sobota, 10 maja 2014

Czas na...

Tak sobie myślę czyby nie powrócić znów do pisania tego bloga, tak znów z Polski i później znów pociągnąć z innej strony świata może?
Dlaczego znów? A odpowiedź jest prosta, jest kilka rzeczy które sprawiają, że na nowo wywracam swoje życie o 180 stopni robią duże i małe kroki. Zastanawiając się nad przyszłością.
Aktualnie wygląda to tak:
- staż, staż, staż... i tak do września uziemiona w Cieszynie z małymi weekendowymi lub dłuższymi przerwami to tu to tam (planów wiele, czasu i kasy brak na ich realizację)
- bieganie, pływanie, siłownia na powietrzu (oh dzięki za to dobrym osobą!), może kajaki- kajakowy patrol, za darmooo.
- od połowy września - hm dylematy!
- plany na podróż do Gruzji znów, plan na podróż dalej gdzieś, plan na studia sama nie wiem co, gdzie i dlaczego
- i co tu robić?

środa, 12 marca 2014

Czas na podsumowanie...

Czas na podsumowanie 6 miesięcy spędzonych w Gruzji!
Zaczął mi się 3 tydzień spędzany w domu, w Polsce. Jeszcze nie zdążyłam odbyć żadnych dalszych podróży prócz wycieczek do urzędów, spotkań na miejscu (dzięki za wszelkie przejawy przywitań i wspólnych rozmów!), rozmów telefonicznych i pierwszej na koniec zimowego sezonu odwiedzin na lodowisku (udało się przeżyć i się nie połamać : )).
W ciągu tego krótkiego okresu czasu zdążyłam zamarzyć o podróży tu i tam, o odwiedzeniu kilku ważnych dla mnie osób oraz zatęsknieniu za tymi poznanymi w Gruzji.
Tak, taka prawda tęsknie... za tymi ostatnimi, poznanymi na koniec, którzy przestawili wiele aspektów w mojej głowie na lepsze chyba, to tęsknie najbardziej!
Koniec żalów tęsknoty, czas podsumować!
Było 6 miesięcy w Gruzji, w których:
- zrobiłam mało jak na mnie zdjęć (ale cennych dla mnie),
- poznałam masę wspaniałych ludzi, z którymi mam nadzieję, że utrzymam kontakt i będzie mi dane się jeszcze z nimi zobaczyć(o niektórych będzie później)
- zwiedziłam piękne miejsca, o których nawet rok temu jeszcze nie marzyłam, że będzie mi dane zobaczyć na żywo!
- poznałam kulturę, taką inną odmienną, wyjątkową, bo wschodnią
- poznawałam nowy język, tak inny i taki dziwny- gruziński, a dodatkowo próbowałam nauczyć się ze słuchu języka rosyjskiego, który ciągle brzmi w mych uszach i ciągnie by spróbować opanować cyrylicę i zacząć czytać oraz spróbować w następnych rozmowach go używać (tak takie mam małe postanowienie językowe- rosyjski... ma miłości!)
-ćwiczyłam swój angielski w mowie jak i czasem w piśmie. Na pewno nie poszły próby pokonywania bariery na marne.
-zwiedziłam 3 plaże – Anaklia, Kobuletii, Batumi
- zwiedziłam park narodowy Bordżomi, za razem była to też wyprawa górska
- byłam w górach razy 2 Mestia (lodowiec), Bordżomi
- byłam : Tbilisi, Mccheta, Sighnagi, Gori, Kutaisi, Zugdidi, Jvarii, Mestia, Anaklia, Kobuletii, Batumi, Tkibuli, Ozurgeti, Khori, Narazeni, Bordżomi, Bakuriani, Chiatura, Bagdati, Inguri (zapora wodna),
- odwiedziłam masę cerkwi tych starych jak i nowych, zachwycając się wszystkimi ikonami, malowidłami ściennymi i całą świętością
- przeżyłam 2 razy Nowy Rok, święta Bożego Narodzenia prawosławne (w domu, bez otoczki kościelnej)
- świętowałam swój dzień urodzin w Gruzji!
- odwiedziłam w sumie 3 szpitale (Kobuleti, Batumi- tu odkryli mój mózg, Tbilisi- tutaj dostałam zastrzyki, ćwicząc swój rosyjski marny...) i odchorowałam zatoki będąc w przychodzi
- odkryli mi, że posiadam mózg!
- poznałam wiele osób mieszkających na Śląsku Cieszyńskim, albo mających z nim coś wspólnego
-ćwiczyłam swoją cierpliwość, otwartość i zrozumienie
-spróbowałam wiele potraw jak i win, z różnych rejonów Gruzji
-zbierałam cukierki na moście, w marszutce (bus), na ławce
- projekt "100 twarzy" osiąga próg 100 zdjęć, a chciało się więcej...ale dobre i to! 
-wszyscy życzyli mi oczywiście Gruzina, albo najlepiej to Polaka w Polsce i Gruzina w Gruzji, tylko tak by żaden się nie dowiedział o żadnym ;)
-odwiedziła mnie Mika (dzięki ponownie!:*)
-przeżyłam bez centralnego ogrzewania, internetu wieczorami, ciepłej wody, braku wody z rana (chociażby zimnej), zima w pokoju, spania w śpiworze, mojego braku zdolności kulinarnych, czasami nie jedząc i chodząc wcześnie spać a nie móc z rana wstać.

Czy coś więcej okryłam/zobaczyłam na pewno tak...ale już też wiele nie pamiętam, próbuje sobie przypomnieć jak najwięcej szczegółów, lecz trudne to. Niektóre szczegóły po prostu zostają dla mnie i tylko dla mnie
Na pewno na koniec należą się specjalne podziękowania dla:
- moich rodziców, którzy dzielnie znosili mnie przed jak i w trakcie wyjazdu oraz mego wspaniałego rodzeństwa, które pomagało by udało się wszystko ogarnąć w jak najlepszy sposób
- Wam (kto ma wiedzieć to się domyśli)- za wsparcie, dobre słowa, wszystkie niespodzianki i to, że po prostu tęskniliście tak po ludzku i ja za Wami też
- koordynatorów: Błażej, Magda, Olga- bez nich nic by się nie udało
-wspaniałej szefowej Nany, która się martwiła wiele razy o mnie, oraz dodatkowo pracowników biura Esmy oraz Ingi
- dobrego ostatniego mentora Kathi, której dużo zawdzięczam
- współwolonatiuszek : Sandrine i Markety, oraz innych z Zugdidi: Jeniferr, Brigitht, Nico, Sara, Andreas, Carolin, Miriam
- dziewczyn z Tkibuli (Ola i Sylwia!), rodziny z Ozurgetii (Ewa, Asia, Erell, Margit, Greg), Rustavii (Ania, Ewelina, Mateusz, Tomek) oraz tych przebywających w armenii (jesteście wszyscy wielcy i niezastąpieni!!!),Pawła (wolontariusza w caritasie), Piotrka (przebywającego na erasmusie), Karoliny i Dawida (nowych wolontariuszy u Kamilanów)
- następnie mych wspaniałych znajomych gruzinów i gruzinek – Maya, Ia, Gwanca, Anuki, Ia, Gocza, Robert, Inga, Kaxa, Suzi oraz innych– bez nich ten świat też byłby nudniejszy
- dla przedstawicieli kościoła katolickiego w szczególności- s.Teresa i s.Anna (salezjanki, za miejsce noclegu w najbardziej nieoczekiwanych momentach oraz dobry ostatnio sobotni obiad:)), rodziny kamiliańskiej s.Beaty (za kucie i mądre rozmowy oraz nieocenione wsparcie), o.Zygmunt (za wyprawy po Tbilisi, za rozmowy i nakarmienie obiadem), o.Paweł – nie dane poznać bliżej, ale za uśmiech i szczerość!
- dla polskiej ekipy mieszkającej w Zugdidi!
- dla Karoliny i Szymona za noclegi w Tbibilisi i pierwsze pokazanie miasta, oraz udostępnianie swojej podłogi.
-oraz dla innych, którzy nie zostali wymienieni z imienia, a też należą się im podziękowania(za co przepraszam, bo nie chcę nikogo pominąć...)

Może cały czas nie wyglądał tak jak obmyślałam sobie w głowie, jak myślałam, że będzie. Nie miało być tylu problemów, tylu chorób i tylu dziwnych sytuacji. Ale jednak to wszystko sprowadziło się do tego, że przez to wszystko miałam szanse poznać dodatkowo kilka osób, nawiązać nowe wartościowe przyjaźnie (tak chyba mogę nazwać to przyjaźniami, szczerymi w tym odległym kraju z ludźmi wartościowymi, na których mogłam liczyć nawet po 23 i budząc się sms od nich, bo dzwonili czasem w nocy przez omyłki jak twierdzili;)). Dobrze było i gdybym mogła to tak wyjechałabym znów, znów wybrała bym nieznaną Gruzję, znów chciałabym poczuć jej zapach, smak i usłyszeć misz-masz językowy. Dokładnie tak. Brakuje mi osób, brakuje mi miejsc i brakuje mi tego depresyjnego Zugdidi czasem... :)

Dzięki za ten czas, za spotkania, uśmiechy, radości, herbaty, wspólne posiłki i niesamowite przygody te lepsze i te gorsze!:)


PS notka może ulegać edycją.
PS 2- jestem stażystą, jestem w Cieszynie do września na pewno, można umawiać się w tygodniu wieczorami, weekendami czasem tu czasem tam. Pisać i szukać :)

poniedziałek, 3 marca 2014

W domu

Gdyby ktoś jeszcze się nie zorientował to tak jestem w Polsce. Może bez fajerwerków, a z bólem lekkim ale jestem.
Można dzwonić, pisać, wathever...

Więcej później... jak ogarnę siebie.

sobota, 15 lutego 2014

Żeby nudno nie było...

Jak wiadomo plany zawsze się zmieniają a tym bardziej mi. Nie dziwi mnie już to, bo tak się po prostu dzieje, że… z plan na Ozurgetii na piątek przerodził się w plan na wyprawę niespodziewaną i nie planowaną po raz drugi- Batumi, lecz tym razem tylko w celu turystycznym i nie żadnym innym. Udało się wyruszyć na nocne zwiedzanie miasta i mieć wspaniały czas, udało się pospacerować z rana również. Więc jak to można rzecz jedno z 3 miejsc, które chciałam odwiedzić się udało. Był fajny czas, nocnego włóczenia, bez plecaka i wsłuchiwanie się w ciszę morza by móc później już następnego dnia ogarnąć podobny stan. Wyciszenia i kompletnego relaksu, szczęścia i zadowolenia  z tego, że jednak udało się spędzić prawie 24 godziny zwiedzając miasto a nie biegając po lekarzach. 
Teraz mogę to rzecz- ja lubię Batumi a w szczególności poza sezonem, po cichej, ciemnej nocy, tak na spokojnie i bez spiny…
Następnego dnia już prawie, że zgodnie z planem wyruszone na podbój Ozurgeti, by zobaczyć się tam ze wspaniałymi osobami! Oh potrzeba było też ich zobaczyć, wypić niezliczone ilości herbaty, zobaczyć wesołe uśmiechy, pograć w gry, zrobić piknik nad rzeką i kontynuować czas pełen relaksu! Dodatkowym zaskoczeniem było poznanie Zdzicha, który jak się okazało studiował w Cieszynie. Tak wspólne tematy na temat jednego miasta, może nie do końca wspólnych znajomych (jeszcze wtedy), ale jak wiadomo impreza nam się fajna z tego zrobiła. Pierwszy raz za razem oglądnęłam Krainę Lodu, co polecam „jestem Olaf i lubię ciepłe uściski” J. Naprawdę był dobry czas spędzony w Ozurgetii! I tak po 2 dniach spędzonych tam, należało się pożegnać z łezką w oku by podążyć drogą w kierunku Tbilisi. 
Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było. 
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari.  Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu.
Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem.  Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś…
A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg.
Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach…  i w poniedziałek zakończymy przygodę z  Tbilisi. Ah szkoda.
Edit 18.02:
Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że  Oczywiście po raz kolejny. Tym razem by się pożegnać, by coś zrobić w Caritasie i by po prostu tu być. Jednak jak wiadomo plany muszą ulec zmianą. Tak i te na tutaj się zmieniły o 180 stopni, bo chyba za nudno by było.
Przyjechałam w poniedziałek do Tbs od razu pokierowałam się zrzucić rzeczy, coś szamać i na zupę razem z nimi. Więc tam trochę postaliśmy, zobaczyłam co i jak. Wieczorkiem wyskoczyliśmy wspólnie na miasto, nie wiem czy to oznaczać miało jakąś naszą większą integrację, ale chyba tak…tylko nie polubiliśmy się za bardzo. Więc już we wtorek wykorzystując pobyt grupy cieszyńskich etnologów i Oli z Tkibuli w Tbilisi stwierdziłam, że wybywam spotkać się z nimi. Połazić i w ogóle, pogadać i się poznać. Tak więc po wspólnym obiedzie wyruszyliśmy do Mchety dla mnie po raz drugi oraz do monastyru Dżwari.  Wiało strasznie… trochę się tam z nimi pokręciłam po miasteczku i udałam się na marszutkę do Tiblisi z ogromnym bólem w szyji. Czułam się jak bym ogarnęła nie wiadomo jak ogromny poszczał! Tak więc z bólem, i nie wiedząc co z sobą zrobić próbowałam ratować się po prostu silną dawką paracetamolu… Co jak się okazało w środę rano był jednak nie wystarczający. Dzięki uprzejmości Ingi udało mi się zabrać z nią do oo.Kamilanów w Gruzji, którzy prowadzą klinikę oraz centrum dla osób niepełnosprawnych. Tam poznałam s.Beatę, która widząc mnie w stanie strasznym i nie mogącą ruszyć głową pokierowała do lekarzy z tamtejszej kliniki więc i tym sposobem od razu miałam wizytę i zapowiedź, że w czwartek do neurologa. Z bólem i nowymi tabletkami wróciłam do centrum by spotkać się z Maya jeszcze i powłóczyć trochę po mieście. Po grzanym winie i z bólem marzyłam tylko o spaniu. Więc i nastąpił czwartek dzień oczekiwania godziny ok. 13 by móc udać się do neurologa, co już wiedziałam, że szykuję się na zastrzyki, ale nie myślałam, że wyśle mnie na prześwietlenie. Ot tak byłam na prześwietleniu. Dostałam opis rtg po gruzińsku, receptę po gruzińsku i radź sobie człowieku! Dodatkowo idę ze zdjęciem do lekarki a ta do mnie coś bardzo szybko po rosyjsku po czym przechodzi na gruziński i w sumie nie wiadomo w jakim języku ona tak naprawdę nawiać do mnie zaczęła. Ale jak się okazało chodziło o pójście do rejestracji gdzie była miła pani mówiąca WOLNO po rosyjsku i przyszedł lekarz, u którego byłam dzień wcześniej więc mogliśmy coś powymieniać się jakimiś zdaniami! Juhu mój rosyjski nie był tak strasznie, strasznie zły. Więc wróciłam do lekarki ta wypisała kartę i nic nie powiedziała, więc stwierdziłam, że chyba nic więcej nie zrobi (za mało zapłaciłam, bo zlecenie przez Siostrę i przez Ojca… :D) tak więc później oczekiwałam na wytłumaczenie recepty. Na której okazało się 5 zastrzyków i 20 tabletek więc do apteki i powrót na zastrzyk (boli, boli, boli...!) + dostałam od Siostry tabletki od bólu silne, czułam się jak na lekkim rauszu. Pomogły usnąć i czuć się trochę lepiej, chociaż chodziłam chwiejnym krokiem.  Więc w piątek przy kolejnym zastrzyku dowiedziałam się, że mam siniaka wielkiego i zapytanie „ciekawe kto Ci go zrobił?” I po tym wszystkim zostałam u nich zobaczyć coś jak impreza dla tamtejszych pacjentów. Pierwszy raz widziałam i mogłam uczestniczyć w czymś takim, było to coś jednak wyjątkowego i szczególnego. Jednak robi wrażenie- jak mało radości im potrzeba i nawet bariery językowe nie są przeszkodą, bo z każdym da się dogadać! Pierwszy raz poczułam, że tu coś robię. Może tylko gościnnie może tylko 2 godziny, może z pomocą p.Oli i innych rozpracowałam z Dawidem grę „bingo” wersja gruzińsko-rosyjska i dawaliśmy radę! To się nazywa wolontariat. Może i ciężki, ale wiesz że coś robisz, działasz i jest to dobre. Nie jest to coś czego się nie da ogarnąć. Może kiedyś… A dziś mamy sobotę. Czas na kolejne ostatnie rozmowy, pożegnania… wymianę mailowa i żal ściska serducho! Później na zastrzyk i miłe rozmowy…. Aż żal przerywać, ale trzeba. I do centrum na chwilkę i powrót na nocleg. Kilka planów na niedzielę aż trudno się zdecydować, ale chyba już podjęłam decyzję o pożegnaniach i rozmowach…  i w poniedziałek zakończymy przygodę z  Tbilisi. Ah szkoda.Edit 18.02:Plany na niedzielę tak się pozmieniały, że miałam jechać z Karoliną i Dawidem nad Tiblisikie morze- zastrzyk i na mszę na 17, po łacinie...lecz o.Zygmunt nam zamieszał i zaprosił na koncert muzyki gruzińskiej więc wolne śniadanie zamieniło się w ekspresowe, msza o 12 w katedrze (oh ja wiem, gdzie jest katedra!), później szybkie udanie się pod kościół Piotra i Pawła by spotkać jeszcze niespodziewanie jedną osobę i się pożegnać i na koncert! Dobry był, nic nie rozumieliśmy, ale było dobrze. Mieliśmy masę radości nie czając nic z językowych zawiłości a tym bardziej później gdy zaprosili nas na wspólne zdjęcia wołając "młodzieży Wy też" oby nikt tego nie widział, musieliśmy wyglądać zacnie cudownie w takim otoczeniu. Później z racji, że i tak musiałam dostać się na zastrzyk więc wykorzystałam przystępność podróży z Ojcem do kliniki, a znając moje plany nawet mnie nad to morze podwiózł później na zastrzyk i powrót do centrum, bez większych planów na wieczór.W poniedziałek powiedziałam, że przyjadę rano i coś pomogę...lecz po nieprzespanej nocy, podjechaniu do dworca nie byłam z siebie za bardzo czego wykrzesać więc skończyłam tym, że dostałam pozwolenie na położenie się w pokoju, lecz wcześniej wmuszenie w siebie herbaty i połowy ciasta...więc był sen tak do ok 15 przerywany, lecz był tak bardzo potrzebny. Była później wyprawa do kliniki po odpis historii choroby, zrobienie jej tłumaczenia i powrót na zastrzyk...czyli czekanie, do którego się już przyzwyczaiłam. Zaaplikowali we mnie ostatni i podsumowali "będzie mi Ciebie tutaj brakować, bo się przyzwyczaiłam przez te kilka dni do Ciebie!". Mówiąc szczerze też się przyzwyczaiłam do tych chwilowych-urywanych-niesamowitych-pięknych rozmów! Później załapanie na obiado-kolację, mądre słowa i czas wrócić zapakować nie... by wyruszyć w drogę do Zugdidi na ostatnie kilka dni.
Tak mnie naszło wieczorem, że
Niektóre osoby sprawiają zamieszanie w naszym życiu, chociaż krótko się widzimy i wtedy człowiek sobie uświadamia, że będzie mu tego brakować...
Właśnie te 5 dni sprawiło, że czas zrobił się dobry, że pomieszali w moim poglądzie na życie, że właśnie po prostu czas żyć i trochę może startować by zmądrzeć :)?


Pocztówkowe Batumi. Tadam, tadam.

/edit:-5 dni zastrzyków skończone
-4 dni od dziś
-15 dni tabletek/


czwartek, 6 lutego 2014

Decyzje, plany i... przygody!

Z racji tego, że decyzja została podjęta więc chyba warto byście się dowiedzieli jeśli ktoś jeszcze nie wie. To obwieszczam tu wszem i wobec…
Wracam do Polski jeszcze w tym miesiącu. Szukam z tego powodu pracy, praktyk, wathever! Nie pytajcie o co chodzi, bo nie chce wnikać na blogu w to. Jeśli kogoś bardzo kręci wiadomość dlaczego to tylko w prywatnych. Tak dla wyjaśnienia aktualnej sytuacji.
Dobra koniec smęcenia.
Plany, plany, plany! Piękne plany, może i zmienne jak zwykle w moim wypadku, ale jednak wszystko możliwe, bo to takie Gabowe, nie?:)
Więc aktualnie plan mój przedstawia się tak, że jutro jadę do Ozugeti zabawić się z tamtejszą familią wolontariacką na weekend, później kieruje się na Tibilisi zostaję tam tydzień, chodzę na festiwal filmowy, robię coś fajnego, okrywam nowe miejsca i w ogóle bawię się dobrze!
Może wyskakuje do pobliskich miejscowości zobaczyć skalne miasto, odwiedzić Rustavi lub coś jeszcze. I w drodze powrotnej, bo tak zrodził się plan wczorajszego wieczora może jeszcze raz do Tkibuli (?) i na mój ulubiony bazar w Kutaisi.
A dodatkowo w tym całym planie mam zamiar ograniczyć używanie facebooka, ot co! By wykorzystać ten czas, który tu mam najlepiej jak potrafię, bo przygoda nie może zakończyć się tak smętnie…  :)

Tak więc gdybyście czegoś potrzebowali ważnego to mail lub sms :)

