkie wyglądają tak samo ze wnętrz i w środku, ale właśnie czasem można złapać takie smaczki gdy zaufa się Gruzinom. Patrząc na czas trzeba było udać się nam do centrum. Myśląc, że może uda nam się złapać jakąś marszutkę, a tu zaskoczenie zatrzymał się pan terenowym autem i zabrał nas do centrum i mając trochę czasu poszłyśmy na obiad. Później szybkie wyzbieranie się i droga powrotna do Tkibuli. Gdzie wylądowałyśmy wieczorkiem, ale nie przeszkodziło to do przejścia się po mieście by zobaczyć jak wygląda centrum tego małego miasteczka. Wykończone dniem wrócenie na mieszkanie dziewczyn by dalej rozmawiać i cieszyć chwilą oraz nie myśleć o tym co będzie dalej, bo to teraz trwa ten dobry weekend. Pełen radości, uśmiechów i wesołych historii.
A w poniedziałek już o 7 zadzwonił budzik by poinformować, że jeśli zależy na prysznicu to należy zebrać się w sobie i iść… bo o 8 już łapałyśmy powrotną marszutkę do Kutaisi, a później do Zugdidi. Nie chciało się wracać... tym bardziej się nie chce gdy się nie ma planu na życie tutaj.
Tak więc: Dzięki Wam jeszcze raz za świetny weekend, za gościnę, towarzystwo i masę radości!
Dobrze, że jesteście!



wtorek, 7 stycznia 2014

Zaskakująco czyli Norwesko-Polsko w Gruzji

Sam plan powrotu z Miką na sylwestra sprawił, że  aż tak trudno się tu nie wracało, chociaż wiadome było wszystko o warunkach i sytuacji oraz braku motywacji do zrobienia czego kolwiek. 
Nasza wspólna podróż rozpoczęła się już od samego spisywania jak dojedziemy do lotniska. Tutaj zaskoczenie w ten jeden dzień i sms, że Tata od Miki zaoferował się do odtransportowania nas na lotnisko- bardzo dziękuje! Więc problem z transportem i planami spania na lotnisku zakończyły się tym, że pojawiłam się u nich w domu po 22, z planem na grzańca i pójściem spać na chwilę. Na same pogaduchy zeszło nam do północy i nastała pora na regenerację sił w czasie niecałych 3 godzin. Później droga na lotnisko po nocy na samolot by o 6.15 czasu Polskiego wystartować do Gruzji. Podróż w większości przespana, albo próby spania i oglądania widoków za oknem (tak Kaukaz z góry robi wrażenie takie, że WOW!). Więc o 12.25 wylądowałyśmy czasu Gruzińskiego (lot trwa 3 godz i dolicza się 3 więc wychodzi jak wychodzi). Pierwsze zderzenie z gruzińską ziemią, fajne lotnisko, miła pani w informacji turystycznej i wszechobecni natarczywi taksówkarze, którzy proponują ceny z kosmosu oczywiście nie do pokonania dla wolontariusza, który tym bardziej cierpi na brak kasy, ale zaś z drugiej strony bez sensu przepłacać. Więc foty przy lotnisku, przekonywanie taksówkarzy, że marszutka pojedzie i, że nie chcemy z nimi jechać. Tak więc próby dotarcia najprostszą drogą czyli oczekiwanie spod lotniska na marszutkę do Zugdidi zakończyło się fiaskiem, bo Mika nie chciała czytać co pisze gruzińskim alfabetem i spowodowało to, że lepiej było się wrócić do Kutaisi (marszutka złapana przy drodze za 2 lari od głowy, pamiętajcie!) by stamtąd udać się do Zugdidi, bo chociaż wiem gdzie jest dworzec i jakoś łatwiej coś znaleźć oczywiście z wypytywaniem się kierowców, która to będzie marszutka. Więc udałyśmy się prawie od razu do Zugdidi w podróż 2 godz, już tracąc siły. Dobijając do dworca, pierwsze zakupy w Zugdidi na dalszą drogę w Nowy Rok. Zostawienie rzeczy i próby ogarnięcia w mieście otwartej knajpy… był to duży problem, ale udało się zjeść jakiegoś hamburgera, porobić wieczorne foty miasta. Tutaj w Gruzji miasta mają masę iluminacji wyglądają świetnie wieczorami teraz! I powrót do mnie by zostać uroczonym winem, z planami pójdziemy zaświętować w Nowy Rok na koncert, ale zmęczenie dało o sobie znać więc zamiast wyjść był to najbardziej przespany Sylwester dla mnie! Plusem jest to, że faktycznie się wyspałam :). Więc chwila przebudzenia przed północą, wysłanie kilku smsowych życzeń i oddanie się dalszej przyjemności sennej. By z rana z pełnymi siłami, pożywione smacznym śniadaniem udać się na dzienny pociąg w kierunku Tibilisi. Jedyne 8 godz jazdy przed nami było. Pusty pociąg, zmiana miejsc siedzenia, by widoki były lepsze, plany na zdjęcia w czasie podróży, uzupełnianie kalendarza i nie przewidywalne rozmowy z konduktorem. I jakoś sprawnie minął ten czas, nie było źle. W czasie podróży dużo czasu na planowanie co gdzie i jak, powstały plany na wykorzystanie maksymalnie czasu jaki miałyśmy. Pierwszy punkt w Tibilisi- odnalezienie miejsca naszego noclegu u sióstr salezjanek (2 Polek i jeden z Indi(?)). Dobrze mieć mapę. Ucieszenie się ciepłym pomieszczeniem, warunkami studenckimi wersja 5gwiazdkowy hotel + normalna ciepła łazienka! Zostawiłyśmy rzeczy i wygłodniałe udałyśmy się do Kinchali house gdzie tłum ludzi oraz brak miejsc i już myślałyśmy, że będziemy poszukiwać innej knajpy, ale się udało. Długie oczekiwanie na zamówienie w między czasie atrakcja wieczoru w postaci gruzińskiej walki w restauracji!  Szybkie pochłonięcie obiadu i wrócenie na nocleg, bo obiecałyśmy wrócić po ok. 2 godzinach, ale się przedłużyło.
Cisza domu, ciepły kąt nie motywował do wstania wczesnego z łóżka, ale były plany do obejrzenia wielu puntków w Tibilisi więc się trzeba było wyzbierać.
W drodze do metra weszłyśmy do pierwszej cerkwi jaka się tam znajduje. Dopiero co od remontowana zewnątrz, w środku akurat jakieś nabożeństwo więc nie chciałyśmy przeszkadzać i udałyśmy się dalej według ustalonego na szybko planu…
Pierwszy punkt do „odhaczenia” kościół Sioni (najstarszy), następnie most pokoju zwany również podpaską (tutaj dostałam od jakiegoś pana cukierki, nie wiem dlaczego ale było to miłe!), przy okazji zobaczenie placu Europy później wspinanie się pod górę by udać się do kolejnego kościoła Sameby (największego). Faktycznie robi wrażenie tym bardziej, że wybudowany został w 2005 roku. Już coraz bardziej przemarznięte i głodne oraz zmęczone z chęcią pójścia na obiad,  ale udało mi się namówić Mikę na podróż do Matki Gruzji jeszcze kolejką w obie strony. Szybkie zdjęci z góry, bo pogoda marna (mgła, mgła, mgła) i powrót na dół, by miłą uliczką pójść sobie do fajnej knajpki na obiad chaczapurii adżarskie + sałatka i oczywiście herbata w dodatku na rozgrzanie. Przesiedziane w knajpie może i 2 godziny, ale nie był czas zmarnowany, bo szkoda jeść szybko gdy mamy czas i gdy zimno na zewnątrz. W czasie obiadu uplanowałyśmy mszę w polskim kościele Piotra i Pawła o 17, więc mając czas zaprowadził Mikę do kolejnego kościoła na Rustaveli (nie pamiętam nazwy, ale też jest ważny dla historii. Jest to ten kościół naprzeciwko parlamentu), później suchy most, na którym tym razem nie było wielu sprzedawców przecież to dopiero 2 stycznia więc czym się dziwić. Ale były obrazy… oh i ah piękne obrazy! Aż chciało by się kupić jakiś do domu, ale jak to przetransportować?! Czas się kończył więc po drodze weszłyśmy zobaczyć co w kinie i na metro oraz na mszę wersja gruzińska z czytaniami po rosyjsku. A po mszy… kilka nocnych zdjęć i wyprawa na Plac Minda by zobaczyć miasto z góry, ale pogoda nie sprzyjała, było zimno... więc wszystko na szybko, bardzo szybko. By móc ogrzać się w mojej ulubionej knajpce na herbacie i powrót na nocleg. Bo kolejny dzień znów z planami na dalsze podróże. W pierwszej wersji podróż do Gori – by zobaczyć co słychać u Stalina, następnie skalne miasto Uplistsikhe. Po wieczornych konwersacjach plan zmienił się idziemy na gruzińską komedię do kina a później pojedziemy do Stalina. Tak więc też zrobiłyśmy. Z rana pożegnanie z Siostrami, poszukiwania zaginionej czapki w rękawie polara i szybko, szybko do kina na „Mr. Nanny”. Mówiąc szczerze nie żałuję, zobaczyłam gruzińskie kino, jak jest ogromne i nawet coś dało się zrozumieć z całego filmu nie rozumiejąc słów :). Po kinie na dworzec Didube łapiąc marszutkę do Gori- tutaj znów okazali się nieocenieni wszyscy inni kierowcy wskazujący drogę do tej właściwej. Po około godzinnej podróży dotarłyśmy do Stalina. Zrobiłyśmy mu zdjęcia, dowiedziałyśmy się o pociągu do Kutaisi o 17, więc na muzeum było czasu brak (ale jak się dowiedziała, nawet nie było warto wchodzić w tej cenie, bo są tam same zdjęcia i nie ma nic a nic ciekawego), po drodze zakup kebaba (tak  upragnione jedzenie-czekajcie na foty), podróż do stacji, zakup różowego biletu za 1 lari i długa podróż 5 godz, ale z początku ze zdjęciami ludzi więc było co robić (dobre foty do projektu^^). Później rozmowy z parą z Ukrainy, która usiadła naprzeciwko nas i załatwienie dla nich też miejsca w hostelu, w którym ja zarezerwowałam nam nocleg. Dotarłyśmy do Kutaisi o 21.15…zmęczone, ale wybrałyśmy się do miasta na chwilkę. Pokazując kilka miejsc w centrum, które sama lubię, usiadłyśmy w mojej ulubionej knajpie, wypiłyśmy sok, sprawdziłyśmy maila, do sklepu po coś na śniadanie oraz inne rodzaje lemoniady do spróbowania jak smakuje Gruzja. I tak dobrze po północy położyłyśmy się spać, by z rana szybko wyskoczyć na bazar, by zrobić jakieś zdjęcia oraz zobaczyć jak wygląda moje kolejne ulubione miejsce czyli Kutaisi bazar, była to szybka przygoda bo czasu już było mało…
Jak się później okazało, kolejne negocjacje z kierowcą marszutki za dojazd na lotnisko- cena zaproponowana na początku to 10 lari za 2 osoby, udało się ją zbić do 6lari, więc najgorzej nie było, ale i tak wiemy, że można za 2lari! Odprawa lotniskowa, długa kolejna, ostatnie łyki lemoniady, fota i czas się pożegnać.
Były to 4 napięte dni w Gruzji. Zwiedziłyśmy 4 miasta. Przejechałyśmy masę kilometrów, mamy  kilka dobrych, ale naprawdę dobrych zdjęć (a jeszcze kilka tych nawet nie zrobionych) mamy jeszcze więcej wspólnych wesołych historii, których nie będę przytaczać tutaj, bo są tylko do opowiedzenia na żywo. I tak naprawdę nie piłyśmy wiele gdyby ktoś pytał, bo nie potrzebne to dla szczęścia. Jedynie pro zdrowotnie :).
Dla mnie była to nowa Gruzja. A raczej stara Gruzja, którą mogłam odkrywać z kimś! Pokazać te miejsca, które sama odwiedzam, tam gdzie podróżuje tam gdzie żyję.
 Tam gdzie cieszę się, czasami martwię i tak strasznie za Wami tęsknie! Więc jeśli macie tylko ochotę zobaczyć to na żywo to zapraszam, mogę zrobić dla Was plan wycieczki, obwieźć Was po tych miejscach co znam lub poznać nowe (jak Gori z Miką).
Zapraszam tu, bo trzeba to zobaczyć- posmakować na żywo a nie tylko na zdjęciach. A o wrażenia szoku kulturowego, zaskoczenia gruzińską otwartością, jedzeniem, miejscami i innymi rzeczami pytać Mikę. Myślę, że bez względu na wszystko polubiła chociaż trochę ten kraj! I zechce wrócić w cieplejszej porze roku by zasmakować lub odkryć nowe smaki.
Gruzja bez względu na to jak bardzo już ją odkryłam to ciągle mnie zaskakuje i mam nadzieję, że nie skończy!


poniedziałek, 6 stycznia 2014

święta polskie i święta w Gruzji...

Chciałabym opisać napisać wszystko, o wszystkim jak najdokładniej i jak najbardziej rzeczowo się da, bo od ostatniego czasu już trochę minęło. Chyba najprościej zacząć od początku.
Jak planowałam mój wyjazd na EVS powrót na święta nie wchodził w grę na początku, ale jakoś tak się poskładało, że przecież te święta Bożego Narodzenia są od tego by spędzić je w gronie rodziny, przyjaciół, najbliższych! Więc we wrześniu już zakupiłam bilety, bo była promocja (tak była, ale później jeszcze bardziej staniały i no… ). Więc przez okres tych 4 miesięcy mocno ukrywałam przed rodzicami to, że wracam na święta.  Dowiedziało się tylko moje rodzeństwo i kilku znajomych (dobra duża Was ilość wiedziała, bo zaproszenie na imprezę było) a do rodziców dopiero dotarła informacja w momencie przyciśnięcia magicznego przycisku na domofonie. Więc naprawdę cieszę się, że niespodzianka dla nich się udała! Był  czas świąteczny, było ciepło, rodzinnie, herbacianie i snortowo! Było zabawnie i było naprawdę miło posiedzieć w domu, nie sądziłam że aż tak bardzo się stęskniłam za moimi. Tak mówię szczerze, bo dopiero na obczyźnie dochodzi do nas wymiar tęsknoty nie tylko za rodziną, przyjaciółmi, ale również za jedzeniem i takimi niektórymi przyzwyczajeniami i chyba najważniejsze własnym- małym pokojem i łóżkiem oraz ciepłą i normalną łazienką (!!!). Dopiero tutaj widzę co to znaczy mieć życie jak w luksusie w PL (już nie będę narzekać na to). Po świętach a raczej w okresie świątecznym razem z Dominiką wymyśliłyśmy siedząc sobie te swoje ponad 2000km od domów, w różnych kierunkach świata, że impreza „18-stkowych urodzin” będzie najlepszym pomysłem spotkania w dużym gronie znajomym, tym bardziej że wracałyśmy razem z naszych wojaży zagranicznych. Więc impreza była, ale w jej czasie i tak nastąpił ten niedosyt porozmawiania ze wszystkimi, ale z tymi co się udało to się bardzo cieszę! W ogóle dziękuje Wam za przybycie, albo za plany przybycia. Dobrze, że jesteście J!
Później była jeszcze chwila czasu na spotkania przy gorącej czekoladzie, chociaż jak na panującą porę roku było wyjątkowo ciepło. Były miłe pogaduchy, dużo pogaduch i dobrego wsparcia od Was. Był czas dla Was, było fajnie Was widzieć jeszcze w starym roku.
"...Dobrze, że tu jesteś, bracie, Zawsze byłeś, będziesz. Jeśli z buta iść przypadnie, Wezmę Cię na ręce…"




A po tym wszystkim a za razem po bardzo krótkim pobycie w domu nastąpił dzień, w którym należało się spakować i wyruszyć razem z Miką w trochę nieznany świat… ale o tym będzie w następnej notce, bo ciągle nie umiem przyzwyczaić się do zmian czasowych i tego, że w pokoju jednak jest chłodno oraz święta część druga czyli prawosławne Boże Narodzenie więc Wesołych świąt!
Na zdjęciu Gruzińska wersja choinki- czyczylak.

piątek, 20 grudnia 2013

Przedświąteczne zamieszania czyli…


Jak żyć by nie zwariować J. Tak naprawdę to początkiem tygodnia w jednej organizacji odbyły się warsztaty świąteczne robiliśmy dużo fajnych rzeczy, była masa dzieciaków, która podjęła się też zrobienia  rzeczy wykorzystując  np  butelki i innych zbędne przedmioty więc było ekologicznie i świątecznie, fajnie no! Następnym punktem było zaproszenie na świąteczny event wykonany przez dzieci, którzy są podopiecznymi jednej z wolontariuszek na wsi niedaleko Zugdidi. Dzieciaki całe przejęte występami, ale za razem było to takie fajne widzieć tyle uśmiechniętych pyszczków na raz i w tym momencie strasznie zatęskniłam za moimi Bąkami! Trochę wprowadzili mnie w świąteczny nastrój po raz drugi (pierwszy w Tibilisi- ta polska wigilia) i nie wyglądało to sztucznie co jest najważniejsze chyba w tym wszystkim. Naprawdę było to wszystko ociekające radością i taką magią świąteczną- podoba mi się. Była to też za razem świetna okazja do spotkania się ponownie w gronie wolontariuszy. Po świątecznym zamieszaniu przyszedł czas na wystawę prac z projektu w Kobuletii oraz projekcje filmu o Nabadi (gdyby ktoś chciał możemy wspólnie oglądnąć film jest cały po megrelsku, to taki dialekt gruziński, który rozumieją tylko ludzie tutaj – ale nie ja^^).  Jak przystało na wystawę trzeba było wyglądać profesjonalnie, więc i tak było a po całym zamieszaniu padł jeden kieliszek wina a za nim kolejny więc zmęczenie i wino szybko wprowadziło mnie w błogi stan chce iść spać, ale wieczorem czekała supra z okazji urodzin „host brata”- skończyła się szybko, po dużej ilości jedzenia i likierze ogarnął mnie błogostan pójścia spać co dokonało się dopiero po posprzątaniu wszystkich rzeczy.
Po wszystkich pierwszo połowicznych tygodnia zamieszania przyszedł czas zamieszać dalej…. Więc były artystyczne warsztaty nie moje, ale fajnie było wziąć w nich udział! I befor Christmas event wolontariuszy- skończyło się na grze o prezenty, piciu alkoholu i wielu radościach przy wspólnym stole:). Może nie było to standardowe świąteczne spotkanie, ale i tak było fajnie…
I przyszedł koniec tygodnia czyli wariuje na maska. Z rana lista rzeczy co kupić, co zrobić, gdzie co napisać… Ogólnie zamiast skreślać poszczególne punkty, dopisuje kolejne… ale by już jutro!
Christmas party part 4 +dostęp do wody All time :)

PS moi rodzice życzyli mi wczoraj przez skype: „Wesołych świąt- bo gdybyśmy się nie usłyszeli na skypie przed świętami” ^^

środa, 11 grudnia 2013

aktualizacja stanu rzeczy. / gorączkowo, zatokowo i śnieżnie

Tak jak publikacja zdjęć idzie stosunkowo dobrze nam tak właśnie czas by opublikować nowy wpis.
Minęło już trochę czasu, ale naprawdę to nie mam co napisać, albo i mam więc może skleję to jakoś w kilka punktów obejmujących wiele a za razem zawierają się tym ciągle moje zatoki i gorączka. Tak więc:
1. 31.11-1.12 były akcje związane z światowym dniem AIDS, które rzecz można przeleżałam w łóżku a jak już się zebrałam do wyjścia czyli dopiero na 1.12 spotkałam Goczę, który jest Gruzinem i mówi po polsku. Czujecie to? Bo ja ciągle próbuje zacząć mówić więcej po gruzińsku. Mamy zamiar podszkolić się językowo polsko-gruzińsko a za razem nasze rozmowy przeplatane są przez 4 języki (polski, angielski, rosyjski i gruziński) bywa to ciekawa przygoda.
2. 4-6.12 były to dni, które wchodziły jeszcze w program „16days domestic voilence”.  W czasie tych 3 dni były przygotowane kilka eventów.  Jeden (4.12) był najlepszy, cały event zajął może 3-4 godziny przestane na placu centralnym w Zugdidi, niedaleko fontanny (taki skwer), dużo zdjęć których w tym dniu udało mi się zrobić i stosunkowo byłam z nich zadowolona. Tak może to nie do uwierzenia, ale naprawdę byłam zadowolona, chociaż przemarzłam całkowicie. Następnego dnia (5.12) nic szczególnego ten event, kilka zdjęć i jak dla mnie wielka ściema tego wszystkiego.  Natomiast (6.12) był tylko film „Take my eye” szczerze polecam, jest wart zobaczenia, trudny w tematyce. Nie przyszło wiele ludzi, szkoda.
Po tym wszystkim był czas na relaks i czekoladę. Duże ilości czekolady, które po tych 3 dniach były potrzebne.
3. Jako prezent Mikołajkowy uznałam, że pojadę do Tibilisi a za razem była to okazja do spotkania się z moim kuzynem i innymi osobami przebywającymi w stolicy!
Podróż zaczęłam w sobotę rano, kiedy to podążyłam na marszutkę na godz. 9, ale odjechała dopiero o 9.40(nigdy nie wiesz, o której pojedzie). Byłam w Tibilisi ok. godz. 15.30 i od razu umówiłam się z Ewą i jej przyjacielem z Azerbejdżanu na obiad oraz wybraliśmy się do parku rozrywki, po nocy by zobaczyć od góry i nocne Tibilisi- robi wrażenie. Po wyczerpaniu pokładów energii, czas udać się na mieszkanie Karoliny, Szymona i Taylora (gdyby ktoś szukał miejsca do spania to polecam ich lokal- blisko centrum i w samym centrum starego miasta- podam namiary!). Przegląd fb i zobaczenie, że jest kolejna znajoma osoba w tym mieście. Tak więc szybka z mowa na niedzielne przedpołudnie i wybranie się wspólnie na targ staroci oraz kawę- dzięki Sylwia.  Następnie spotkaniem z kuzynem i jego ekipą podróż do katedry Sameby i  plac Europy oraz do polskiego kościoła na mszę w języku łacińskim z czytaniami po rosyjsku, po której to nastąpiło długie oczekiwanie spotkanie z ks.Maciejem przebywającym w Tibilisi. Tak naprawdę to zaprosił nas wszystkich na herbatę na plebanie, więc pogadaliśmy wspólnie, usłyszeliśmy historię kościoła i każdy z nas udał się w swoją stronę z zarysowanym planem na poniedziałkową wspólną podróż do Mcchety. Udaliśmy się tam o 10.15 bez planu czy zwiedzimy dużo, czy nie. Zimno nas ogarnęło straszne, tak więc szybko obskoczyliśmy monastery znajdujące się w centrum i odpuściliśmy podróż do tego dużego na górze. Ja z Sylwią wróciłyśmy do Tibilisi a reszta udała się w dalszą podróż by zobaczyć coś z tej Gruzji przed wylotem do domu. W Tibilisi na obiad adżarskie chaczapruii (to takie z jajkiem i masłem- pycha aa!). I czas rozstania z Sylwią popołudniem, bo każdy swoje plany. Wyszło słońce w Tibilisi więc dobrze było się udać na pochodzenie trochę po tych uliczkach starego miasta, usiąść na dobrym roibosie i udanie się na ciastko z Ią. A wieczorem z gorączką udanie się jeszcze na nocne foty Tibilisi, no bo przecież jeszcze takich zdjęć nie było a to już 3 dzień w tym mieście! Więc były foty, polopiryna i do łóżka z planem nie wstaję przed 10 J. Oczywiście, że w pełni wykonany! W poniedziałek udałam się na bazar poszukać skarpetek. Nawet zakupiłam z jakimś świątecznym wzorem, kolejna herbata w centrum. Wrócenie na mieszkanie po wszystkie rzeczy i udanie się na polską wigilię.
Czujecie to?! 10.12 szybko, ale tak się zdarza gdy konsul opuszcza Gruzję.  Dla mnie fajnie, załapałam się na fajne polskie wydarzenie. Poznałam kolejnych fajnych ludzi z naszego kraju. Ogarnęłam kolejną darmową miejscówkę do spania w warunkach studenckich i dochodziła godzina by udać się do dworca. Tak więc wyszłam i czekam, czekam próby złapania taksówki okazywały się trudniejsze niż przypuszczałam tak więc czemu by nie stop? Podbiłam do jakiegoś pana wyjeżdżającego z parkingu i ten ochoczo zabrał mnie i zawiózł pod same drzwi dworca! Coś podukałam swoim rosyjskim z nim więc ćwiczy się język, ćwiczy!  A podróż w pociągu… Może napiszę tyle. Było mi zimno, spałam w śpiworze, na siedząco w takim długim bez przedziałowym wagonie (ale cicho było nawet), budziłam się co godzinę jak nie częściej i czuje się teraz bardzo zmięta i zmęczona, lecz szczęśliwa całym tym wyjazdem.
Tak naprawdę fajnie jest spotkać tylu wspaniałych ludzi w jednym mieście, spędzić wspaniale czas, chociaż zatoki i gorączka na przemian z dreszczami dają popalić to nie żałuję żadnej chwili, którą spędziłam w Tibilisi. 
Takie spotkania owocują w moje lepsze samopoczucie psychiczne i jeśli tylko będę mogła będę wyjeżdżać jak najczęściej jak w najróżniejsze miejsca a jak co zawsze Tibilisi i Polacy i spanie i ktoś z kim można mądrze pogadać w kryzysowych sytuacjach J.
Dzięki Wam!
4. Zasypało mi Zugdidi! Jest biało, zimno i tak no fajna pogoda do zdjęć, ale przy moim stanie chorobowym ogarniającym strasznie szybko aż się odechciewa by to poczynić... tak więc byle wykurować się do 21.12 :)

PS  jest to 50 post na blogu!


