wtorek, 15 października 2013

Part 5- koniec na tą chwilę.

Koniec historii na tą chwilę taki:
Powróciłam do świata żywych. Z moim zdrowiem lepiej! Głowa ok. Ręka w miarę też. Śpię, nie chodzę na prochach ciągle. Jest ok.
Dzięki wszystkim za dobre słowo przez sms, fb, maila i w ogóle. Dzięki Wam było prościej mi przejść ten trudny czas.
Ogromny uścisk i dużo słońca dla Was!

sobota, 5 października 2013

Part 4- historii ciąg dalszy.


Cześć 4 opowieści trwa ciągle, więc może trochę objaśnię co się wydarzyło. Miałam iść do lekarza po raz 2, ale jednak nie dotarliśmy tam. Nie, że nie chciałam...ale Nana wyjechała, Olga również, więc słabo by było iść z tymi co nie mówią po angielsku a ja nie zrozumiem lekarza (bo pewnie gruzin, no) i mi nie przetłumaczą wszystkiego dokładnie. Ogólnie to nawet już marudzę tylko w środku siebie jak się fatalnie czuję, żeby już nikt nic mi nie powiedział (no i Dominice przez skype-dzięki za wsparcie od początku tej historii!)
Tak więc po ponad tygodniu przestało mi się w głowie kręcić i ból głowy nie jest taki przytłaczający (ale ciągle jest pulsujący tam w miejscu uderzenia, czasami też szumi i kręci się), ale kark daje nadal popalić w jakimś stopniu do tego ta moja ręka. Niektórzy wiedzą, że rok temu będąc w pracy sprawiłam sobie nie małe problemy z prawym barkiem, które trwały bardzo długo. Teraz ogarnia mnie trochę ten stan, że znów ręka zaczyna nie pracować zgodnie z moimi oczekiwaniami. Tym razem od upadku. W nocy najgorzej, bo momentami w ogóle jej nie czuję, znaczy budzę się w tym wielkim szoku co się dzieje z moją ręką. Jest strach, po prostu no. Tym bardziej, że powoli w ciągu dnia też dzieje się nie za dobrze. Mam problemy z utrzymaniem kubka lub książki w ręce, ale staram się dzielnie walczyć.
A na to wszystko moje gardło padło. Boli, boli, boli. Zaczyna mnie dusić, chrypać i w ogóle wiecie... Nie wiem czy to po prostu z tego padającego deszczu czy to może gdzieś od tych wszystkich stresów? Czuję się dosłownie „jak zdjęta z krzyża”! Dawno nie miałam takiego stanu ogólnego połamania fizyczno-psychicznego. Blech.
Z racji tego, że szefostwa nie ma to umówiłam się na rozmowę przez skype z Magdą moją koordynatorką wyjazdu z PL by ją w sumie poinformować o tym co się wydarzyło, bo nie chciałam opisywać tego w mailu oraz by się zapytać jak wygląda sytuacja np. powrotu na dalsze leczenie w PL i powrotu później do Gruzji znów. Mam od niej zielone światło i wszelkie poparcie. Powiedziała, że będzie mnie wspierać w tym. Że mam pogadać na początek jak najszybciej się da z Olgą koordynatorką moją tutaj w Gruzji i powiedzieć wszystko nawet o ręce, żeby tego nie zostawić tak, bo to nie ma sensu i męczyć się niepotrzebnie też nie warto. Chodzi też o zadania, które mogę otrzymać i nie być w stanie wykonać. Jeśli nadal będę chciała wrócić by skonsultować to wszystko z lekarzem w PL to mam najpierw mam pójść skonsultować się z lekarzem tutaj lokalnym kiedy mogę lecieć by nie było jakiś niespodziewanych problemów w czasie drogi. Tym bardziej, że ostatnio mam wysokie ciśnienie. A wiecie jak to poznaje się a po tym, że głowa boli z tyłu. To właśnie ból z tyłu jest od zbyt wysokiego ciśnienia. Dlatego też Magda nawet zrozumiała moje obawy podróży samolotem przy zbyt wysokim ciśnieniu chyba bym im tam na zawał zeszła... Tego to nie mam zamiaru zrobić, bo chce żyć i z Wami spędzać świetnie czas.
Tak więc nie wiem co się wydarzy i jeszcze może okazać się, że wrócę do Was jeszcze w październiku na kilka- kilkanaście dni. Nie wiadomo co i jak jeszcze. Zobaczymy tak naprawdę po dalszych rozmowach i konsultacjach co wyjdzie.

Historia ciągnie się dalej....

czwartek, 3 października 2013

Part 3 - szpitale i bóle.... historia trwa dalej!

