czwartek, 19 września 2013

Podróżujemy dalej...


Krótko i na temat ponieważ „..czas goni nas goni nas cały czas...”
Jedziemy na artystyczny projekt do Kobuletii (morzeeee:)!) na 4 dni (nie pytajcie, bo nie wiem nic prawie, prócz tego, że to Artystyczny Projekt) no a już 25 września ląduje w Tibilisi na szkoleniu aż do końca września tak więc prawdopodobnie notek przez ten czas nie będzie i nie wiem jak będzie z dostępem do neta, ale jestem pod telefonem gdyby coś- chyba skończyła mi się kasa, ale spróbuje załatwić doładowanie :)

Macie akcent muzyczny na dziś specjalny dla mnie w tym wyjątkowym dniu - dzięki za wszystkie przejawy dobrych słów:) :
http://www.youtube.com/watch?v=H0Kw6uyNM7E
"...A z marzeń czerpię wciąż siłę nową. Gdy czarne chmury wiszą mi nad głową. realizuję mój plan, łapię w skrzydła wiatr..."

Tak więc udanego czasu, bo ja liczę na bardzo udany pod względem zdjęciowym :)!

wtorek, 17 września 2013

Mestia- love moje:)




Jeden weekend morze a w drugi góry!
Oh i ah wiecie jak się cieszę z tego powodu, że udało nam się pojechać w góry i zobaczyć te miejsca z bliska nie tylko z daleka. Takie widoki, takie lodowce, takie fajne miejsca. Może zacznę od początku by uporządkować trochę tą notkę, bo tak to będzie chaotycznie i dla niektórych co nie mieli relacji od razu może być problem by nadążyć za moim tokiem myślenia.
Przygoda zaczęła się w piątek ok godz. 14.30 kiedy to gotowi do boju a raczej podboju Mestii usiadłyśmy wygodnie w marszutce (tutejszy bus- kierowcy szaleńcy) z zapasem wody, owoców wyruszamy na odległość ok 130km w góry po serpertynach górskich (coś w stylu drogi na kubalonkę) tylko tutaj stanowczo bardziej niebezpiecznie a do tego po jednej stronie skalna półka a po drugiej rwąca rzeka, Momentami miałam chwile, że nie wiedziałam czy mam zamykać oczy, płakać, modlić się o życie czy lepiej jakoś wyskoczyć na zewnątrz i pójść może piechotą. Na prawdę droga jest straszna. Czasami dziura a kierowcy momentami rozwijają szalone prędkości. Naprawdę jeżdżą tutaj bardzo, bardzo szybko to musicie przeżyć na własnej skórze- polecam! Jednak nie wysiadłam po drodze. Obserwując dalej zachwycające widoki naprawdę robiły one wrażenie! Takie, że aż chciało by się tylko siedzieć i patrzeć i patrzeć... No przydalibyście się Wy do towarzystwa by móc z Wami usiąść, wziąć wino i patrzeć na te krajobrazy „szczęście jest tylko wtedy prawdziwe gdy się nim dzielimy!”
Wracając do dalszej drogi to po jakiś 3 godz jazdy szybkiej i zaskakującej, kierowca zatrzymał nam się blisko naszego hostelu, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg oraz zadzwonił do Rosy, aby powiadomić, że już jesteśmy i nadchodzimy. Fajnie, że się tak tu o ludzi martwią i są tacy gościnni. Zostaliśmy miło powitani. Szła nas do Rosy 4 osobowa drużyna z marszutki: ja, Marketa oraz dziewczyna z Ukrainy i chłopak z Belgii (prawdopodobnie byli parą, albo byli w jakiś sposób związani ze sobą bo jednak podróżowali razem).