środa, 20 listopada 2013

szkoleniowo-polsko-międzynarodowowo. tadam!

Szkoleniowo– polsko-międzynarodowo!
Byłam sobie 5 dni na szkoleniu dla wolontariuszy EVS w Sighnagi. Piękne miasteczko, ale strasznie zrobione pod turystów to po 1 a po 2 pogoda przez 2 dni nam nie chciała dopisać, więc przywitała nas ogromna mgła i zasłaniała wszystko co mogliśmy widzieć. 
Ogólnie czas świetny. Duża polska ekipa, dużo mogliśmy rozmawiać ze sobą i za równo integrować się  międzynarodowym składzie. Było bardzo rodzinnie. Jeśli w ogóle to odpowiednie słowo, stworzyliśmy bardzo świetną ekipę i  żal było się rozstawać po tych 5 dniach wspólnego imprezowania, dyskusji i masy fajnych inicjatyw!
Szkolenie przyniosło dla mnie czas zatrzymania i poukładania tego co ważne i mniej ważnego. Po prostu wyjechania i nabrania dystansu do życia na EVS. Najważniejsze stwierdzenie to „nie jesteście tutaj, żeby zmienić świat, bo tego się nie da zrobić, ale jesteście tutaj by się czegoś nauczyć.”  Nie pamiętam czy dokładnie to tak było powiedziane, ale na pewno zachodziło o ten kontekst. Wszystkie konferencje, zadania były ważne. Dawały odpowiedzi na pytania, dawały integrację dla nas i pokazywały jak ważna jest grupa i rozmowa.  Pokazywały, że wspólnie możemy zdziałać wiele, bo w samotną podróż nie warto się udawać. Potrzeba wsparcia!
Dodatkowym fajnym aspektem było spotkanie z koordynatorami EVS, którzy akurat mieli swój trening w Tibilisi i przyjechali do nas byśmy mogli z nimi przedyskutować co nieco. Ważne to było. Doceniam ten punkt programu bardzo. Tym bardziej, że nie tylko spotkałam mocną ekipę z Polski ale i również z  innych krajów! Dodatkowo poznałam koordynatorkę z Ustronia. Czujecie to? Spotkać w Gruzji kogoś, kto mieszka tak blisko. Szkoda tylko, że spotkanie było takie krótkie…. ale może w Cn też uda nam się spotkać, kto wie
J?
Wiem, że chaotycznie ale chciałabym się z Wami podzielić wszystkimi ważniejszymi aspektami, ale nie potrafię sobie ich poukładać. Wiem! Gry. Poznałam nowe fajne gry integrujące grupę, naprawdę fajne. Musimy przetestować to w Polsce podczas jakiego spotkania, podczas naszej imprezy
J!
Po intensywnym czasie treningu przyszedł czas rozstania w TIbilisi, aż żal było wyjeżdżać i się rozstać, bo naprawdę fajna ekipa z tych ludzi jest… Tęsknie za Wami, no!

W Tibilisi nocne włóczenie i dzienne. Niesamowite spotkania przypadkowe na ulicy, dające pomysł na kolejne godziny w tym mieście. Ogólnie krótko, bo musicie sami to zobaczyć a ja bardzo chętnie znów tam pojadę! Zdjęć mało i nic szczególnego, zmęczenie dało popalić więc muszę nadrobić. Szkoda, że się nie uda na wystawie być, ale pojadę… w grudniu czemu by nie ;)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Krótko. Tematycznie

Krótko i na temat, bo po co się dziś rozpisywać gdy nie ma o czym. W Polsce mamy święto narodowe i w Zugdidi też będziemy świętować a co się dziwicie? Jest nas tu 8 Polaków i pierwsza okazja do takiego spotkania. Prócz tego, że będę najmłodsza z tego grona, ale co tam. Zawsze fajnie spotkać rodaków w Gruzji (akurat to nie jest takie trudne, bo często jak się gdzieś jedzie można usłyszeć Polski). Pewnie a do tego się cieszę, bo dawno nie miałam okazji spędzić czasu tylko w gronie Polskim, więc okazja 11 listopada jest jak najlepszym momentem aby to zrobić.
A jutro wyjeżdżam nocnym pociągiem do Tibilisi a później dalej do Sighnaghi na szkolenie. Tak właśnie to szkolenie, na którym miałam być we wrześniu ale cieszę się bardziej, bo zobaczę za razem dwa miasta a nie tylko jedno oraz liczę na naprawdę fajne osoby, które uda mi się tam poznać i dobry czas spędzony na szkoleniu.


A z bieżących spraw projekt 100twarzy ciągle się rozwija, rozwija. Muszę oficjalnie podziękować za rozwój projektu na linii Norwegia-Gruzja, bo tylko dzięki Tobie mam tyle sił by dążyć do celu w tym. Dzięki, że mnie tak wspierasz w tym!
 Mam nadzieję, że dojdzie do momentu, kiedy zacznę publikować zdjęcia na nim. Możliwe, że pierwsze gruzińskie oraz włoskie pojawią się już w następnym tygodniu. Ruszę z tym, bo nie można tak trwać w bezczynności.

