Jak wiadomo plany zawsze się zmieniają a tym bardziej
mi. Nie dziwi mnie już to, bo tak się po prostu dzieje, że… z plan na Ozurgetii
na piątek przerodził się w plan na wyprawę niespodziewaną i nie planowaną po
raz drugi- Batumi, lecz tym razem tylko w celu turystycznym i nie żadnym innym.
Udało się wyruszyć na nocne zwiedzanie miasta i mieć wspaniały czas, udało się
pospacerować z rana również. Więc jak to można rzecz jedno z 3 miejsc, które
chciałam odwiedzić się udało. Był fajny czas, nocnego włóczenia, bez plecaka i
wsłuchiwanie się w ciszę morza by móc później już następnego dnia ogarnąć
podobny stan. Wyciszenia i kompletnego relaksu, szczęścia i zadowolenia z
tego, że jednak udało się spędzić prawie 24 godziny zwiedzając miasto a nie
biegając po lekarzach.
Teraz
mogę to rzecz- ja lubię Batumi a w szczególności poza sezonem, po cichej,
ciemnej nocy, tak na spokojnie i bez spiny…
Następnego dnia już prawie, że zgodnie z planem wyruszone na podbój Ozurgeti, by zobaczyć się tam ze wspaniałymi osobami! Oh potrzeba było też ich zobaczyć, wypić niezliczone ilości herbaty, zobaczyć wesołe uśmiechy, pograć w gry, zrobić piknik nad rzeką i kontynuować czas pełen relaksu! Dodatkowym zaskoczeniem było poznanie Zdzicha, który jak się okazało studiował w Cieszynie. Tak wspólne tematy na temat jednego miasta, może nie do końca wspólnych znajomych (jeszcze wtedy), ale jak wiadomo impreza nam się fajna z tego zrobiła. Pierwszy raz za razem oglądnęłam Krainę Lodu, co polecam „jestem Olaf i lubię ciepłe uściski” J. Naprawdę był dobry czas spędzony w Ozurgetii! I tak po 2 dniach spędzonych tam, należało się pożegnać z łezką w oku by podążyć drogą w kierunku Tbilisi.
Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było.
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari. Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu.
Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem. Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś…
A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg.
Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach… i w poniedziałek zakończymy przygodę z Tbilisi. Ah szkoda.
Edit 18.02:
Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było.
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari. Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu. Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem. Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś… A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg. Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach… i w poniedziałek zakończymy przygodę z Tbilisi. Ah szkoda.Edit 18.02:Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że
Niektóre osoby sprawiają zamieszanie w naszym życiu, chociaż krótko się widzimy i wtedy człowiek sobie uświadamia, że będzie mu tego brakować...
Właśnie te 5 dni sprawiło, że czas zrobił się dobry, że pomieszali w moim poglądzie na życie, że właśnie po prostu czas żyć i trochę może startować by zmądrzeć :)?
Następnego dnia już prawie, że zgodnie z planem wyruszone na podbój Ozurgeti, by zobaczyć się tam ze wspaniałymi osobami! Oh potrzeba było też ich zobaczyć, wypić niezliczone ilości herbaty, zobaczyć wesołe uśmiechy, pograć w gry, zrobić piknik nad rzeką i kontynuować czas pełen relaksu! Dodatkowym zaskoczeniem było poznanie Zdzicha, który jak się okazało studiował w Cieszynie. Tak wspólne tematy na temat jednego miasta, może nie do końca wspólnych znajomych (jeszcze wtedy), ale jak wiadomo impreza nam się fajna z tego zrobiła. Pierwszy raz za razem oglądnęłam Krainę Lodu, co polecam „jestem Olaf i lubię ciepłe uściski” J. Naprawdę był dobry czas spędzony w Ozurgetii! I tak po 2 dniach spędzonych tam, należało się pożegnać z łezką w oku by podążyć drogą w kierunku Tbilisi.
Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było.
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari. Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu.
Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem. Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś…
A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg.
Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach… i w poniedziałek zakończymy przygodę z Tbilisi. Ah szkoda.
Edit 18.02:
Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było.
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari. Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu. Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem. Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś… A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg. Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach… i w poniedziałek zakończymy przygodę z Tbilisi. Ah szkoda.Edit 18.02:Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że
Niektóre osoby sprawiają zamieszanie w naszym życiu, chociaż krótko się widzimy i wtedy człowiek sobie uświadamia, że będzie mu tego brakować...
Właśnie te 5 dni sprawiło, że czas zrobił się dobry, że pomieszali w moim poglądzie na życie, że właśnie po prostu czas żyć i trochę może startować by zmądrzeć :)?

4 dni :D :D :D :D :D :D
OdpowiedzUsuńGosia