Po szybkim ulokowaniu się w pokoju czas wyruszyć na spacer po miasteczku. Tak też więc ruszyłyśmy, z górki łatwa sprawa, pierwszy postój to informacja turystyczna w celu zasięgnięcia rady, na którą górę ile czasu może zająć nam wejście tak więc do lodowca dojście 3 godz w jedną oraz 3 godz w drugą. Zaopatrzone w taką wiedzę postanowione w sobotę idziemy w góry zobaczyć lodowiec z bliska. Dalsza trasa chodzenia po Mestii to pozaglądanie w jakieś kąty i znalezienie odpowiedniej trasy by z rana nie błądzić. Rzut oka na kilka fajnych widoków kilka zachwytów nad tym wszystkim i zakup gruzińskiego ciepłego chleba. Razem z tym chlebem idziemy sobie dalej i dalej oglądając to tu to tam fajne miejsca. Stojąc przy mapie Mestii poznajemy Zazę gruzina, który zaprowadza nas do miejsca niesamowitych widoków oraz przechodząc przez uliczki, które przypominają mi te z Asyżu poniekąd również pod górkę /tylko Was brakowało/ dotarłyśmy do miejsca, z którego widok niesamowity (może to dziwne, ale tu wszędzie widoki były niesamowite i takie zachwycające!). Takie wieże obronne jest ich wiele w Mestii, jak i bliskiej okolicy, które stanowią jakieś wioski stanowiące całość z Mestią (nazw nie pamiętam więc nie powiem Wam żadnej z nich...). Tym sposobem piątek zakończony został wspaniałym spojrzeniem na zatopiony w zachodzie słońca jeden ze szczytów pokrytych już śniegiem. Wieczorem chwilka rozmowy na skypie z rodzinką i czas spać, bo już w sobotę rano wyruszamy!
Tak, więc po obfitym śniadaniu- jeśli jeszcze nie wspominałam to w gruzji je się bardzo obfite śniadania. Sobotnie składało się z małych naleśników, jajecznicy z serem oraz kaszy + dodatkowo był chleb a na drogę dostaliśmy jabłko(pyszne!), Więc zaopatrzone w owoce, naładowane baterię, dobre humory wyruszamy w 3 godzinną podróż po drodze zahaczając o sklep by zakupić dobrą wodę do picia. Idziemy sobie patrząc na góry po prawej, po lewej, przed nami jak i za nami..Wiecie jak fajnie być otoczonym górami, pięknymi, wysokimi górami, pokrytymi lasami a co niektórymi szczytami zakrytymi w śniegu. Marzenie! Z racji tego, że będąc w takich miejscach nie lubię się śpieszyć więc idę wolniejszym krokiem, robiąc co chwile zdjęcia oraz popadając w zachwyt nad tym wszystkim co mnie otacza. To czyste powietrze, wolność, świeżość oraz pogoda! Urokliwie ciepło ze 25 stopni! Wszystko, wszystko tak pięknie szkoda, że zdjęcia nie odzwierciedlają tego piękna, tej przyrody. Czasami coś złapało się dobrego na zdjęciu, ale nie wszystko.
Idziemy drogą, wzdłuż rzeki, za rzeką góry, obok nas skały. Przerwy na nacieszenie oczu, zrobienie sobie zdjęć to z tą to z tą górą. Idziemy dalej i dalej. Czas coraz bardziej jakby się dłuży, robi się coraz cieplej...ale idziemy. Aż patrzymy lodowiec jest coraz bliżej. Mijajmy pana mundurowego, który utwierdza nas do lodowca ze 2 km-gruzińskie 2km nie oznacza 2 km :), trzeba przejść przez most. Patrzę się most nad rwącą rzeką. Na początku a pikuś co to dla mnie. Po czym jak weszłam na niego, może będąc w połowie drogi most zaczyna się kołysać, wrażenie, że rzeka płynie szybciej, zbiera się na wiatr... strach, przerażenie w mych oczach ale i radość, że jestem w takim pięknym miejscu a do tego mam takie widoki wkoło siebie! Most pokonany, wspinamy się po skałach, idziemy przez las myśląc miały być 2 km a już idziemy chyba dłużej, ale pod górę, po skałach zawsze dłużej. Przerwa na kolejne zdjęcia, nad rzeką na skałach. Fajne miejsce, fajne widoki. I nasz cel coraz, coraz to bliżej. Mijamy coraz więcej osób, czyli cel bliżej. Wchodzimy po skałach. Tak, pierwszy raz wspinam się po skałach, gdybyście widzieli moją minę i przerażenie w oczach. Boję się, bo mam adiday, boję się bo kolano, a kamyki uciekają mi spod nóg. Kilka razy stopa gdzieś grzęźnie w szparze...ale nie tracę odwagi. Połowa drogi za nami, lodowiec widać coraz bardziej i lepiej widoczny. Przerwa. Chęć pozostania w tej bliższej połowie drogi i chęć rzucenia tego, że już nigdzie nie idę... ale schodzimy bardziej nad brzeg rzeki gdzie czuję się trochę bezpieczniej więc idę dalej. Popadam w zachwyt nad tym co widzą moje oczy. Przede mną otwiera się sam lodowiec! Mój cel. Mój wielki Mount Everest! Jeśli tak właśnie wygląda droga na Mount Everest to ja zdobyłam swój, bo jak kiedyś ktoś mądry powiedział: Każdy człowiek został stworzony, aby zdobyć swój Mount Everest! Ja właśnie go zdobyw(ł)am. Tym sposobem po wielu trudach, bólach, zachwytach dotarłyśmy do naszego sobotniego celu. Cudowne uczucie! Czasami się poddajemy i upadamy, ale najważniejsze to podnieś się po tym upadku i iść dalej!
W drodze powrotnej, z wielkim trudem i bólem kolana wracamy. Dziękujemy jednemu kierowcy, który się zatrzymał aby nas zabrać na stopa /stało się to w momencie, kiedy powiedziałam „a może wracamy na stopa do Mestii” po czym nie upłynęły 2 minuty i samochód się zatrzymuje. Śmiać mi się chciało i stwierdziłam, że Ktoś ma dobre poczucie humoru :)!/ idziemy dalej, spotykamy polaków chwila rozmowy i następny samochód się zatrzymuje tym razem ciężarówka już nie dziękujemy a korzystamy. Kierowca miły daje nam nawet gruzińską ZIMNĄ fantę- moje wybawienie!
I tym sposobem szybszy powrót do hostelu z zapasem jogurtu na kolację zapełniamy się i padamy ze zmęczenia można powiedzieć. Wyruszamy jeszcze na chwilkę później na chlubę swanetii czyli kubdari- rodzaj chyba chaczapurii, ale mi nie przypadło szczególnie do gustu.
Na niedzielę plan może Ushguli, może kolejna góra. Chociaż moje kolano mówi dość gór. Chyba mówiło bardzo głośno, bo pogoda zrobiła się bardzo zła, zaczęło padać już w nocy i o poranku aż do 11 kiedy opuszczałyśmy Mestię marusztką padało więc może i lepiej. Długa, długa droga do Zugdidi, ale już z mniejszym strachem, chwila przestana, chwila zachwytu. W Zugdidi kawa, przejście ok 4 km i łapanie stopa do Narazeni z racji tego, że miałyśmy prawie 3 godz czasu do marszutki ta opcja wydała się być najlepsza. I wiecie co – złapałyśmy na stopa zaraz 2 samochód, który przejechał tylko dlatego drugi, że ten 1 to był transportowy na 2 osoby :).
Po bardzo długim i wyczerpującym weekendzie czuje się bardzo szczęśliwa bez względu na ból mojego kolana... to szczęścia moc z powodu dobrych zdjęć, pogody, gór, widoków i chwil.