środa, 6 listopada 2013

Jak z jednodniowej wycieczki powstaje dwudniowa... Kutaisi

Tak więc po małych problemach technicznych czyli po 3 dniach bez komputera, bo zasilacz odmówił posłuszeństwa i przestał ze mną współpracować wracam do świata żywych i mogę napisać o tym jaki miałam fajny weekend. Mianowicie postanowiłyśmy pojechać zobaczyć Kutaisi tym razem.
Kutaisi (gruz. ქუთაისი, nazwy antyczne: Aea/Aia, Kutatisi) – miasto w zachodniej Gruzji, w prowincji Imeretia nad rzeką Rioni, na wysokości 125 – 300 m n.p.m. Około 182,5 tys. mieszkańców, drugie pod względem wielkości miasto Gruzji. Siedziba Parlamentu Gruzji [wikipedia]
Plan prosty, czasu mało ot taka jednodniowa wycieczka, bo miasto tylko 2 godziny drogi w jedną stronę. Na początek wyprawa do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się co warto zobaczyć, gdzie iść co zobaczyć. Kilka fot i czas na szybki obiad. Po obiedzie wybrałyśmy się do monastyr gelati. Raj dla osób uwielbiających freski, piękne widoki i taką ciszę oraz spokój wszędzie w koło. Magia miejsca ogarnęła mnie w bardzo szybki sposób, zaczęłam bawić się w robienie zdjęć. Chciałam porobić jeszcze kilka, ale trafiłyśmy na ceremonie ślubną, która uniemożliwiła mi zrobienie kilku zdjęć chociaż i tak jestem zadowolona z tego co udało się tam uchwycić. I tą piękną pogodą jaką nas los obdarzył.
Czas było wydostać się do miasta i dziewczyny postanowiły, że będą nocować. W moich planach było, że wracam do Zugdidi, bo szczerze trochę szkoda było mi kasy na nocleg tym bardziej, że nie jest to tak strasznie daleko, ale dałam się przekonać i zostałam również razem z nimi. Czego oczywiście nie żałuję, bo wieczorem wybrałyśmy się pooglądać miasto nocą, posiedzieć chwilę w knajpie i wróciłyśmy na nocleg do hostelu.
Następnego dnia pierwszym punktem było muzeum historii  - ja popadłam w zachwyt nad tymi wszystkimi ikonami jakie były tam pokazane! Jeszcze nigdy nie widziałam takich pięknych ikon jak właśnie w tym muzeum. Jednak jak wiadomo wszystkie ikony te najważniejsze i najpiękniejsze wyciągane są w cerkwiach jedynie w okresie Wielkanocy więc może wszystko przede mną.
Po muzeum czas na miasto z góry czyli podróż koleją aby podziwiać trochę widoków i trochę miasta od góry. A następnie podróż zobaczyć katedrę Bagrata./ Nie wiem kto wymyślił to, ale od razu skojarzyło mi się z zieloną Studnią Trzech Braci w Cieszynie/, której dach jest zielony, ponieważ został odbudowywany chociaż UNESCO chciało zostawić ją w stanie nienaruszonym. Po zobaczeniu pięknych widoków ze skał, które znajdują się za katedrą powrót do miasta i zaliczenie tamtejszego bazaru! Jakoś tak wydał się inny niż ten w Zugdidi, bo i większy i bardziej ludzie tacy otwarci jeszcze bardziej. Więc spokojnie mogłam zrobić kilka zdjęć.
Ot tak nic szczególnego ta notka, ale dla pamięci zapisuje by nie zapomnieć….
Tak z planu jednodniowej wycieczki powstał bardzo szybko plan dwudniowy czyli wszystko w normie, że nie wraca się do domu tak jak się planowało.

A to jest z monastyru gelati. św. Jerzy- patron Gruzji


czwartek, 31 października 2013

nowości...radości?

Dawno nic nie nakreśliłam, bo w sumie nie było o czym. Raczej jest o czym, ale niektóre sprawy lepiej zachowywać dla siebie i nie wywlekać je na światło dzienne za bardzo. A tym bardziej nie należy o nich wspominać na blogu.
W tygodniu obrabiałam zdjęcia, szczerze i otwarcie już mi się nawet nie chce a jak pomyślę, że muszę zrobić znów kolejne linii bo ciągle jest coś nie poprawne znaczy kartka nie jest biała i mam tego 3 foldery to skręca lekko i popadam w akty desperacji(ale już chyba wymyśliłam!)! Ale właśnie te akty desperacji wywołały u mnie w piątek i pociągnęły dalej  na sobotę niesamowite pokłady tego aby zrobić i doprowadzić do skutku plan warsztatów fotograficznych- podciągnąć się w teorii a za razem poćwiczyć co nieco własny warsztat. I kieruję tu ogromne podziękowania dla Miki, która wspiera mnie w tym dziele i przesłała oraz przypomniała o fajnych rzeczach jak magazyn „Pokochaj fotografię”, który oczywiście bardzo polecam!
Z niego też zaczerpnęłam trochę inspiracji a dokładnie z tekstu, który pozwolę sobie zacytować ponownie:
"Cierpliwość to cecha ludzi mądrych. Podziwiam ludzi nią obdarzonych i -odkąd pamiętam trenuję ją w sobie. Cierpliwość z wytrwałością się miesza. Jeśli wystarczająco długo powtarzasz jakąś czynność, stajesz się mistrzem. Uwielbiasz ten moment oczekiwania na ujęcie, to jedyne i niepowtarzalne, na ten wyjątkowy moment, który najczęściej nie nadchodzi....
Są wśród nas też tacy, którzy cierpliwie kreują. Pracują we wręcz laboratoryjnych warunkach własną cierpliwość wystawiają na największą próbę. Tych podziwiam najbardziej za wytrwałość i niezwykle poruszające efekty. 
I tu dochodzimy do sedna zmuś się do tworzenia, zacznij jeden projekt. Nie ważne czy od dziś zaczniesz przez kolejne 365 dni fotografować otaczający Cię świat, nie ważne czy będą to portrety, nie ważne czy będzie to 100 nieznajomych czy seria autoportretów. 
Najważniejsze aby cierpliwie wytrwać w tym co robić."
Michał Mrozek. Pokochaj Fotografię

Po przeczytaniu go kilka razy postanowiłam, że zrobię na razie może i skromnie, ale od czegoś trzeba zacząć własny projekt o skromnym tytule : 100 twarzy Gruzji(miało być po 1 zdjęciu na dzień, ale czasami robię ich więcej a czasami zero, bo nie ma tej twarzy…). Zaczynam moją kolekcję zdjęć. W sumie temat sam wpadł na myśl po tym, że mam z jednego z seminariów na którym robiłam zdjęcia; zdjęcie chłopca, który zagląda przez okno. Jeszcze nie wiem gdzie zacznę zamieszczać te zdjęcia, ale coś wymyślę. A może Ty masz pomysł co to powinno być?
I siedząc w sobie w jedynym miejscu w Zugdidi, które ma dobrą  kawę i wi-fi poznałam 2 panów z naszego sejmu, którzy przyjechali na niedzielne wybory ot co! Jako obserwatorzy jak pracują poszczególne komisje cóż za dziwny stan.  Co za zdziwienie ich a za równo moje, ale fajne to było spotkanie,
Niedziela za to pociągnęła nas nad morze, na plażę na której zrobiłam moje foto, które wygrało konkurs! Tak moje pierwsze dobre foto weekendowe i do tego wygrywa coś fajnie. Tak więc z dobrą pogodą na duchu jak i na zewnątrz, zapasem jakiegoś jedzenia, małym ręcznikiem oraz naładowanymi bateriami z małymi przygodami udało się nam wyruszyć i po około godzinie drogi dojechaliśmy na miejsce. W to piękne miejsce! Plaża, słońce i ciepłe morze. Ja tylko odważyłam się pomoczyć stopy ale przy większych falach moje spodnie były mokre aż po kolana.
Później postanowiliśmy udać się do restauracji na nasze ulubione Chinkami! Mniam:). I tu chyba zakończę historię, bo właśnie po niedzielnych Chinkami mam straszne problemy z żołądkiem i od poniedziałku nie jem prawie nic a jak coś jem to bardzo ostrożnie….
Dodatkowo wczoraj mieliśmy trening, znaczy tutaj był organizowany trening na temat „Przemocy w rodzinie” oczywiście, że wersja gruzińska! Oprócz tego, że pomieszałam sobie dni, bo myślałam cały czas, że to dziś a nie wczoraj spóźniłam się w zacnym stylu prawie godzinę! No nie mogłam się zwlec z łóżka i jakoś to tak poszło, że trwało to moje zbieranie trochę dłużej niż zwykle, albo raczej moja pobudka nastąpiła ponad godzinę później niż zwykle (tak bardzo mi się nie chciało wstawać i przybierałam wszystkie możliwe pozycje w łóżku). Gdy już dotarłam do stowarzyszenia robiłam zdjęcia i była masa jedzenia, na które nawet patrzeć nie mogłam ot co. Wiadomo jak jest.
Dziś mamy jakieś seminarium, pewnie znów będę robić zdjęcia i ogarniać to w następnym tygodniu wszystkie te foldery.