Część 3 tej opowieści opiera się na tym, że Marketa pojechała na szkolenie przyjazdowe do Tibilisi a ja umierając w bólach, zawrotach głowy poszłam dalej spać. Po czym ze snu zostałam na chwilę wyrwana by uświadomić resztę o tym co się dzieje ze mną i poinformowali mnie, że dzwonią po lekarza po czym nie przyswajając co się dzieje pogrążyłam się w dalszym śnie. Po godzinie chyba 10 pojawił się lekarz z pogotowia. Nie tak jak u nas przychodni tutaj nie ma tutaj ludzie idą do szpitala po prostu. Tak więc pojawił się lekarz oczywiście nawijając po gruzińsku, po czym przeszedł na skomplikowany dla mnie rosyjski – tak nie rozumiem gdy ktoś się na mnie nie patrzy i gdy ktoś mówi szybko! Więc ratowała mnie Olga albo Nana tłumaczeniami. Zmierzył mi ciśnienie i w tym rozsadzającym mnie bólu głowy się mnie pyta czy miałam kiedyś mierzone. Oczywista odpowiedź, że tak. A po chwili pyta to jakie miałam. Ja się nie zastanawiając odpowiedziałam w normie. /tutaj właśnie pierwsza rzecz nie spisuje sobie mojego ciśnienia, po 2 nawet nigdy mnie nikt nie pytał o jego wartość./ już nasuwała mi się odpowiedź w normie jak podaje literatura, ale nawet nie zdążyłam „ugryźć się w język” gdy oznajmiono mi, że dają mi zastrzyk w tyłek. Patrząc na panią, która bez rękawiczek chce mi go zrobić ogarnęło mnie ogromne, ogromne przerażenie wlepiłam moją głowę w poduszkę i na pytanie Olgi nie lubisz zastrzyków? Odpowiedziałam, że nie. Już nie chciałam wnikać w temat rękawiczek i w ogóle. Po chwili zmierzyli mi temperaturę 38 i kazali wstać. Dobrze, że z jednej strony była Nana, z drugiej lekarz, z przodu ściana a za mną łóżko bo inaczej prawdopodobnie przewróciłabym się uderzając ponownie głową nie koniecznie lewą stroną. Tak więc po chwiejnych chwilach na nogach lekarz oświadczył musi zobaczyć to neurolog jedziemy do szpitala.  Więc wolno się przebrałam z pidżamy połowicznie rzecz ujmując nawet.  Wolno i wolniej zeszłam po schodach na sam dóóóóół. I usiadłam nie chcąc się z nich podnosić a tym bardziej nie podnosić głowy w górę. Gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawia się gruzińska karetka! Czujecie blusa. Jak ja w Polsce nigdy karetką nie jechałam tak tutaj w kraju szalonych kierowców każą mi wsiadać w karetkę! Jednak dla mojej głowy było wszystko obojętne, bo i tak się kręciła i tak bolała więc wsio. Jedziemy do szpitala w Kobuleti. Jakieś wejście od tyłu, na sali 1 osoba podłączają mnie pod aparaturę i Nana oraz Maya mówi mi, że kazali im wyjść. Zostaję tu sama. Światło szpitalne wali po oczach, nie rozumiem pań co coś między sobą gadają. Kij z tym. Przecież to nie ważne. Tylko po chwili jedna przychodzi z kolejnym zastrzykiem i mój  tyłek dostaje kolejne coś na głowę. Pojawia się pani neurolog pytając czy rozumiem angielski ja tak. Zadaje pytania w stylu: pamiętasz wszystko, PIŁAŚ COŚ? (jakby ludzie w Gruzji byli abstynentami), co się stało i masę innych szybkich pytań. Nie do końca kontaktując o co jej chodzi na mój ratunek pojawia się Nana tłumacząc jej co się stało więc i została już przy mnie. Sprawdzała moje czucie w rękach. Coś nie pasowało jej w prawej, ale nie powiedziałam jej, że ten bark, problem i w ogóle- no nie myślałam wtedy a teraz gdy piszę tą notkę po raz 3 moja ręka znów nie chce współpracować.
Po chwili znów pojawia się pani pielęgniarka oznajmiając mi 2 szpitalny zastrzyk po nim znów pojawia się pani neurolog pytając głowa boli? Boli. To znów po jakieś dłuższej chwili dostaję 3 zastrzyk, po którym Nana z długą listą oznajmia mi to Twoje jutrzejsze śniadanie. Nie myślałam, że będzie tego dużo więc się nie przejęłam nic a nic. Kiedy poszli do apteki po leki pojawia się ciekawy osobnik męski stary, ale miły. Mówi wolno i patrząc się na mnie po rosyjsku więc rozumiem co mówi. Nana wróciła idziemy na rtg znaczy ja jadę na wózku, bo chodzenie zabronione.  