Oh i ah góry!:)

/sorry za długość notki, ale i tak starałam się skarać jak się da...chociaż może ktoś dotrwa do końca jej i przeczyta całość. Tej osobie gratuluję:)/

czwartek, 12 września 2013

Komar tu, komar tam... a nie widać go.!

Z cyklu przerażające!
To nawet nie chodzi o zwyczaje jakie panują w Gruzji, bo to temat na osobną notkę i ciągle jest modyfikowana by mogła ujrzeć światło dzienne i dostać się do publikacji.
Możecie wierzyć lub nie… lecz w Gruzji też są KOMARY! Jest tu ciepło, nie ma blisko wody a są i to w ilości sama nie wiem jakiej.
Sam fakt, że są nie jest tak drastyczny jak to, że gryzą tylko mnie. Nikt nie jest pogryziony tylko ja. Moje nogi, ręce i nawet twarzy mi nie szczędzą. Śpię w długich spodniach, jestem przykryta, mam nawet skarpetki na nogach a one i tak potrafią się przebić przez wszystkie warstwy by rano obudzić się z kolejnym bąblem, w którymś miejscu mojego ciała. Gryzą obok siebie, wszędzie. Mam nie jednego bąbla a od razu ze 4  w jednym miejscu. Nie będę uwieczniać tego jak bardzo strasznie to wygląda musicie mi uwierzyć na to słowo pisane.
Najgorsze w tym wszystkim, że usłyszałam tylko jednego i tylko pierwszej nocy. A sprawdzam pokój codziennie i tak naprawdę nigdzie nie mogę znaleźć żadnego komora, który by mógłby mnie 

zjeść. 
Tym o to łatwym sposobem stałam się łatwą, bo wieczorami padam ze zmęczenia ponieważ mój mózg musi wiele się wysilić by nadążyć nad angielskim oraz gruzińskim co jest dla niego trudne i zostaje zaatakowana przez nie wiem ile osobników, które polubiły bardzo moją krew.
 /Tutaj może zaznaczę śpię długo, bo do nawet 9 rano! Więc przy trybie chodzenia spać o 22 z braku dostępu do Internetu, jest to bardzo duża ilość snu jak dla mnie, ba za długa czasami lecz ja lubię spać i mi to nie przeszkadza :)/
 Dlaczego tylko moją mogę przypuszczać, że przez tego kota, który pożarł połowę mojej bułki, a którego uwielbiam! Nie przypuszczałam, że polubię jakiegoś kota małego kota tak bardzo jak tego uparciucha jest naprawdę cudowny! Czy da się odmówić takim małym słodkim oczom :)?

wtorek, 10 września 2013

Konferencje międzynarodowe- da się!

Ah konferencje, konferencje skypowe Polsko-Norwesko-Gruzińskie. Da się? Da się!:)
Dzięki za wspieranie i te rozmowy chociaż w kryzysowej sytuacji biletowej, ale się i tak też da. Oby następna nasza konferencja była mniej krytyczna a bardziej pozytywna i optymistyczna :)

Gdyby ktoś potrzebował to aktualnie jestem pod gruzińskim nr telefonu:
+995 555-253-475
Jednak polecam się na skype: gabrysia_o


poniedziałek, 9 września 2013

First week...