A w weekend…się zobaczy co się wydarzy

wtorek, 15 października 2013

Borjomi/Bordżomi

Bordżomi (dawniej Abbas-Tuman; gruz. ბორჯომი) – miasto uzdrowiskowe w Gruzji w regionie Wewnętrzna Kartlia. Położone jest w górach Małego Kaukazu, nad rzeką Kurą (w Wąwozie Bordżomskim). Wokół miasta roztaczają się tereny Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Zamieszkiwane jest przez około 15 tys. mieszkańców.
Miasto zostało założone w 1829 roku. W latach trzydziestych XX-wieku odkryte zostały chlorkowo-wodorowo-węglanowo-sodowo-wapniowe wody mineralne, mające leczniczy wpływ na drogi żółciowe i choroby przewodu pokarmowego. W czasach sowieckich miasto zyskało status modnego uzdrowiska. Pozostałością lat świetności jest park Likani, w którym znajdują się dawne pałace rodziny carskiej. Obecnie ogólnodostępne są gorące i zimne źródła w parku zdrojowym.
Miasto słynie z butelkowanej w tym uzdrowisku wody mineralnej "Borżomi". W maju 2006 roku, na fali ochłodzenia stosunków rosyjsko-gruzińskich, rosyjskie władze zakazały importu wody Borjomi do Rosji, co ze względu na siłę marki, spotkało się z protestami. Pomimo utraty głównego rynku zbytu, producent wody kontynuuje ekspansję w innych krajach (w 2006 roku, wśród odbiorców wody było 28 państw).
Bordżomi kandydowało do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku, jednak nie zostało wybrane (Igrzyska odbędą się w rosyjskimSoczi).
/z zacnej wikipedi/

A tak ode mnie to mieliśmy wolny poniedziałek, więc czemu nie wykorzystać tego. Tak więc w sobotę rano wybraliśmy się pociągiem do Chaszuri (o podróżach pociągiem innym razem), podróż długa, bardzo długa jakieś 6 godz, bo to ponad 200 km do przejechania było. Po przyjeździe pytamy się lokalnych ludzi o transport do Bordżomi, jakaś miła pani kazała mam wsiąść w jedną marszutkę, która podwiozła nas na miejsce odjazdu marszutek do naszego celu. Mamy 15 min, szybkie ogarnięcie owoców na bliskim straganie i mkniemy dalej, w góry! Piękne widoki, piękne. Wysiadamy w centrum miasta i idziemy do informacji gdzie dostajemy masę wieści. Znajdujemy tani nocleg (jak nam się wydawało 10 lari), zostawiamy rzeczy i idziemy sobie do parku, w którym można pobrać wodę do picia oraz jest basen. Tak więc godzina późna się robi idziemy przez las, przez nasz park w celu dotarcia do basenu, ale po jakiś 20 min drogi stwierdzamy wracamy jest ciemno i nic tu nie ma. W czasie drogi powrotnej spotykamy dwóch chłopaków, którzy jak się okazało robią objazd po Gruzji – jeden bardzo miły Gruzin a drugi Rosjanin. Zawracamy z nimi do miejsca basenu. Pięknie tam. /Ja nie pływam, bo wiadomo ledwo co się wyzbierałam/ temperatura wody ok. 30stopni, niebo, gwiazdy, księżyc, skały i las. Czy może być piękniej? Może! I o tym za chwilę :).
Wróciliśmy z nimi do centrum, poszliśmy na kawę i jak się okazało można nocować taniej, bo za 5 lari (tak więc na następną noc się przenosimy). Wróciliśmy do naszego pokoju z planem następny dzień- park narodowy i góry! Tak więc rano (że nd to centrum parku otwarte od 10), przeniosłyśmy rzeczy na nowy punkt noclegu i wyruszyliśmy do centrum parku, by się zarejestrować. Ot co. Tak właśnie zarejestrowałyśmy się dostałyśmy zgodę na wejście do Borjomi-Kharguli National Park. Wyruszamy na jednodniową trasę z nowymi znajomymi z Izraela. Trasa 6 godzinna, taka na ten jeden dzień. Idziemy, idziemy, idziemy w górę, w górę, w górę.! Oh słońce pięknie opiera się i przedziera przez drzewa. Jest pięknie. Tak kolorowo. Jesień, słońce i góry. Robię sobie czasem jakieś zdjęcie, czasem przystanę, bo sił brak ale tak fajnie jest, że naprawdę się cieszę, że mogę uczestniczyć w tej wyprawie:).
Stajemy w słońcu, obserwujemy piękne góry, takie widoki, przestrzeń. /Dla bywalców górskich nie trudno to zrozumieć/.
Po wejściu na szczyt czas zejść na dół. Jak się okazuje, zejście jest bardzo, bardzo strome. 2 razy ląduję na tyłku nie tylko dlatego, że się ześlizgałam ale również dlatego, że moje kolano, nie chce współpracować, ba ono całe drży i w ogóle ciężko zrobić kolejny krok. Gdzieś w myślach marzy już mi się cywilizacja, prosta droga i jedzenie. Tak więc chwila przerwy przy rzece i patrzymy jedzie samochód. Więc czemu nie. Łapiemy go na stopa, myślimy dowiezie nas do wyjścia super. Jak się okazuje nas kierowca miał w ten dzień urodziny! Lądujemy na jego imprezie urodzinowej- głodni turyści. Jest masa dobrego jedzenia, wina i wódki! W momencie, gdy pochłonęliśmy już masę wszystkie zarówno części stałych jak i płynnych dziękujemy i udajemy się do wyjścia. Wszyscy pijani cała nasza 5 osobowa ekipa. Łapiemy taxi i wracamy na nocleg, bo co innego można zrobić. Po tym mixie nic nam nie jest, wysypiamy się długim snem.
Plan na dziś jedziemy do Bakuriani – miasto uspane, wszystko zamknięte. Brak sezonu. Wracamy pociągiem 2 godz. tylko dla widoków, które tam są i z racji, ze mieliśmy dużo czasu…
W Bordżomi poszliśmy na kawę/herbatę i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Chaszuri ostatnią marszutką o 18.40. Więc w Chaszuri jesteśmy po 19 a nasz pociąg odjeżdża dopiero o 23.20! Czujecie. Tak siedzieliśmy na stacji, na której można rzecz nic nie było przez 4 godz. by móc po tym ogromnym czasie oczekiwania ruszyć w podróż powrotną  nocnym pociągiem z miejscami do spania. Ulokowaliśmy się wygodnie i po prawie 7 godz wróciliśmy do Zugdidi.
Była to piękna podróż. Podbudowująca moje zdrowie i moje samopoczucie. Pogoda, góry, dobre zdjęcia wiecie- tego mi było trzeba.
Tylko szkoda, że nie możecie tego ze mną dzielić- bo „szczęście jest prawdziwe tylko wtedy gdy się nim dzielimy”.


PS oto moim zdaniem najlepsze foto z parku narodowego!

Part 5- koniec na tą chwilę.

Koniec historii na tą chwilę taki:
Powróciłam do świata żywych. Z moim zdrowiem lepiej! Głowa ok. Ręka w miarę też. Śpię, nie chodzę na prochach ciągle. Jest ok.
Dzięki wszystkim za dobre słowo przez sms, fb, maila i w ogóle. Dzięki Wam było prościej mi przejść ten trudny czas.
Ogromny uścisk i dużo słońca dla Was!

sobota, 5 października 2013

Part 4- historii ciąg dalszy.


Cześć 4 opowieści trwa ciągle, więc może trochę objaśnię co się wydarzyło. Miałam iść do lekarza po raz 2, ale jednak nie dotarliśmy tam. Nie, że nie chciałam...ale Nana wyjechała, Olga również, więc słabo by było iść z tymi co nie mówią po angielsku a ja nie zrozumiem lekarza (bo pewnie gruzin, no) i mi nie przetłumaczą wszystkiego dokładnie. Ogólnie to nawet już marudzę tylko w środku siebie jak się fatalnie czuję, żeby już nikt nic mi nie powiedział (no i Dominice przez skype-dzięki za wsparcie od początku tej historii!)
Tak więc po ponad tygodniu przestało mi się w głowie kręcić i ból głowy nie jest taki przytłaczający (ale ciągle jest pulsujący tam w miejscu uderzenia, czasami też szumi i kręci się), ale kark daje nadal popalić w jakimś stopniu do tego ta moja ręka. Niektórzy wiedzą, że rok temu będąc w pracy sprawiłam sobie nie małe problemy z prawym barkiem, które trwały bardzo długo. Teraz ogarnia mnie trochę ten stan, że znów ręka zaczyna nie pracować zgodnie z moimi oczekiwaniami. Tym razem od upadku. W nocy najgorzej, bo momentami w ogóle jej nie czuję, znaczy budzę się w tym wielkim szoku co się dzieje z moją ręką. Jest strach, po prostu no. Tym bardziej, że powoli w ciągu dnia też dzieje się nie za dobrze. Mam problemy z utrzymaniem kubka lub książki w ręce, ale staram się dzielnie walczyć.
A na to wszystko moje gardło padło. Boli, boli, boli. Zaczyna mnie dusić, chrypać i w ogóle wiecie... Nie wiem czy to po prostu z tego padającego deszczu czy to może gdzieś od tych wszystkich stresów? Czuję się dosłownie „jak zdjęta z krzyża”! Dawno nie miałam takiego stanu ogólnego połamania fizyczno-psychicznego. Blech.
Z racji tego, że szefostwa nie ma to umówiłam się na rozmowę przez skype z Magdą moją koordynatorką wyjazdu z PL by ją w sumie poinformować o tym co się wydarzyło, bo nie chciałam opisywać tego w mailu oraz by się zapytać jak wygląda sytuacja np. powrotu na dalsze leczenie w PL i powrotu później do Gruzji znów. Mam od niej zielone światło i wszelkie poparcie. Powiedziała, że będzie mnie wspierać w tym. Że mam pogadać na początek jak najszybciej się da z Olgą koordynatorką moją tutaj w Gruzji i powiedzieć wszystko nawet o ręce, żeby tego nie zostawić tak, bo to nie ma sensu i męczyć się niepotrzebnie też nie warto. Chodzi też o zadania, które mogę otrzymać i nie być w stanie wykonać. Jeśli nadal będę chciała wrócić by skonsultować to wszystko z lekarzem w PL to mam najpierw mam pójść skonsultować się z lekarzem tutaj lokalnym kiedy mogę lecieć by nie było jakiś niespodziewanych problemów w czasie drogi. Tym bardziej, że ostatnio mam wysokie ciśnienie. A wiecie jak to poznaje się a po tym, że głowa boli z tyłu. To właśnie ból z tyłu jest od zbyt wysokiego ciśnienia. Dlatego też Magda nawet zrozumiała moje obawy podróży samolotem przy zbyt wysokim ciśnieniu chyba bym im tam na zawał zeszła... Tego to nie mam zamiaru zrobić, bo chce żyć i z Wami spędzać świetnie czas.
Tak więc nie wiem co się wydarzy i jeszcze może okazać się, że wrócę do Was jeszcze w październiku na kilka- kilkanaście dni. Nie wiadomo co i jak jeszcze. Zobaczymy tak naprawdę po dalszych rozmowach i konsultacjach co wyjdzie.

Historia ciągnie się dalej....

czwartek, 3 października 2013

Part 3 - szpitale i bóle.... historia trwa dalej!

Część 3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10 pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski – tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone. Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać. Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala.  Więc wolno się przebrałam z pidżamy połowicznie rzecz ujmując nawet.  Wolno i wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę! Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój  tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko, PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie. Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo chodzenie zabronione.  Stoję sobie, Maya stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże. Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza, ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa. No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw (niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje… ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa. Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się, jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry do łóżka. I poszłam spać.  Głowę mi rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu, bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…

PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^

środa, 2 października 2013

Part 2- projekt Kobuletii

Projekt w Kobuletii „Crossroad of culture” 20-28.09, w który dla mnie miał trwać od 20-25.09 a skończyło się jak się skończyło o tym w części 3, która jutro.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę.  Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i  wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.