czwartek, 31 października 2013

nowości...radości?

Dawno nic nie nakreśliłam, bo w sumie nie było o czym. Raczej jest o czym, ale niektóre sprawy lepiej zachowywać dla siebie i nie wywlekać je na światło dzienne za bardzo. A tym bardziej nie należy o nich wspominać na blogu.
W tygodniu obrabiałam zdjęcia, szczerze i otwarcie już mi się nawet nie chce a jak pomyślę, że muszę zrobić znów kolejne linii bo ciągle jest coś nie poprawne znaczy kartka nie jest biała i mam tego 3 foldery to skręca lekko i popadam w akty desperacji(ale już chyba wymyśliłam!)! Ale właśnie te akty desperacji wywołały u mnie w piątek i pociągnęły dalej  na sobotę niesamowite pokłady tego aby zrobić i doprowadzić do skutku plan warsztatów fotograficznych- podciągnąć się w teorii a za razem poćwiczyć co nieco własny warsztat. I kieruję tu ogromne podziękowania dla Miki, która wspiera mnie w tym dziele i przesłała oraz przypomniała o fajnych rzeczach jak magazyn „Pokochaj fotografię”, który oczywiście bardzo polecam!
Z niego też zaczerpnęłam trochę inspiracji a dokładnie z tekstu, który pozwolę sobie zacytować ponownie:
"Cierpliwość to cecha ludzi mądrych. Podziwiam ludzi nią obdarzonych i -odkąd pamiętam trenuję ją w sobie. Cierpliwość z wytrwałością się miesza. Jeśli wystarczająco długo powtarzasz jakąś czynność, stajesz się mistrzem. Uwielbiasz ten moment oczekiwania na ujęcie, to jedyne i niepowtarzalne, na ten wyjątkowy moment, który najczęściej nie nadchodzi....
Są wśród nas też tacy, którzy cierpliwie kreują. Pracują we wręcz laboratoryjnych warunkach własną cierpliwość wystawiają na największą próbę. Tych podziwiam najbardziej za wytrwałość i niezwykle poruszające efekty. 
I tu dochodzimy do sedna zmuś się do tworzenia, zacznij jeden projekt. Nie ważne czy od dziś zaczniesz przez kolejne 365 dni fotografować otaczający Cię świat, nie ważne czy będą to portrety, nie ważne czy będzie to 100 nieznajomych czy seria autoportretów. 
Najważniejsze aby cierpliwie wytrwać w tym co robić."
Michał Mrozek. Pokochaj Fotografię

Po przeczytaniu go kilka razy postanowiłam, że zrobię na razie może i skromnie, ale od czegoś trzeba zacząć własny projekt o skromnym tytule : 100 twarzy Gruzji(miało być po 1 zdjęciu na dzień, ale czasami robię ich więcej a czasami zero, bo nie ma tej twarzy…). Zaczynam moją kolekcję zdjęć. W sumie temat sam wpadł na myśl po tym, że mam z jednego z seminariów na którym robiłam zdjęcia; zdjęcie chłopca, który zagląda przez okno. Jeszcze nie wiem gdzie zacznę zamieszczać te zdjęcia, ale coś wymyślę. A może Ty masz pomysł co to powinno być?
I siedząc w sobie w jedynym miejscu w Zugdidi, które ma dobrą  kawę i wi-fi poznałam 2 panów z naszego sejmu, którzy przyjechali na niedzielne wybory ot co! Jako obserwatorzy jak pracują poszczególne komisje cóż za dziwny stan.  Co za zdziwienie ich a za równo moje, ale fajne to było spotkanie,
Niedziela za to pociągnęła nas nad morze, na plażę na której zrobiłam moje foto, które wygrało konkurs! Tak moje pierwsze dobre foto weekendowe i do tego wygrywa coś fajnie. Tak więc z dobrą pogodą na duchu jak i na zewnątrz, zapasem jakiegoś jedzenia, małym ręcznikiem oraz naładowanymi bateriami z małymi przygodami udało się nam wyruszyć i po około godzinie drogi dojechaliśmy na miejsce. W to piękne miejsce! Plaża, słońce i ciepłe morze. Ja tylko odważyłam się pomoczyć stopy ale przy większych falach moje spodnie były mokre aż po kolana.
Później postanowiliśmy udać się do restauracji na nasze ulubione Chinkami! Mniam:). I tu chyba zakończę historię, bo właśnie po niedzielnych Chinkami mam straszne problemy z żołądkiem i od poniedziałku nie jem prawie nic a jak coś jem to bardzo ostrożnie….
Dodatkowo wczoraj mieliśmy trening, znaczy tutaj był organizowany trening na temat „Przemocy w rodzinie” oczywiście, że wersja gruzińska! Oprócz tego, że pomieszałam sobie dni, bo myślałam cały czas, że to dziś a nie wczoraj spóźniłam się w zacnym stylu prawie godzinę! No nie mogłam się zwlec z łóżka i jakoś to tak poszło, że trwało to moje zbieranie trochę dłużej niż zwykle, albo raczej moja pobudka nastąpiła ponad godzinę później niż zwykle (tak bardzo mi się nie chciało wstawać i przybierałam wszystkie możliwe pozycje w łóżku). Gdy już dotarłam do stowarzyszenia robiłam zdjęcia i była masa jedzenia, na które nawet patrzeć nie mogłam ot co. Wiadomo jak jest.
Dziś mamy jakieś seminarium, pewnie znów będę robić zdjęcia i ogarniać to w następnym tygodniu wszystkie te foldery.

A w weekend…się zobaczy co się wydarzy

wtorek, 15 października 2013

Borjomi/Bordżomi

Bordżomi (dawniej Abbas-Tuman; gruz. ბორჯომი) – miasto uzdrowiskowe w Gruzji w regionie Wewnętrzna Kartlia. Położone jest w górach Małego Kaukazu, nad rzeką Kurą (w Wąwozie Bordżomskim). Wokół miasta roztaczają się tereny Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Zamieszkiwane jest przez około 15 tys. mieszkańców.
Miasto zostało założone w 1829 roku. W latach trzydziestych XX-wieku odkryte zostały chlorkowo-wodorowo-węglanowo-sodowo-wapniowe wody mineralne, mające leczniczy wpływ na drogi żółciowe i choroby przewodu pokarmowego. W czasach sowieckich miasto zyskało status modnego uzdrowiska. Pozostałością lat świetności jest park Likani, w którym znajdują się dawne pałace rodziny carskiej. Obecnie ogólnodostępne są gorące i zimne źródła w parku zdrojowym.
Miasto słynie z butelkowanej w tym uzdrowisku wody mineralnej "Borżomi". W maju 2006 roku, na fali ochłodzenia stosunków rosyjsko-gruzińskich, rosyjskie władze zakazały importu wody Borjomi do Rosji, co ze względu na siłę marki, spotkało się z protestami. Pomimo utraty głównego rynku zbytu, producent wody kontynuuje ekspansję w innych krajach (w 2006 roku, wśród odbiorców wody było 28 państw).
Bordżomi kandydowało do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku, jednak nie zostało wybrane (Igrzyska odbędą się w rosyjskimSoczi).
/z zacnej wikipedi/

A tak ode mnie to mieliśmy wolny poniedziałek, więc czemu nie wykorzystać tego. Tak więc w sobotę rano wybraliśmy się pociągiem do Chaszuri (o podróżach pociągiem innym razem), podróż długa, bardzo długa jakieś 6 godz, bo to ponad 200 km do przejechania było. Po przyjeździe pytamy się lokalnych ludzi o transport do Bordżomi, jakaś miła pani kazała mam wsiąść w jedną marszutkę, która podwiozła nas na miejsce odjazdu marszutek do naszego celu. Mamy 15 min, szybkie ogarnięcie owoców na bliskim straganie i mkniemy dalej, w góry! Piękne widoki, piękne. Wysiadamy w centrum miasta i idziemy do informacji gdzie dostajemy masę wieści. Znajdujemy tani nocleg (jak nam się wydawało 10 lari), zostawiamy rzeczy i idziemy sobie do parku, w którym można pobrać wodę do picia oraz jest basen. Tak więc godzina późna się robi idziemy przez las, przez nasz park w celu dotarcia do basenu, ale po jakiś 20 min drogi stwierdzamy wracamy jest ciemno i nic tu nie ma. W czasie drogi powrotnej spotykamy dwóch chłopaków, którzy jak się okazało robią objazd po Gruzji – jeden bardzo miły Gruzin a drugi Rosjanin. Zawracamy z nimi do miejsca basenu. Pięknie tam. /Ja nie pływam, bo wiadomo ledwo co się wyzbierałam/ temperatura wody ok. 30stopni, niebo, gwiazdy, księżyc, skały i las. Czy może być piękniej? Może! I o tym za chwilę :).
Wróciliśmy z nimi do centrum, poszliśmy na kawę i jak się okazało można nocować taniej, bo za 5 lari (tak więc na następną noc się przenosimy). Wróciliśmy do naszego pokoju z planem następny dzień- park narodowy i góry! Tak więc rano (że nd to centrum parku otwarte od 10), przeniosłyśmy rzeczy na nowy punkt noclegu i wyruszyliśmy do centrum parku, by się zarejestrować. Ot co. Tak właśnie zarejestrowałyśmy się dostałyśmy zgodę na wejście do Borjomi-Kharguli National Park. Wyruszamy na jednodniową trasę z nowymi znajomymi z Izraela. Trasa 6 godzinna, taka na ten jeden dzień. Idziemy, idziemy, idziemy w górę, w górę, w górę.! Oh słońce pięknie opiera się i przedziera przez drzewa. Jest pięknie. Tak kolorowo. Jesień, słońce i góry. Robię sobie czasem jakieś zdjęcie, czasem przystanę, bo sił brak ale tak fajnie jest, że naprawdę się cieszę, że mogę uczestniczyć w tej wyprawie:).
Stajemy w słońcu, obserwujemy piękne góry, takie widoki, przestrzeń. /Dla bywalców górskich nie trudno to zrozumieć/.
Po wejściu na szczyt czas zejść na dół. Jak się okazuje, zejście jest bardzo, bardzo strome. 2 razy ląduję na tyłku nie tylko dlatego, że się ześlizgałam ale również dlatego, że moje kolano, nie chce współpracować, ba ono całe drży i w ogóle ciężko zrobić kolejny krok. Gdzieś w myślach marzy już mi się cywilizacja, prosta droga i jedzenie. Tak więc chwila przerwy przy rzece i patrzymy jedzie samochód. Więc czemu nie. Łapiemy go na stopa, myślimy dowiezie nas do wyjścia super. Jak się okazuje nas kierowca miał w ten dzień urodziny! Lądujemy na jego imprezie urodzinowej- głodni turyści. Jest masa dobrego jedzenia, wina i wódki! W momencie, gdy pochłonęliśmy już masę wszystkie zarówno części stałych jak i płynnych dziękujemy i udajemy się do wyjścia. Wszyscy pijani cała nasza 5 osobowa ekipa. Łapiemy taxi i wracamy na nocleg, bo co innego można zrobić. Po tym mixie nic nam nie jest, wysypiamy się długim snem.
Plan na dziś jedziemy do Bakuriani – miasto uspane, wszystko zamknięte. Brak sezonu. Wracamy pociągiem 2 godz. tylko dla widoków, które tam są i z racji, ze mieliśmy dużo czasu…
W Bordżomi poszliśmy na kawę/herbatę i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Chaszuri ostatnią marszutką o 18.40. Więc w Chaszuri jesteśmy po 19 a nasz pociąg odjeżdża dopiero o 23.20! Czujecie. Tak siedzieliśmy na stacji, na której można rzecz nic nie było przez 4 godz. by móc po tym ogromnym czasie oczekiwania ruszyć w podróż powrotną  nocnym pociągiem z miejscami do spania. Ulokowaliśmy się wygodnie i po prawie 7 godz wróciliśmy do Zugdidi.
Była to piękna podróż. Podbudowująca moje zdrowie i moje samopoczucie. Pogoda, góry, dobre zdjęcia wiecie- tego mi było trzeba.
Tylko szkoda, że nie możecie tego ze mną dzielić- bo „szczęście jest prawdziwe tylko wtedy gdy się nim dzielimy”.


PS oto moim zdaniem najlepsze foto z parku narodowego!

Part 5- koniec na tą chwilę.

Koniec historii na tą chwilę taki:
Powróciłam do świata żywych. Z moim zdrowiem lepiej! Głowa ok. Ręka w miarę też. Śpię, nie chodzę na prochach ciągle. Jest ok.
Dzięki wszystkim za dobre słowo przez sms, fb, maila i w ogóle. Dzięki Wam było prościej mi przejść ten trudny czas.
Ogromny uścisk i dużo słońca dla Was!

sobota, 5 października 2013

Part 4- historii ciąg dalszy.


Cześć 4 opowieści trwa ciągle, więc może trochę objaśnię co się wydarzyło. Miałam iść do lekarza po raz 2, ale jednak nie dotarliśmy tam. Nie, że nie chciałam...ale Nana wyjechała, Olga również, więc słabo by było iść z tymi co nie mówią po angielsku a ja nie zrozumiem lekarza (bo pewnie gruzin, no) i mi nie przetłumaczą wszystkiego dokładnie. Ogólnie to nawet już marudzę tylko w środku siebie jak się fatalnie czuję, żeby już nikt nic mi nie powiedział (no i Dominice przez skype-dzięki za wsparcie od początku tej historii!)
Tak więc po ponad tygodniu przestało mi się w głowie kręcić i ból głowy nie jest taki przytłaczający (ale ciągle jest pulsujący tam w miejscu uderzenia, czasami też szumi i kręci się), ale kark daje nadal popalić w jakimś stopniu do tego ta moja ręka. Niektórzy wiedzą, że rok temu będąc w pracy sprawiłam sobie nie małe problemy z prawym barkiem, które trwały bardzo długo. Teraz ogarnia mnie trochę ten stan, że znów ręka zaczyna nie pracować zgodnie z moimi oczekiwaniami. Tym razem od upadku. W nocy najgorzej, bo momentami w ogóle jej nie czuję, znaczy budzę się w tym wielkim szoku co się dzieje z moją ręką. Jest strach, po prostu no. Tym bardziej, że powoli w ciągu dnia też dzieje się nie za dobrze. Mam problemy z utrzymaniem kubka lub książki w ręce, ale staram się dzielnie walczyć.
A na to wszystko moje gardło padło. Boli, boli, boli. Zaczyna mnie dusić, chrypać i w ogóle wiecie... Nie wiem czy to po prostu z tego padającego deszczu czy to może gdzieś od tych wszystkich stresów? Czuję się dosłownie „jak zdjęta z krzyża”! Dawno nie miałam takiego stanu ogólnego połamania fizyczno-psychicznego. Blech.
Z racji tego, że szefostwa nie ma to umówiłam się na rozmowę przez skype z Magdą moją koordynatorką wyjazdu z PL by ją w sumie poinformować o tym co się wydarzyło, bo nie chciałam opisywać tego w mailu oraz by się zapytać jak wygląda sytuacja np. powrotu na dalsze leczenie w PL i powrotu później do Gruzji znów. Mam od niej zielone światło i wszelkie poparcie. Powiedziała, że będzie mnie wspierać w tym. Że mam pogadać na początek jak najszybciej się da z Olgą koordynatorką moją tutaj w Gruzji i powiedzieć wszystko nawet o ręce, żeby tego nie zostawić tak, bo to nie ma sensu i męczyć się niepotrzebnie też nie warto. Chodzi też o zadania, które mogę otrzymać i nie być w stanie wykonać. Jeśli nadal będę chciała wrócić by skonsultować to wszystko z lekarzem w PL to mam najpierw mam pójść skonsultować się z lekarzem tutaj lokalnym kiedy mogę lecieć by nie było jakiś niespodziewanych problemów w czasie drogi. Tym bardziej, że ostatnio mam wysokie ciśnienie. A wiecie jak to poznaje się a po tym, że głowa boli z tyłu. To właśnie ból z tyłu jest od zbyt wysokiego ciśnienia. Dlatego też Magda nawet zrozumiała moje obawy podróży samolotem przy zbyt wysokim ciśnieniu chyba bym im tam na zawał zeszła... Tego to nie mam zamiaru zrobić, bo chce żyć i z Wami spędzać świetnie czas.
Tak więc nie wiem co się wydarzy i jeszcze może okazać się, że wrócę do Was jeszcze w październiku na kilka- kilkanaście dni. Nie wiadomo co i jak jeszcze. Zobaczymy tak naprawdę po dalszych rozmowach i konsultacjach co wyjdzie.

Historia ciągnie się dalej....

czwartek, 3 października 2013

Part 3 - szpitale i bóle.... historia trwa dalej!

Część 3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10 pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski – tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone. Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać. Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala.  Więc wolno się przebrałam z pidżamy połowicznie rzecz ujmując nawet.  Wolno i wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę! Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój  tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko, PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie. Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo chodzenie zabronione.  Stoję sobie, Maya stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże. Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza, ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa. No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw (niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje… ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa. Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się, jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry do łóżka. I poszłam spać.  Głowę mi rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu, bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…

PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^

środa, 2 października 2013

Part 2- projekt Kobuletii

Projekt w Kobuletii „Crossroad of culture” 20-28.09, w który dla mnie miał trwać od 20-25.09 a skończyło się jak się skończyło o tym w części 3, która jutro.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę.  Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i  wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.


Part 1- 23 urodziny!

Stwierdzam właśnie leżąc kolejny dzień w łóżku, że to dobry moment na napisanie 3 następnujących po sobie notek i składających się w jedną całość.
Jak wiadomo były 23 urodziny wersja gruzińska, projekt Kobuleti oraz miało być szkolenie w Tibilisi zamienione na 2 wizyty szpitalne. Więc może po kolei...
nie wszyscy pewnie wiecie jak skończyły się moje urodziny, ale większość z Was wie jaki był prosty plan : jechać nad morze, wziąć butelkę wina i się uchlać. Prawie, że się to spełniło prócz tego morza, które było z lekkim opóźnieniem dzień później.
Wstaję sobie rano w ten niezwykły dzień, w  którym człowiek zaczyna myśleć ile mógł zrobić w ciągu ostatniego roku, ile zrobił i ogólnie wiecie zaczyna gdybać nad tym marnym życiem oraz jak to akurat w moim przypadku było planować co jeszcze można zrobić by za rok znów być gdzieś w niezwykłym miejscu, którego do dziś nie wymyśliłam :).
Tak naprawdę nawet nie powiedziałam nikomu, że mam urodziny, bo czym się chwalić nie. Zjedliśmy szybko śniadanie i ruszyliśmy do stowarzyszenia gdzie poczynając ostatnie przygotowania przed projektem odczytywałam sobie od Was wszystkie przejawy ciepłych i radosnych słów. Aż w pewnym momencie przychodzi do nas Nana stwierdzając oczywiście głośno i oficjalnie, że mam urodziny i się zaczęło…  Były życzenia, 3 razy sto lat, było dobre ciasto i stwierdzenie oficjalnie pijemy wieczorem. Tak więc aż zaczynam powoli się obawiać wieczora, bo nie mam za mocnej głowy, kiedy pije się szybko i dużo.
Nastąpił wieczór. Kolejne życzenia i czemu nie powiedziałam, bym miała prawdziwego tort a tak były pyszne naleśniki z jeszcze lepszym miodem (naprawdę uwielbiam tutaj miód, Gruzini mają wspaniały miód) oraz  z serem no i masa dobrych rzeczy i jeszcze większa ilość wina.
Kolejne sto lat: wersja gruzińska, rosyjska oraz czeska a polską sobie na yt odsłuchałam- przez połdnie. Tak to się nazywa imprezowanie w międzynarodowym gronie! Lało się wino i lało...
Aż w pewnym momencie się pytają czy wódkę pijemy i na stole ląduje czeska wersja śliwowicy! Dobrze, że nikt jej nie otwarł. W mojej głowie po tej ilości wina /ile wina to tylko wiadomość na priv/ zaczęło dobrze mi szumieć w głowie oraz czułam jak mój żołądek zaczyna się powoli buntować. Więc z myślą idę umyć twarz i idę spać wolnym i chwiejnym krokiem udałam się na górę. Gdzie docierłam nawet nie wiem jak! Po czym przebrałam się w pidżamę by powrócić szybko na dół do łazienki.  Na górę wróciłam tylko po ręcznik, telefon i kołdrę. Noc spędziłam na kanapie, z której miałam wszędzie blisko znaczy do łazienki blisko, z  którą przez wieczór bardzo się zaprzyjaźniłam.  Nana siedziała ze mną tak długo, aż mój żołądek się nie uspokoił. Dostałam obrzydliwej mineralnej wody, która dobra jest właśnie na jakieś takie problemy i usnęłam. Rano z racji tego, że już na 8 mieliśmy być w Zugdidi czyli wstawanie wczesne- ratunkiem chwilowym był prysznic, pakowanie, śniadanie i szybkie się ogarnięcie było trudne do zrobienia. W mojej głowie huczało, rozsadzało mi czaszkę z bólu, chciało się spać i suszyło tak strasznie szuszyło a tu przed nami była cała droga jakieś 1,5-2 godzin samochodem do Kobuleti.
A w Kobuleti było spełnienie mojego marzenia morze, plaża i cisza oraz ładna ciepła pogoda. Ot taki prezent na mój ból głowy tamtego dnia.
Tak dzień urodzin skończył się z wypełnionym poniekąd planem. Chociaż takiego kaca nie miałam dawno to nie żałuję żadnej chwili. 
A wieczorem oficjalnie zaczęliśmy projekt, o którym w następnej notce…