Trochę to trwało, żeby udało mi się pozbierać do napisania notki jako pierwsze wrażenie -Gruzja. Jak wiadomo pobyt w nowym miejscu, z nowymi ludźmi, językiem jest ogromnym przeżyciem jak i dobrą przygodą.
Dla mnie pierwszy dzień był chęcią rezygnacji i szybkiego powrotu do domu. Stres, pierwsza podróż samolotem, nowe miasto, ludzie i jakieś dziwne wrażenie „nie nadajesz się tu”. Dużo, dużo jedzenia już na sam początek. Przekonywały, że to zbyt wiele do pokonania dla mnie i że, naprawdę lepiej wrócić. Z dnia na dzień zaczynam się przyzwyczajać do panujących tu obyczajów jednak jest to bardzo trudne. Gdy już cieszę się z dobrej pogody, którą można wykorzystać to brakuje dojazdu do miasta jak i również internetu by było łatwiej się kontaktować oraz, że nie ma Was tutaj bo z Wami wszystko można było szybko zorganizować. Tak dobija mnie aktualnie fakt internetu tylko od pon-pt w godz. od 10-17 (lub krócej) i do tego czasu lokalnego czyli 8-15 czasu polskiego gdzie większość z Was jest poza domem jak normalni ludzie i, że nie mogę porozmawiać z rodzicami eh.. Dlatego jeśli macie czasem trochę czasu i ochoty to odzywajcie się do mnie na skypie, bo może akurat uda się nawiązać połączenie jak to udało się z Norwegią co z tego, że do góry nogami lecz nie przerywało! Dzięki za uratowanie humoru przed weekendem no i chwilę rozmowy, że się faktycznie da :)!
Pierwsze załamanie takie mocne już za mną, oby następnych nie było chociaż wiadomo tęsknota jest ogromna! Tylko Wasza świetna poduszka ratuje mnie wieczorami i jak się okazuje weekendami by móc zobaczyć Wasze uśmiechnięte buzie Nie wiem czy w ogóle jest w stanie przetrwać te 10 m-c, ale jak pomyślę ile ciepła od Was płynie to właśnie mnie parzy jak słońce, które wyszło nad Gruzją!
Dodatkowo pierwsze problemy żołądkowe- mój tata, do którego kieruję tutaj ogromne dzięki. Pamiętał o zabraniu węgla. Poratował mnie w sb bardzo!
Mija mi pierwszy tydzień wrażeń. Jako tako do roboty aktualnie wiele nie ma, ba prawie nic. Co poniekąd mnie cieszy, bo mogę pisać z Wami długo i dużo.
Zaczęłam naukę gruzińskiego. Uczy mnie i Markete (drugą wolontariuszkę) Esmena, jest to osoba, która pracuje w stowarzyszeniu lecz umie rosyjski a przy nas próbuje uczyć się angielskiego również więc tłumaczenia niektórych słów na około bywają bardzo zabawne.
Szczerze mówiąc cieszę się, że w Holandii w czasie wolnych chwil podciągnęłam sobie trochę pisownie alfabetu i kilka słów załapałam z tego języka, bo jest mi teraz dużo prościej poprawnie zapisywać te litery. Dostaliśmy również słownik z podstawowymi zwrotami angielsko-gruziński razem z zapisem fonetycznym, fajna spraw i bardzo ułatwia naukę.

Po tym pierwszym tygodniu myślę, że bycie wolontariuszem nie tyle polega na dawaniu co czerpaniu z kultury, języka oraz obyczajów danego kraju. Jak i bycie bardziej otwartym na to co daje życie. Byle wolontariuszem uczy życia bez wględu na długość czasu na jaki się jedzie, jest to dobra szkoła życia.!


PS zróbcie mi zrzutę na bilet do domu na święta a później wrócicie ze mną na sylwestra co:)?
Uczcimy wszystkie zaległe urodziny w ciągu kilku dni ;)

czwartek, 5 września 2013

Welcome Georgia!

Czas zacząć przygodę. Czas zacząć pisać z Gruzji.
Więc może zacznę od początku. W poniedziałek, gdy to dokonywało się wielkie pakowanie miałam ogromne trudności z zamknięciem walizki, nadal nie wiem jak to zrobiła moja mama, że weszło wszystko co miało się tak znaleźć /tutaj dziękuje mojej mamie za zapakowanie mnie-szacunek!/.
Zmierzając dalej już w kierunku lotniska pogoda nie sprzyjająca podróży ulewny deszcz… Moja pierwsza podróż samolotem na szczęście bez większych przygód prócz ulewnego deszczu, burzy i kilku miejsc turbulencji lecz jak to stwierdził Jarek, którego poznałam w samolocie „takie turbulencje to nie turbulencje” :D.
Wylądowaliśmy bezpiecznie i bezproblemowo na lotisku w Kutaisi, dostaliśmy pieczątki do paszportu (czad moja pierwsza pieczątka w paszporcie):D.
Złapaliśmy taxi – nie polecam, za drogo lecz moje zmęczenie oraz Jarka i Rafała sięgało zenitu nie chciało nam się szukać i czekać tym sposobem przepłaciliśmy. Podróż okazała się być niesamowitym przeżyciem! Sam widok krów, koni, świń, które chodzą sobie po ulicy tak po prostu i w ogóle się nie przejmują nadjeżdżającymi samochodami był bardzo niesamowity a za razem zaskakujący jak dla mnie. W czasie drogi nasz kierowca zatrzymał się w pewnym momencie przy jakimś sklepiku idzie po kubki i rozlewa nam wino własnej produkcji, wytrawne wino /nie lubię wytrawnych!/, ale to było dość dobre lecz zaznaczę może była godz. 7 rano a ja od poprzedniego wieczoru nic nie jadłam prócz paru ciastek na lotnisku więc naprawdę nie był to dobry pomysł na mój żołądek, lecz obyło się bez większych przygód :).
Ok. 8 rano dotarłam do Zugdidi na plac centralny. Jak na wczesną porę miasto puste, zero osób nikt się nie krząta to nie czas by wychodzić z domu tak wcześnie. Jednak w Gruzji stanowczo dzień zaczyna się później. Gdy dotarłam do miejsca chwilowego mego zamieszkania na wieś /nie pytaj o jej nazwę nie wiem/ plan był prosty prysznic, śniadanie i do łóżka lecz po obfitym śniadaniu. Tak śniadanie w Gruzji jem prawie godzinę i jest tego masa, nie umiem się przyzwyczaić, że prócz czegoś ciepłego są jeszcze kanapki i ciasto i sałatka i dużo, dużo jedzenia :). Po tym bardzo obfitym śniadaniu stwierdziłam, że jadę do Zugdidi bo będzie Internet i będę mogła z Wami popisać chwilę. Tym sposobem znalazłam się w biurze stowarzyszenia i poznaje osoby i spędzam tu czas do ok. 17 lub ciut dłużej.
Aktualnie nic konkretnego nie robimy lecz myślę, że im się czas będzie rozwijać to będą konkrety. Na razie tylko była prezentacja na temat swojego kraju i miasta do wykonania /dzięki Sylwia za pomoc z tym!/, którą dzisiaj prezentujemy.

Tak więc kolejna notka o mym stanie i pierwszych wrażenia moich i tęsknocie, będzie niebawem.

poniedziałek, 2 września 2013

Ahoj przygodo!

wyruszam w drogę daleką drogę
trwać niby bezpiecznie już dłużej nie mogę
chcę odkryć to co zakryte przede mną
chcę szukać tego choć może nadaremno
chcę poznać prawdę o sobie samym
kim jestem co robię tutaj między wami 
zostawiam wszystko co wspominam najmilej
bo choć ważne było to tylko na chwilę
porzucam to co było najciekawsze
bo cieszyło mnie jednak nigdy na zawsze


kiedy wrócę tu jeśli wrócę kiedyś
jeśli znajdę to po co szedłem wtedy
jeśli zapytacie to odpowiem wam
żyję kocham ufam i prawdę już znam


udaję się sam na najwyższy szczyt
gdzie nie ma półprawd i nie przetrwa mit
gdzie wszystko widać od góry w dół
gdzie ujrzę całość a nie prawdy pół 
spędzę w ogromnym lesie długie tygodnie 
zapomnę to co proste i wygodne 
gdy wszystkie demony podejdą blisko 
gdy cisza i ciemność przerośnie wszystko
wtedy pójdę dalej jeśli starczy mnie
tak trudno jest zbudzić się po długim śnie


kiedy wrócę tu jeśli wrócę kiedyś
jeśli znajdę to po co szedłem wtedy
jeśli zapytacie to odpowiem wam
żyję kocham ufam i prawdę już znam


Tak właśnie czas wyruszyć w podróż w nieznane. Tak długo oczekiwana i taka niesamowita przygoda. Przed wyjazdowo czuje się bardzo bardzo nerwowa i strasznie zestresowana. Nawet nie wiem w co ręce włożyć i co spakować by niczego nie zapomnieć. Lista rzeczy do zabrania ogromna a bagaż tylko 32kg. Chyba to jest ten moment w którym nauczę się pakować tak by zabrać to co ważne i potrzebne a by nie brać z nadmiarem...”zbiera się doświadczenie a nie rzeczy”.
Chociaż skąd mam wiedzieć co się przyda no za te 5 miesięcy :)?
Jednak tak naprawdę najważniejsze rzeczy zostały wykonane. Aparat jest, komputer działa, moje duchowe akumulatory naładowane a głowa pełna pomysłów!
Więc proszę Was o trzymacie kciuków, bo kolejne...

...Kolejne informacje już z Gruzji. Adios!



/bez odbioru!/