środa, 12 marca 2014

Czas na podsumowanie...

Czas na podsumowanie 6 miesięcy spędzonych w Gruzji!
Zaczął mi się 3 tydzień spędzany w domu, w Polsce. Jeszcze nie zdążyłam odbyć żadnych dalszych podróży prócz wycieczek do urzędów, spotkań na miejscu (dzięki za wszelkie przejawy przywitań i wspólnych rozmów!), rozmów telefonicznych i pierwszej na koniec zimowego sezonu odwiedzin na lodowisku (udało się przeżyć i się nie połamać : )).
W ciągu tego krótkiego okresu czasu zdążyłam zamarzyć o podróży tu i tam, o odwiedzeniu kilku ważnych dla mnie osób oraz zatęsknieniu za tymi poznanymi w Gruzji.
Tak, taka prawda tęsknie... za tymi ostatnimi, poznanymi na koniec, którzy przestawili wiele aspektów w mojej głowie na lepsze chyba, to tęsknie najbardziej!
Koniec żalów tęsknoty, czas podsumować!
Było 6 miesięcy w Gruzji, w których:
- zrobiłam mało jak na mnie zdjęć (ale cennych dla mnie),
- poznałam masę wspaniałych ludzi, z którymi mam nadzieję, że utrzymam kontakt i będzie mi dane się jeszcze z nimi zobaczyć(o niektórych będzie później)
- zwiedziłam piękne miejsca, o których nawet rok temu jeszcze nie marzyłam, że będzie mi dane zobaczyć na żywo!
- poznałam kulturę, taką inną odmienną, wyjątkową, bo wschodnią
- poznawałam nowy język, tak inny i taki dziwny- gruziński, a dodatkowo próbowałam nauczyć się ze słuchu języka rosyjskiego, który ciągle brzmi w mych uszach i ciągnie by spróbować opanować cyrylicę i zacząć czytać oraz spróbować w następnych rozmowach go używać (tak takie mam małe postanowienie językowe- rosyjski... ma miłości!)
-ćwiczyłam swój angielski w mowie jak i czasem w piśmie. Na pewno nie poszły próby pokonywania bariery na marne.
-zwiedziłam 3 plaże – Anaklia, Kobuletii, Batumi
- zwiedziłam park narodowy Bordżomi, za razem była to też wyprawa górska
- byłam w górach razy 2 Mestia (lodowiec), Bordżomi
- byłam : Tbilisi, Mccheta, Sighnagi, Gori, Kutaisi, Zugdidi, Jvarii, Mestia, Anaklia, Kobuletii, Batumi, Tkibuli, Ozurgeti, Khori, Narazeni, Bordżomi, Bakuriani, Chiatura, Bagdati, Inguri (zapora wodna),
- odwiedziłam masę cerkwi tych starych jak i nowych, zachwycając się wszystkimi ikonami, malowidłami ściennymi i całą świętością
- przeżyłam 2 razy Nowy Rok, święta Bożego Narodzenia prawosławne (w domu, bez otoczki kościelnej)
- świętowałam swój dzień urodzin w Gruzji!
- odwiedziłam w sumie 3 szpitale (Kobuleti, Batumi- tu odkryli mój mózg, Tbilisi- tutaj dostałam zastrzyki, ćwicząc swój rosyjski marny...) i odchorowałam zatoki będąc w przychodzi
- odkryli mi, że posiadam mózg!
- poznałam wiele osób mieszkających na Śląsku Cieszyńskim, albo mających z nim coś wspólnego
-ćwiczyłam swoją cierpliwość, otwartość i zrozumienie
-spróbowałam wiele potraw jak i win, z różnych rejonów Gruzji
-zbierałam cukierki na moście, w marszutce (bus), na ławce
- projekt "100 twarzy" osiąga próg 100 zdjęć, a chciało się więcej...ale dobre i to! 
-wszyscy życzyli mi oczywiście Gruzina, albo najlepiej to Polaka w Polsce i Gruzina w Gruzji, tylko tak by żaden się nie dowiedział o żadnym ;)
-odwiedziła mnie Mika (dzięki ponownie!:*)
-przeżyłam bez centralnego ogrzewania, internetu wieczorami, ciepłej wody, braku wody z rana (chociażby zimnej), zima w pokoju, spania w śpiworze, mojego braku zdolności kulinarnych, czasami nie jedząc i chodząc wcześnie spać a nie móc z rana wstać.

Czy coś więcej okryłam/zobaczyłam na pewno tak...ale już też wiele nie pamiętam, próbuje sobie przypomnieć jak najwięcej szczegółów, lecz trudne to. Niektóre szczegóły po prostu zostają dla mnie i tylko dla mnie
Na pewno na koniec należą się specjalne podziękowania dla:
- moich rodziców, którzy dzielnie znosili mnie przed jak i w trakcie wyjazdu oraz mego wspaniałego rodzeństwa, które pomagało by udało się wszystko ogarnąć w jak najlepszy sposób
- Wam (kto ma wiedzieć to się domyśli)- za wsparcie, dobre słowa, wszystkie niespodzianki i to, że po prostu tęskniliście tak po ludzku i ja za Wami też
- koordynatorów: Błażej, Magda, Olga- bez nich nic by się nie udało
-wspaniałej szefowej Nany, która się martwiła wiele razy o mnie, oraz dodatkowo pracowników biura Esmy oraz Ingi
- dobrego ostatniego mentora Kathi, której dużo zawdzięczam
- współwolonatiuszek : Sandrine i Markety, oraz innych z Zugdidi: Jeniferr, Brigitht, Nico, Sara, Andreas, Carolin, Miriam
- dziewczyn z Tkibuli (Ola i Sylwia!), rodziny z Ozurgetii (Ewa, Asia, Erell, Margit, Greg), Rustavii (Ania, Ewelina, Mateusz, Tomek) oraz tych przebywających w armenii (jesteście wszyscy wielcy i niezastąpieni!!!),Pawła (wolontariusza w caritasie), Piotrka (przebywającego na erasmusie), Karoliny i Dawida (nowych wolontariuszy u Kamilanów)
- następnie mych wspaniałych znajomych gruzinów i gruzinek – Maya, Ia, Gwanca, Anuki, Ia, Gocza, Robert, Inga, Kaxa, Suzi oraz innych– bez nich ten świat też byłby nudniejszy
- dla przedstawicieli kościoła katolickiego w szczególności- s.Teresa i s.Anna (salezjanki, za miejsce noclegu w najbardziej nieoczekiwanych momentach oraz dobry ostatnio sobotni obiad:)), rodziny kamiliańskiej s.Beaty (za kucie i mądre rozmowy oraz nieocenione wsparcie), o.Zygmunt (za wyprawy po Tbilisi, za rozmowy i nakarmienie obiadem), o.Paweł – nie dane poznać bliżej, ale za uśmiech i szczerość!
- dla polskiej ekipy mieszkającej w Zugdidi!
- dla Karoliny i Szymona za noclegi w Tbibilisi i pierwsze pokazanie miasta, oraz udostępnianie swojej podłogi.
-oraz dla innych, którzy nie zostali wymienieni z imienia, a też należą się im podziękowania(za co przepraszam, bo nie chcę nikogo pominąć...)

Może cały czas nie wyglądał tak jak obmyślałam sobie w głowie, jak myślałam, że będzie. Nie miało być tylu problemów, tylu chorób i tylu dziwnych sytuacji. Ale jednak to wszystko sprowadziło się do tego, że przez to wszystko miałam szanse poznać dodatkowo kilka osób, nawiązać nowe wartościowe przyjaźnie (tak chyba mogę nazwać to przyjaźniami, szczerymi w tym odległym kraju z ludźmi wartościowymi, na których mogłam liczyć nawet po 23 i budząc się sms od nich, bo dzwonili czasem w nocy przez omyłki jak twierdzili;)). Dobrze było i gdybym mogła to tak wyjechałabym znów, znów wybrała bym nieznaną Gruzję, znów chciałabym poczuć jej zapach, smak i usłyszeć misz-masz językowy. Dokładnie tak. Brakuje mi osób, brakuje mi miejsc i brakuje mi tego depresyjnego Zugdidi czasem... :)

Dzięki za ten czas, za spotkania, uśmiechy, radości, herbaty, wspólne posiłki i niesamowite przygody te lepsze i te gorsze!:)


PS notka może ulegać edycją.
PS 2- jestem stażystą, jestem w Cieszynie do września na pewno, można umawiać się w tygodniu wieczorami, weekendami czasem tu czasem tam. Pisać i szukać :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz