
Jeden weekend morze a w drugi góry!
Oh
i ah wiecie jak się cieszę z tego powodu, że udało nam się
pojechać w góry i zobaczyć te miejsca z bliska nie tylko z daleka.
Takie widoki, takie lodowce, takie fajne miejsca. Może zacznę od
początku by uporządkować trochę tą notkę, bo tak to będzie
chaotycznie i dla niektórych co nie mieli relacji od razu może być
problem by nadążyć za moim tokiem myślenia.
Przygoda zaczęła
się w piątek ok godz. 14.30 kiedy to gotowi do boju a raczej
podboju Mestii usiadłyśmy wygodnie w marszutce (tutejszy bus-
kierowcy szaleńcy) z zapasem wody, owoców wyruszamy na odległość
ok 130km w góry po serpertynach górskich (coś w stylu drogi na
kubalonkę) tylko tutaj stanowczo bardziej niebezpiecznie a do tego
po jednej stronie skalna półka a po drugiej rwąca rzeka, Momentami
miałam chwile, że nie wiedziałam czy mam zamykać oczy, płakać,
modlić się o życie czy lepiej jakoś wyskoczyć na zewnątrz i
pójść może piechotą. Na prawdę droga jest straszna. Czasami
dziura a kierowcy momentami rozwijają szalone prędkości. Naprawdę
jeżdżą tutaj bardzo, bardzo szybko to musicie przeżyć na własnej
skórze- polecam! Jednak nie wysiadłam po drodze. Obserwując dalej
zachwycające widoki naprawdę robiły one wrażenie! Takie, że aż
chciało by się tylko siedzieć i patrzeć i patrzeć... No
przydalibyście się Wy do towarzystwa by móc z Wami usiąść,
wziąć wino i patrzeć na te krajobrazy „szczęście jest tylko
wtedy prawdziwe gdy się nim dzielimy!”
Wracając do dalszej
drogi to po jakiś 3 godz jazdy szybkiej i zaskakującej, kierowca
zatrzymał nam się blisko naszego hostelu, w którym mieliśmy
zarezerwowany nocleg oraz zadzwonił do Rosy, aby powiadomić, że
już jesteśmy i nadchodzimy. Fajnie, że się tak tu o ludzi martwią
i są tacy gościnni. Zostaliśmy miło powitani. Szła nas do Rosy 4
osobowa drużyna z marszutki: ja, Marketa oraz dziewczyna z Ukrainy i
chłopak z Belgii (prawdopodobnie byli parą, albo byli w jakiś
sposób związani ze sobą bo jednak podróżowali razem).
Po
szybkim ulokowaniu się w pokoju czas wyruszyć na spacer po
miasteczku. Tak też więc ruszyłyśmy, z górki łatwa sprawa,
pierwszy postój to informacja turystyczna w celu zasięgnięcia
rady, na którą górę ile czasu może zająć nam wejście tak więc
do lodowca dojście 3 godz w jedną oraz 3 godz w drugą. Zaopatrzone
w taką wiedzę postanowione w sobotę idziemy w góry zobaczyć
lodowiec z bliska. Dalsza trasa chodzenia po Mestii to pozaglądanie
w jakieś kąty i znalezienie odpowiedniej trasy by z rana nie
błądzić. Rzut oka na kilka fajnych widoków kilka zachwytów nad
tym wszystkim i zakup gruzińskiego ciepłego chleba. Razem z tym
chlebem idziemy sobie dalej i dalej oglądając to tu to tam fajne
miejsca. Stojąc przy mapie Mestii poznajemy Zazę gruzina, który
zaprowadza nas do miejsca niesamowitych widoków oraz przechodząc
przez uliczki, które przypominają mi te z Asyżu poniekąd również
pod górkę /tylko Was brakowało/ dotarłyśmy do miejsca, z którego
widok niesamowity (może to dziwne, ale tu wszędzie widoki były
niesamowite i takie zachwycające!). Takie wieże obronne jest ich
wiele w Mestii, jak i bliskiej okolicy, które stanowią jakieś
wioski stanowiące całość z Mestią (nazw nie pamiętam więc nie
powiem Wam żadnej z nich...). Tym sposobem piątek zakończony
został wspaniałym spojrzeniem na zatopiony w zachodzie słońca
jeden ze szczytów pokrytych już śniegiem. Wieczorem chwilka
rozmowy na skypie z rodzinką i czas spać, bo już w sobotę rano
wyruszamy!
Tak, więc po obfitym śniadaniu- jeśli jeszcze nie
wspominałam to w gruzji je się bardzo obfite śniadania. Sobotnie
składało się z małych naleśników, jajecznicy z serem oraz kaszy
+ dodatkowo był chleb a na drogę dostaliśmy jabłko(pyszne!), Więc
zaopatrzone w owoce, naładowane baterię, dobre humory wyruszamy w 3
godzinną podróż po drodze zahaczając o sklep by zakupić dobrą
wodę do picia. Idziemy sobie patrząc na góry po prawej, po lewej,
przed nami jak i za nami..Wiecie jak fajnie być otoczonym górami,
pięknymi, wysokimi górami, pokrytymi lasami a co niektórymi
szczytami zakrytymi w śniegu. Marzenie! Z racji tego, że będąc w
takich miejscach nie lubię się śpieszyć więc idę wolniejszym
krokiem, robiąc co chwile zdjęcia oraz popadając w zachwyt nad tym
wszystkim co mnie otacza. To czyste powietrze, wolność, świeżość
oraz pogoda! Urokliwie ciepło ze 25 stopni! Wszystko, wszystko tak
pięknie szkoda, że zdjęcia nie odzwierciedlają tego piękna, tej
przyrody. Czasami coś złapało się dobrego na zdjęciu, ale nie
wszystko.
