Plany,
plany, plany! Nie należę do tych co lubią planować z wyprzedzeniem podróże, ale
tutaj akurat trzeba z racji tego jeśli planuje się odwiedzenia innych
wolontariuszy. Tak więc plan na weekend przybrał prosty zarys
Tkibuli-Oni-Kutaisi-dom. W ciągu kilku chwil, no dobra godzin przybrał zarys
może Kazbegi, może Tibilisi, a może zostanę? Nie wiadomo było, gdzie kiedy i w
którą stronę się ostatecznie wybrać. Albo raczej ja byłam zdecydowana, ale
reszta ciągle gdybywała nad swoimi wyborami…
A więc w ostatecznej wersji plan przybrał postać tą 101 czyli
Bagdati-Kutaisi-dom na początek a co! Wzięty dzień wolny piątkowy, by dojechać
w miarę wcześnie. Pogoda dopisująca wręcz niesamowicie! Słońce w miarę ciepło
czy można marzyć o czymś więcej? A można gdy dojechałam do Bagdati i
zobaczyłam, że to miasteczko leży przy górach zapragnęłam wdrapania się, na
któryś ze szczytów (tylko, że tak wcześniej nie pomyślałam o zabraniu treków…)
więc marzenie o zdobyciu górskich szczytów niedaleko Bagdati zostało odłożone
na wiosnę. Po posileniu się obiadem wyruszyłam z moją przewodniczką w miasto-
pierwszy punkt kościół. Niby nic, ale cały odnowiony a w środku… malowidła na
ścianach wyglądały jak dopiero co malarz stamtąd wyszedł. Jeszcze światło
słoneczne wpadające przez małe okno oświetlające ikonostas- takie wow! Czuć
było świętość tego miejsca.
Następnie szłyśmy, szłyśmy i szłyśmy do muzeum pana, który nawet na centralnym
placu miasta ma wywalony ogromny pomnik a nazywa się on Władimir Majakowski.
Niedaleko muzeum na małej górce, też kolejny jego
pomnik. Pierwsze gruzińskie muzeum, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Na
początek pan, który jest tam gospodarzem oprowadził mnie po domu poety:
zdjęcia, stare meble i w ogóle wszystko urządzone jak było kiedyś gdy rodzina Majakowskiego mieszkała
tam. Lubię stare domy, w których czuć
ducha tamtego czasu… ale przyszła ta myśl, ale słabe to muzeum jak na kogoś
znanego. I tu zaskoczenie! Drugi budynek, ogromna sala, w której zgromadzone są
zdjęcia od młodości aż po śmierć – zdjęcia nawet z pogrzebu! Książki, plakaty,
głowy i wiele innych interesujących rzeczy… tylko:
a. nie potrafię czytać po rosyjsku
b. nie wiedziałam kim był tak naprawdę ten koleś więc trudno było mi było się
zachwycić tym wszystkim tam.
Po wszystkich kulturalnych atrakcjach, z racji nocy udałyśmy się na kolację… oj
dużo, dobrych smacznych gruzińskich rzeczy było do zjedzenia. Tak więc
całkowicie pełna od jedzenia, szybko mnie zmiotło spać... i się zaczęło.
Nie będę wnikać w szczegóły, ale była ciężka noc. I kolejna zmiana planów z
Kutaisi na Tibilisi z racji skorzystania z ładnej, ciepłej łazienki i ciepłego
pokoju, który bardzo się marzył….
Więc były leki, sucharki, banany, herbata i ciepły kąt do spania – moje
studenckie warunki 5gwiazek!
I była masa sms z koordynatorką i gdybywanie co zrobić czy wracać, jak się
czuje i wszystko.
W ostateczności nie chciałam wykorzystywać gościnności i przywilejów siedzenia
w naprawdę fajnym miejscu… mój mały gruziński raj można powiedzieć (chce tam
pobyć na święta, albo przy jakieś innej okazji właśnie na dłużej, ale być w
użytecznym stanie pomocy). Więc
postanowiłam wrócić. Była straszna podróż pod względem takim, że wszystko
bolało, martwiłam się co się zdarzy i wiedziałam, że będzie długo.
Ale dałam radę, kto jak nie ja?
Tylko po tym wszystkim przyszedł straszny poniedziałek… na moje wszystkie bóle,
jeszcze wkurzenie szefostwa, albo raczej przejaw tego, że się martwią (bo jak
niby nie mogli spać w nocy, ale ja też nie…).
Sprawa wymaga po prostu pogadania. Na spokojnie. Może teraz gdy już emocje
pierwsze z nas zeszły.
PS Na dziś wszystkim Radości w Starym-Nowym Roku (bo akurat w Gruzji dzisiaj kolejny
Nowy Rok wypada wg kalendarza cerkiewnego)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz