Część
3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie
przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej
spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co
się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie
przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10
pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj
ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście
nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski –
tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc
ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym
rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone.
Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie
zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie
spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego
wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale
nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk
w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie
ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi
nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat
rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać.
Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za
mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową
nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz
oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala. Więc wolno się przebrałam z pidżamy
połowicznie rzecz ujmując nawet. Wolno i
wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich
podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu
pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką
nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę!
Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak
bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na
sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali
im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań
co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili
jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój
tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając
czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko,
PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę
innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek
pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie.
Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie
powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz
gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny
zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To
znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą
oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc
się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy
osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku
więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo
chodzenie zabronione. Stoję sobie, Maya
stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść
wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem
i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba
nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże.
Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy
pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny
i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza,
ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa.
No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie
pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami
i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw
(niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla
mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą
znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla
upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje…
ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie
marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w
kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie
idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa.
Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem
śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się,
jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry
do łóżka. I poszłam spać. Głowę mi
rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i
spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się
piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała
rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam
z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na
balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się
ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili
mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w
siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z
jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i
spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która
faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek
aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu,
bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi
więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie
okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi
głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie
popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego
łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego
stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w
trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a
notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…
PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego
spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^
Trzeba było tyle nie pić :P
OdpowiedzUsuńS.