/brak powiązania/

PS oglądnijcie sobie! http://vimeo.com/37022768


wtorek, 28 stycznia 2014

Bliskie podróże- długie godziny

Wyjazd i odwiedzenie 2 wolontariuszek (Oli i Sylwii) w Tkibuli był planowany już trochę, ale tym razem w weekend udało się nam wreszcie spotkać.  Spotkanie nastąpiło w Kutaisi, gdzie był plan pójścia na lodowisko i zaczęcia dobrej zabawy weekendowej. Szybko nas otrzeźwiało z pomysłu lodowisko a tylko dlatego, że docierając na miejsce okazało się, że (UWAGA!) jest tylko ono dla dzieci do LAT 12! Kto w ogóle wymyśla takie rzeczy, żeby nikt starszy nie mógł pojeździć… szkoda (może załapię się w Cn jeszcze). Więc pierwszy plan nie wypalił tak więc skierowaliśmy się na bazar w wiadomym celu zakupów + dla mnie zdjęć. Z racji, że uwielbiam bazar w Kutaisi sprawia mi ogromną radość zaglądania tam po kątach i zachwycania się zapachami i wszystkim co tam jest a co najważniejsze osobami co sprzedają! Są mega otwarte i świetne i łatwo im zdjęcie zrobić (nie Mika?:)).
Po szale zakupów, bez planu, chwilowe włóczenie się bez celu by jednak stwierdzić jest świetna pogoda jedziemy do Monastyru tym razem Motsameta. W drodze minęliśmy ze 3 ślubne samochody a na miejscu to był po prostu ślubny szał. W ciągu może i nawet nie godziny odprawili ze 3 śluby i z boku chrzest + kolejne pary się pojawiały. Taka oszczędność czasu i miejsca. Ludzi tłum… (zdjęć fajnych brak) oraz ładna pogoda, jeszcze lepsze widoki więc czas na mały piknik w zimowo-wiosennym słońcu i temperaturze dobrze +15. Nie chciało się ruszać z klimatycznych skał, trawy, ale by zdążyć na marszutkę trzeba było się zebrać w sobie i cieszyć się słońcem.  Więc ruszyliśmy na marszutkę do zacnego miasta Tkibuli, które w pierwszym wrażeniu przypomina dla mnie taki Śląsk w Gruzji! Kopalnia, kopalnia, kopalnia i kopalnia! Odwiedziny u nich na mieszkaniu, spróbowanie podkarpackich pyszności + dużej blachy pysznego ciasta, przyszykowanie na rozgrzewkę grzanego wina i długie- nocno- polsko-francusko-amerykańskie rozmowy.
 Dzień był długi i wart swego zmęczenia, bo na niedzielę mieliśmy nowy plan...
Odwiedzenie Chiatury- a to miasto słynie z tego, że kilka jego punktów zbudowanych jest na wzgórzach i można się tam dostać tylko kolejkami. Ot co! Takimi wagonikami, które czasy swej świetności mają dawno za sobą. Jednak my dzielne byłyśmy i wyruszyłyśmy na dwie trasy oglądnąć miasto z góry! Co za widoki, co za widoki. Tym razem pogoda nie sprzyjała nam aż tak strasznie bardzo, ale i przestało padać więc dało się popatrzeć i powzdychać z tęsknoty za wiosną, za słońcem, za zielonymi szczytami.
Właśnie wyjeżdżając drugą kolejką tam Pani co pilnuje i jeździ wagonikiem zabrała nas do miejsca, którym nadzorowana jest cała praca tej kolejki długiej i pokazała jak to działa. A powrotem przypadkowo spotkani w wagoniku ludzie zaoferowali nam zaprowadzenie nas do monastyru.
Wiedziałyśmy o jednym, który znajduje się na skale. Tylko dokładnie nawet nie wiedziałyśmy nawet nazwy tego miejsca. Tak więc zdaliśmy się na Gruzinów. Szłyśmy nie wiedząc gdzie, wspinając się po masie schodów lądując w jednym z tych monastyrów/ cerkwi, która robi wrażenie takie, że wow! Wchodziło się tam przez taki długi wykuty w skale korytarz i znajdowało się w miejscu z ikonami, skałą z której tryskała „święta woda” i w sumie dokładnie to nie wiem co jeszcze. Idąc dalej, ale tylko w spódniczce i nakryciu głowy oczywiście trafiało się do kolejnej małej cerkwi z masą ikon i bardzo taką klimatyczną(nie umiem tego inaczej określić). Byli tam Popowie, panie trzepiące dywany i kilka innych osób obsługujących skład wina dla popów.  Mało kiedy, która Cerkwia robi na mnie większe wrażenie, bo wszystkie wyglądają tak samo ze wnętrz i w środku, ale właśnie czasem można złapać takie smaczki gdy zaufa się Gruzinom. Patrząc na czas trzeba było udać się nam do centrum. Myśląc, że może uda nam się złapać jakąś marszutkę, a tu zaskoczenie zatrzymał się pan terenowym autem i zabrał nas do centrum i mając trochę czasu poszłyśmy na obiad. Później szybkie wyzbieranie się i droga powrotna do Tkibuli. Gdzie wylądowałyśmy wieczorkiem, ale nie przeszkodziło to do przejścia się po mieście by zobaczyć jak wygląda centrum tego małego miasteczka. Wykończone dniem wrócenie na mieszkanie dziewczyn by dalej rozmawiać i cieszyć chwilą oraz nie myśleć o tym co będzie dalej, bo to teraz trwa ten dobry weekend. Pełen radości, uśmiechów i wesołych historii.
A w poniedziałek już o 7 zadzwonił budzik by poinformować, że jeśli zależy na prysznicu to należy zebrać się w sobie i iść… bo o 8 już łapałyśmy powrotną marszutkę do Kutaisi, a później do Zugdidi. Nie chciało się wracać... tym bardziej się nie chce gdy się nie ma planu na życie tutaj.
Tak więc: Dzięki Wam jeszcze raz za świetny weekend, za gościnę, towarzystwo i masę radości!
Dobrze, że jesteście!



czwartek, 23 stycznia 2014

Jakie to prawdziwe.

Tak, właśnie o tym co robię a raczej nie robię w Gruzji.
https://fbcdn-sphotos-c-a.akamaihd.net/hphotos-ak-frc1/311383_384055181675552_1746054405_n.jpg

piątek, 17 stycznia 2014

Decyzja do podjęcia...

Decyzje, decyzje, decyzje...

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.” R. Kapuściński


wtorek, 14 stycznia 2014

1000 i 1 plan na podróż

Plany, plany, plany! Nie należę do tych co lubią planować z wyprzedzeniem podróże, ale tutaj akurat trzeba z racji tego jeśli planuje się odwiedzenia innych wolontariuszy. Tak więc plan na weekend przybrał prosty zarys Tkibuli-Oni-Kutaisi-dom. W ciągu kilku chwil, no dobra godzin przybrał zarys może Kazbegi, może Tibilisi, a może zostanę? Nie wiadomo było, gdzie kiedy i w którą stronę się ostatecznie wybrać. Albo raczej ja byłam zdecydowana, ale reszta ciągle gdybywała nad swoimi wyborami…
A więc w ostatecznej wersji plan przybrał postać tą 101 czyli Bagdati-Kutaisi-dom na początek a co! Wzięty dzień wolny piątkowy, by dojechać w miarę wcześnie. Pogoda dopisująca wręcz niesamowicie! Słońce w miarę ciepło czy można marzyć o czymś więcej? A można gdy dojechałam do Bagdati i zobaczyłam, że to miasteczko leży przy górach zapragnęłam wdrapania się, na któryś ze szczytów (tylko, że tak wcześniej nie pomyślałam o zabraniu treków…) więc marzenie o zdobyciu górskich szczytów niedaleko Bagdati zostało odłożone na wiosnę. Po posileniu się obiadem wyruszyłam z moją przewodniczką w miasto- pierwszy punkt kościół. Niby nic, ale cały odnowiony a w środku… malowidła na ścianach wyglądały jak dopiero co malarz stamtąd wyszedł. Jeszcze światło słoneczne wpadające przez małe okno oświetlające ikonostas- takie wow! Czuć było świętość tego miejsca.
Następnie szłyśmy, szłyśmy i szłyśmy do muzeum pana, który nawet na centralnym placu miasta ma wywalony ogromny pomnik a nazywa się on
Władimir Majakowski.
Niedaleko muzeum na małej górce, też kolejny jego pomnik. Pierwsze gruzińskie muzeum, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Na początek pan, który jest tam gospodarzem oprowadził mnie po domu poety: zdjęcia, stare meble i w ogóle wszystko urządzone jak było kiedyś gdy rodzina Majakowskiego mieszkała tam.  Lubię stare domy, w których czuć ducha tamtego czasu… ale przyszła ta myśl, ale słabe to muzeum jak na kogoś znanego. I tu zaskoczenie! Drugi budynek, ogromna sala, w której zgromadzone są zdjęcia od młodości aż po śmierć – zdjęcia nawet z pogrzebu! Książki, plakaty, głowy i wiele innych interesujących rzeczy… tylko:
a. nie potrafię czytać po rosyjsku
b. nie wiedziałam kim był tak naprawdę ten koleś więc trudno było mi było się zachwycić tym wszystkim tam.
Po wszystkich kulturalnych atrakcjach, z racji nocy udałyśmy się na kolację… oj dużo, dobrych smacznych gruzińskich rzeczy było do zjedzenia. Tak więc całkowicie pełna od jedzenia, szybko mnie zmiotło spać... i się zaczęło.
Nie będę wnikać w szczegóły, ale była ciężka noc. I kolejna zmiana planów z Kutaisi na Tibilisi z racji skorzystania z ładnej, ciepłej łazienki i ciepłego pokoju, który bardzo się marzył….
Więc były leki, sucharki, banany, herbata i ciepły kąt do spania – moje studenckie warunki 5gwiazek!
I była masa sms z koordynatorką i gdybywanie co zrobić czy wracać, jak się czuje i wszystko.
W ostateczności nie chciałam wykorzystywać gościnności i przywilejów siedzenia w naprawdę fajnym miejscu… mój mały gruziński raj można powiedzieć (chce tam pobyć na święta, albo przy jakieś innej okazji właśnie na dłużej, ale być w użytecznym stanie pomocy).  Więc postanowiłam wrócić. Była straszna podróż pod względem takim, że wszystko bolało, martwiłam się co się zdarzy i wiedziałam, że będzie długo.
Ale dałam radę, kto jak nie ja?
Tylko po tym wszystkim przyszedł straszny poniedziałek… na moje wszystkie bóle, jeszcze wkurzenie szefostwa, albo raczej przejaw tego, że się martwią (bo jak niby nie mogli spać w nocy, ale ja też nie…).
Sprawa wymaga po prostu pogadania. Na spokojnie. Może teraz gdy już emocje pierwsze z nas zeszły.

PS Na dziś wszystkim Radości w Starym-Nowym Roku (bo akurat w Gruzji dzisiaj kolejny Nowy Rok wypada wg kalendarza cerkiewnego)


wtorek, 7 stycznia 2014

Zaskakująco czyli Norwesko-Polsko w Gruzji

Sam plan powrotu z Miką na sylwestra sprawił, że  aż tak trudno się tu nie wracało, chociaż wiadome było wszystko o warunkach i sytuacji oraz braku motywacji do zrobienia czego kolwiek. 
Nasza wspólna podróż rozpoczęła się już od samego spisywania jak dojedziemy do lotniska. Tutaj zaskoczenie w ten jeden dzień i sms, że Tata od Miki zaoferował się do odtransportowania nas na lotnisko- bardzo dziękuje! Więc problem z transportem i planami spania na lotnisku zakończyły się tym, że pojawiłam się u nich w domu po 22, z planem na grzańca i pójściem spać na chwilę. Na same pogaduchy zeszło nam do północy i nastała pora na regenerację sił w czasie niecałych 3 godzin. Później droga na lotnisko po nocy na samolot by o 6.15 czasu Polskiego wystartować do Gruzji. Podróż w większości przespana, albo próby spania i oglądania widoków za oknem (tak Kaukaz z góry robi wrażenie takie, że WOW!). Więc o 12.25 wylądowałyśmy czasu Gruzińskiego (lot trwa 3 godz i dolicza się 3 więc wychodzi jak wychodzi). Pierwsze zderzenie z gruzińską ziemią, fajne lotnisko, miła pani w informacji turystycznej i wszechobecni natarczywi taksówkarze, którzy proponują ceny z kosmosu oczywiście nie do pokonania dla wolontariusza, który tym bardziej cierpi na brak kasy, ale zaś z drugiej strony bez sensu przepłacać. Więc foty przy lotnisku, przekonywanie taksówkarzy, że marszutka pojedzie i, że nie chcemy z nimi jechać. Tak więc próby dotarcia najprostszą drogą czyli oczekiwanie spod lotniska na marszutkę do Zugdidi zakończyło się fiaskiem, bo Mika nie chciała czytać co pisze gruzińskim alfabetem i spowodowało to, że lepiej było się wrócić do Kutaisi (marszutka złapana przy drodze za 2 lari od głowy, pamiętajcie!) by stamtąd udać się do Zugdidi, bo chociaż wiem gdzie jest dworzec i jakoś łatwiej coś znaleźć oczywiście z wypytywaniem się kierowców, która to będzie marszutka. Więc udałyśmy się prawie od razu do Zugdidi w podróż 2 godz, już tracąc siły. Dobijając do dworca, pierwsze zakupy w Zugdidi na dalszą drogę w Nowy Rok. Zostawienie rzeczy i próby ogarnięcia w mieście otwartej knajpy… był to duży problem, ale udało się zjeść jakiegoś hamburgera, porobić wieczorne foty miasta. Tutaj w Gruzji miasta mają masę iluminacji wyglądają świetnie wieczorami teraz! I powrót do mnie by zostać uroczonym winem, z planami pójdziemy zaświętować w Nowy Rok na koncert, ale zmęczenie dało o sobie znać więc zamiast wyjść był to najbardziej przespany Sylwester dla mnie! Plusem jest to, że faktycznie się wyspałam :). Więc chwila przebudzenia przed północą, wysłanie kilku smsowych życzeń i oddanie się dalszej przyjemności sennej. By z rana z pełnymi siłami, pożywione smacznym śniadaniem udać się na dzienny pociąg w kierunku Tibilisi. Jedyne 8 godz jazdy przed nami było. Pusty pociąg, zmiana miejsc siedzenia, by widoki były lepsze, plany na zdjęcia w czasie podróży, uzupełnianie kalendarza i nie przewidywalne rozmowy z konduktorem. I jakoś sprawnie minął ten czas, nie było źle. W czasie podróży dużo czasu na planowanie co gdzie i jak, powstały plany na wykorzystanie maksymalnie czasu jaki miałyśmy. Pierwszy punkt w Tibilisi- odnalezienie miejsca naszego noclegu u sióstr salezjanek (2 Polek i jeden z Indi(?)). Dobrze mieć mapę. Ucieszenie się ciepłym pomieszczeniem, warunkami studenckimi wersja 5gwiazdkowy hotel + normalna ciepła łazienka! Zostawiłyśmy rzeczy i wygłodniałe udałyśmy się do Kinchali house gdzie tłum ludzi oraz brak miejsc i już myślałyśmy, że będziemy poszukiwać innej knajpy, ale się udało. Długie oczekiwanie na zamówienie w między czasie atrakcja wieczoru w postaci gruzińskiej walki w restauracji!  Szybkie pochłonięcie obiadu i wrócenie na nocleg, bo obiecałyśmy wrócić po ok. 2 godzinach, ale się przedłużyło.
Cisza domu, ciepły kąt nie motywował do wstania wczesnego z łóżka, ale były plany do obejrzenia wielu puntków w Tibilisi więc się trzeba było wyzbierać.
W drodze do metra weszłyśmy do pierwszej cerkwi jaka się tam znajduje. Dopiero co od remontowana zewnątrz, w środku akurat jakieś nabożeństwo więc nie chciałyśmy przeszkadzać i udałyśmy się dalej według ustalonego na szybko planu…
Pierwszy punkt do „odhaczenia” kościół Sioni (najstarszy), następnie most pokoju zwany również podpaską (tutaj dostałam od jakiegoś pana cukierki, nie wiem dlaczego ale było to miłe!), przy okazji zobaczenie placu Europy później wspinanie się pod górę by udać się do kolejnego kościoła Sameby (największego). Faktycznie robi wrażenie tym bardziej, że wybudowany został w 2005 roku. Już coraz bardziej przemarznięte i głodne oraz zmęczone z chęcią pójścia na obiad,  ale udało mi się namówić Mikę na podróż do Matki Gruzji jeszcze kolejką w obie strony. Szybkie zdjęci z góry, bo pogoda marna (mgła, mgła, mgła) i powrót na dół, by miłą uliczką pójść sobie do fajnej knajpki na obiad chaczapurii adżarskie + sałatka i oczywiście herbata w dodatku na rozgrzanie. Przesiedziane w knajpie może i 2 godziny, ale nie był czas zmarnowany, bo szkoda jeść szybko gdy mamy czas i gdy zimno na zewnątrz. W czasie obiadu uplanowałyśmy mszę w polskim kościele Piotra i Pawła o 17, więc mając czas zaprowadził Mikę do kolejnego kościoła na Rustaveli (nie pamiętam nazwy, ale też jest ważny dla historii. Jest to ten kościół naprzeciwko parlamentu), później suchy most, na którym tym razem nie było wielu sprzedawców przecież to dopiero 2 stycznia więc czym się dziwić. Ale były obrazy… oh i ah piękne obrazy! Aż chciało by się kupić jakiś do domu, ale jak to przetransportować?! Czas się kończył więc po drodze weszłyśmy zobaczyć co w kinie i na metro oraz na mszę wersja gruzińska z czytaniami po rosyjsku. A po mszy… kilka nocnych zdjęć i wyprawa na Plac Minda by zobaczyć miasto z góry, ale pogoda nie sprzyjała, było zimno... więc wszystko na szybko, bardzo szybko. By móc ogrzać się w mojej ulubionej knajpce na herbacie i powrót na nocleg. Bo kolejny dzień znów z planami na dalsze podróże. W pierwszej wersji podróż do Gori – by zobaczyć co słychać u Stalina, następnie skalne miasto Uplistsikhe. Po wieczornych konwersacjach plan zmienił się idziemy na gruzińską komedię do kina a później pojedziemy do Stalina. Tak więc też zrobiłyśmy. Z rana pożegnanie z Siostrami, poszukiwania zaginionej czapki w rękawie polara i szybko, szybko do kina na „Mr. Nanny”. Mówiąc szczerze nie żałuję, zobaczyłam gruzińskie kino, jak jest ogromne i nawet coś dało się zrozumieć z całego filmu nie rozumiejąc słów :). Po kinie na dworzec Didube łapiąc marszutkę do Gori- tutaj znów okazali się nieocenieni wszyscy inni kierowcy wskazujący drogę do tej właściwej. Po około godzinnej podróży dotarłyśmy do Stalina. Zrobiłyśmy mu zdjęcia, dowiedziałyśmy się o pociągu do Kutaisi o 17, więc na muzeum było czasu brak (ale jak się dowiedziała, nawet nie było warto wchodzić w tej cenie, bo są tam same zdjęcia i nie ma nic a nic ciekawego), po drodze zakup kebaba (tak  upragnione jedzenie-czekajcie na foty), podróż do stacji, zakup różowego biletu za 1 lari i długa podróż 5 godz, ale z początku ze zdjęciami ludzi więc było co robić (dobre foty do projektu^^). Później rozmowy z parą z Ukrainy, która usiadła naprzeciwko nas i załatwienie dla nich też miejsca w hostelu, w którym ja zarezerwowałam nam nocleg. Dotarłyśmy do Kutaisi o 21.15…zmęczone, ale wybrałyśmy się do miasta na chwilkę. Pokazując kilka miejsc w centrum, które sama lubię, usiadłyśmy w mojej ulubionej knajpie, wypiłyśmy sok, sprawdziłyśmy maila, do sklepu po coś na śniadanie oraz inne rodzaje lemoniady do spróbowania jak smakuje Gruzja. I tak dobrze po północy położyłyśmy się spać, by z rana szybko wyskoczyć na bazar, by zrobić jakieś zdjęcia oraz zobaczyć jak wygląda moje kolejne ulubione miejsce czyli Kutaisi bazar, była to szybka przygoda bo czasu już było mało…
Jak się później okazało, kolejne negocjacje z kierowcą marszutki za dojazd na lotnisko- cena zaproponowana na początku to 10 lari za 2 osoby, udało się ją zbić do 6lari, więc najgorzej nie było, ale i tak wiemy, że można za 2lari! Odprawa lotniskowa, długa kolejna, ostatnie łyki lemoniady, fota i czas się pożegnać.
Były to 4 napięte dni w Gruzji. Zwiedziłyśmy 4 miasta. Przejechałyśmy masę kilometrów, mamy  kilka dobrych, ale naprawdę dobrych zdjęć (a jeszcze kilka tych nawet nie zrobionych) mamy jeszcze więcej wspólnych wesołych historii, których nie będę przytaczać tutaj, bo są tylko do opowiedzenia na żywo. I tak naprawdę nie piłyśmy wiele gdyby ktoś pytał, bo nie potrzebne to dla szczęścia. Jedynie pro zdrowotnie :).
Dla mnie była to nowa Gruzja. A raczej stara Gruzja, którą mogłam odkrywać z kimś! Pokazać te miejsca, które sama odwiedzam, tam gdzie podróżuje tam gdzie żyję.
 Tam gdzie cieszę się, czasami martwię i tak strasznie za Wami tęsknie! Więc jeśli macie tylko ochotę zobaczyć to na żywo to zapraszam, mogę zrobić dla Was plan wycieczki, obwieźć Was po tych miejscach co znam lub poznać nowe (jak Gori z Miką).
Zapraszam tu, bo trzeba to zobaczyć- posmakować na żywo a nie tylko na zdjęciach. A o wrażenia szoku kulturowego, zaskoczenia gruzińską otwartością, jedzeniem, miejscami i innymi rzeczami pytać Mikę. Myślę, że bez względu na wszystko polubiła chociaż trochę ten kraj! I zechce wrócić w cieplejszej porze roku by zasmakować lub odkryć nowe smaki.
Gruzja bez względu na to jak bardzo już ją odkryłam to ciągle mnie zaskakuje i mam nadzieję, że nie skończy!


poniedziałek, 6 stycznia 2014

święta polskie i święta w Gruzji...

Chciałabym opisać napisać wszystko, o wszystkim jak najdokładniej i jak najbardziej rzeczowo się da, bo od ostatniego czasu już trochę minęło. Chyba najprościej zacząć od początku.
Jak planowałam mój wyjazd na EVS powrót na święta nie wchodził w grę na początku, ale jakoś tak się poskładało, że przecież te święta Bożego Narodzenia są od tego by spędzić je w gronie rodziny, przyjaciół, najbliższych! Więc we wrześniu już zakupiłam bilety, bo była promocja (tak była, ale później jeszcze bardziej staniały i no… ). Więc przez okres tych 4 miesięcy mocno ukrywałam przed rodzicami to, że wracam na święta.  Dowiedziało się tylko moje rodzeństwo i kilku znajomych (dobra duża Was ilość wiedziała, bo zaproszenie na imprezę było) a do rodziców dopiero dotarła informacja w momencie przyciśnięcia magicznego przycisku na domofonie. Więc naprawdę cieszę się, że niespodzianka dla nich się udała! Był  czas świąteczny, było ciepło, rodzinnie, herbacianie i snortowo! Było zabawnie i było naprawdę miło posiedzieć w domu, nie sądziłam że aż tak bardzo się stęskniłam za moimi. Tak mówię szczerze, bo dopiero na obczyźnie dochodzi do nas wymiar tęsknoty nie tylko za rodziną, przyjaciółmi, ale również za jedzeniem i takimi niektórymi przyzwyczajeniami i chyba najważniejsze własnym- małym pokojem i łóżkiem oraz ciepłą i normalną łazienką (!!!). Dopiero tutaj widzę co to znaczy mieć życie jak w luksusie w PL (już nie będę narzekać na to). Po świętach a raczej w okresie świątecznym razem z Dominiką wymyśliłyśmy siedząc sobie te swoje ponad 2000km od domów, w różnych kierunkach świata, że impreza „18-stkowych urodzin” będzie najlepszym pomysłem spotkania w dużym gronie znajomym, tym bardziej że wracałyśmy razem z naszych wojaży zagranicznych. Więc impreza była, ale w jej czasie i tak nastąpił ten niedosyt porozmawiania ze wszystkimi, ale z tymi co się udało to się bardzo cieszę! W ogóle dziękuje Wam za przybycie, albo za plany przybycia. Dobrze, że jesteście J!
Później była jeszcze chwila czasu na spotkania przy gorącej czekoladzie, chociaż jak na panującą porę roku było wyjątkowo ciepło. Były miłe pogaduchy, dużo pogaduch i dobrego wsparcia od Was. Był czas dla Was, było fajnie Was widzieć jeszcze w starym roku.
"...Dobrze, że tu jesteś, bracie, Zawsze byłeś, będziesz. Jeśli z buta iść przypadnie, Wezmę Cię na ręce…"




A po tym wszystkim a za razem po bardzo krótkim pobycie w domu nastąpił dzień, w którym należało się spakować i wyruszyć razem z Miką w trochę nieznany świat… ale o tym będzie w następnej notce, bo ciągle nie umiem przyzwyczaić się do zmian czasowych i tego, że w pokoju jednak jest chłodno oraz święta część druga czyli prawosławne Boże Narodzenie więc Wesołych świąt!
Na zdjęciu Gruzińska wersja choinki- czyczylak.