Idziemy drogą, wzdłuż rzeki, za rzeką góry, obok
nas skały. Przerwy na nacieszenie oczu, zrobienie sobie zdjęć to
z tą to z tą górą. Idziemy dalej i dalej. Czas coraz bardziej
jakby się dłuży, robi się coraz cieplej...ale idziemy. Aż
patrzymy lodowiec jest coraz bliżej. Mijajmy pana mundurowego, który
utwierdza nas do lodowca ze 2 km-gruzińskie 2km nie oznacza 2 km :),
trzeba przejść przez most. Patrzę się most nad rwącą rzeką. Na
początku a pikuś co to dla mnie. Po czym jak weszłam na niego,
może będąc w połowie drogi most zaczyna się kołysać, wrażenie,
że rzeka płynie szybciej, zbiera się na wiatr... strach,
przerażenie w mych oczach ale i radość, że jestem w takim pięknym
miejscu a do tego mam takie widoki wkoło siebie! Most pokonany,
wspinamy się po skałach, idziemy przez las myśląc miały być 2
km a już idziemy chyba dłużej, ale pod górę, po skałach zawsze
dłużej. Przerwa na kolejne zdjęcia, nad rzeką na skałach. Fajne
miejsce, fajne widoki. I nasz cel coraz, coraz to bliżej. Mijamy
coraz więcej osób, czyli cel bliżej. Wchodzimy po skałach. Tak,
pierwszy raz wspinam się po skałach, gdybyście widzieli moją minę
i przerażenie w oczach. Boję się, bo mam adiday, boję się bo
kolano, a kamyki uciekają mi spod nóg. Kilka razy stopa gdzieś
grzęźnie w szparze...ale nie tracę odwagi. Połowa drogi za nami,
lodowiec widać coraz bardziej i lepiej widoczny. Przerwa. Chęć
pozostania w tej bliższej połowie drogi i chęć rzucenia tego, że
już nigdzie nie idę... ale schodzimy bardziej nad brzeg rzeki gdzie
czuję się trochę bezpieczniej więc idę dalej. Popadam w zachwyt
nad tym co widzą moje oczy. Przede mną otwiera się sam lodowiec!
Mój cel. Mój wielki Mount Everest! Jeśli tak właśnie wygląda
droga na Mount Everest to ja zdobyłam swój, bo jak kiedyś ktoś
mądry powiedział: Każdy człowiek został stworzony, aby zdobyć
swój Mount Everest! Ja właśnie go zdobyw(ł)am. Tym sposobem po
wielu trudach, bólach, zachwytach dotarłyśmy do naszego sobotniego
celu. Cudowne uczucie! Czasami się poddajemy i upadamy, ale
najważniejsze to podnieś się po tym upadku i iść dalej!
W
drodze powrotnej, z wielkim trudem i bólem kolana wracamy.
Dziękujemy jednemu kierowcy, który się zatrzymał aby nas zabrać
na stopa /stało się to w momencie, kiedy powiedziałam „a może
wracamy na stopa do Mestii” po czym nie upłynęły 2 minuty i
samochód się zatrzymuje. Śmiać mi się chciało i stwierdziłam,
że Ktoś ma dobre poczucie humoru :)!/ idziemy dalej, spotykamy
polaków chwila rozmowy i następny samochód się zatrzymuje tym
razem ciężarówka już nie dziękujemy a korzystamy. Kierowca miły
daje nam nawet gruzińską ZIMNĄ fantę- moje wybawienie!
I tym
sposobem szybszy powrót do hostelu z zapasem jogurtu na kolację
zapełniamy się i padamy ze zmęczenia można powiedzieć. Wyruszamy
jeszcze na chwilkę później na chlubę swanetii czyli kubdari-
rodzaj chyba chaczapurii, ale mi nie przypadło szczególnie do
gustu.
Na niedzielę plan może Ushguli, może kolejna góra.
Chociaż moje kolano mówi dość gór. Chyba mówiło bardzo głośno,
bo pogoda zrobiła się bardzo zła, zaczęło padać już w nocy i o
poranku aż do 11 kiedy opuszczałyśmy Mestię marusztką padało
więc może i lepiej. Długa, długa droga do Zugdidi, ale już z
mniejszym strachem, chwila przestana, chwila zachwytu. W Zugdidi
kawa, przejście ok 4 km i łapanie stopa do Narazeni z racji tego,
że miałyśmy prawie 3 godz czasu do marszutki ta opcja wydała się
być najlepsza. I wiecie co – złapałyśmy na stopa zaraz 2
samochód, który przejechał tylko dlatego drugi, że ten 1 to był
transportowy na 2 osoby :).
Po bardzo długim i wyczerpującym
weekendzie czuje się bardzo szczęśliwa bez względu na ból mojego
kolana... to szczęścia moc z powodu dobrych zdjęć, pogody, gór,
widoków i chwil.
Oh i ah góry!:)
/sorry za
długość notki, ale i tak starałam się skarać jak się
da...chociaż może ktoś dotrwa do końca jej i przeczyta całość.
Tej osobie gratuluję:)/