Stoję sobie, Maya stoli koło mnie trzyma to do zdjęcia – jedno foto na stojąco, każe mi się kłaść wolnoooo drugie foto. Gdzie w oczekiwaniu na zdjęcia wpadają z moim paszportem i pytają się mnie co oznacza miejsce mojego drugiego imienia.! W Gruzji chyba nie jest to popularne, bo ich zdziwienie z faktu drugiego imienia było duże. Maya próbuje rozładować moją nerwową atmosferę mówiąc: „ chodź włożymy głowy pod rentgena i będzie foto na facebooka :)”. Po czym przychodzi pan sympatyczny i mówi pokaż gdzie cię boli. No jak mi nacisnął na nawet nie wiem czy mam guza, ale jak mi nacisnął na ten magiczny punkt myślałam, że zejdę! Jakaś jazdaaaa. No, ale mówią wracamy na salę ja wracam z Mayą będąc nawigatorem, bo nie pamiętamy, gdzie dokładnie. Ja zapamiętałam, małą dziurę w kafli przed drzwiami i tym się kierujemy. Dojechałyśmy. Przychodzi Nana pokazując mi siatę lekarstw (niektórzy wiedzą nie na widzę tabletek, a połykanie ich to nie lada wyczyn dla mnie, ba raczej pogryzienie i połknięcie). Nie wiedząc co się dzieje mierzą znów ciśnienie i mówią hm jedziemy do Batumi na tomografię komputerową tak dla upewnienia. Więc jedziemy, już samochodem. Jakaś długa ta droga się mi wydaje… ciągnie się i ciągnie. Spać mi się chce, zimno mi się robi i ogólnie wiecie marzy mi się łóżko. Nie usnęłam w samochodzie, przeżyłam podróż. Lądujemy w kolejnym szpitalu a Batumi oglądam tylko z okna samochodu. Krótkie oczekiwanie idę na tomografię i każą czekać. Wychodzi Nana mówiąc wszystko ok, mózg, głowa. Po chwili lekarz pokazuje jest ok. A i tak ze mnie nic nie zeszło, bo jestem śpiąca i chce wracać, bo głowa boli….
Wróciliśmy, kazali iść zjeść coś. Niektórzy przychodzą i mówią martwiliśmy się, jak się czujesz. A ja chce tylko spać. Udało mi się wywalczyć drogę do górrry do łóżka. I poszłam spać.  Głowę mi rozsadzało, ale usnęłam.
I tak od środy aż do soboty w czasie projektu nie wstawałam tylko spałam i spałam. Jeden dzień wstałam w czwartek popołudniem na wystawę co skończyło się piątkowym umieraniem. Olga została ze mną i faszerowała lekami i zabawiała rozmową. Dopiero w piątkowy wieczór udało mi się na tyle pozbierać, że wstałam z łóżka po herbatę z pomocą Maya doczołgałam się do konferencyjnej usiadłam na balkonie i prawie spałam. Ogólnie śpię ciągle więc co się dziwić.
W sobotę był dzień wyjazdu głowa nawalała bólem, kręciła się. Ogólnie kręci się ciągle… jakimś cudem się spakowałam i walnęłam na łóżko spać powrotem obudzili mnie dopiero gdy musieliśmy opuścić hotel. Tak naprawdę na siłę wepchnęłam w siebie kanapkę z rana a jak się okazała popołudniem pół chaczapurii (z jajkiem-mniam!) od Nany, pochłonęłam tabletki i chciało mi się spaaać. Więc i spałam trochę w drodze do Zugdidi gdzie wylądowałam już w domu Esmy, która faszeruje mnie wszelkimi lekami oraz nie mam tylko 1 parę czystych skarpetek aktualnie, no już przeprałam 2 ale wiecie….wszystkie ciuchy są u Nany w domu, bo to u mniej mieszkałyśmy ten 1 miesiąc. /Już mam wszystkie rzeczy w Zugdidi więc ten punkt jest edytowany/
Podsumowując to wszystko mogę rzecz mój stan z rana ok w późniejszym czasie okazuje się zły. Po tabletkach śpię. Czuję się jakbym się naćpała. Jest mi głupio, bo jestem problemem dla wszystkich i rozwalam dzień każdemu. Ogólnie popadam w straszną depresję z powodu mego stanu, chce do domu, chce do mojego łóżka, chce do mojej mamy, chce do Was!
I powtarzanie „everythink wiil be ok.” powoduje pogłębienie mego tragicznego stanu więc proszę unikać tych formuł dopóki mój mózg nie zacznie pracować w trybie normalnym, bo na razie to jest na awaryjnym.
Tęsknie.
Część 4 notki będzie w dalszej części programu, bo historia jednak trwa dalej a notkę napisałam w poniedziałek a dziś już czwartek więc wiecie…

PS czy jadła(e)ś kiedyś kanapkę z dżemem-śmietaną-dżemem? Musicie tego spróbować, jest mega. To nawet aktualnie pobija kanapki z serem i dżemem!^^

środa, 2 października 2013

Part 2- projekt Kobuletii

Projekt w Kobuletii „Crossroad of culture” 20-28.09, w który dla mnie miał trwać od 20-25.09 a skończyło się jak się skończyło o tym w części 3, która jutro.
Wracając do projektu. Artystyczny projekt, w którym uczestniczyły 4 kraje: Armenia, Gruzja, Łotwa, Turcja oraz Polski i Czeski dodatek. Celem projektu były 2 wystawy-jedna w Kobuleti a druga w Batumi prac osób, które na niego przyjechały. Plan był ułożony na 4 dni. Coś po malują, coś opowiemy im o YIA (czyli „Młodzież w działaniu”), coś o stowarzyszeniu Merkurii im przedstawią, w coś pogramy, zrobimy jedną wycieczkę i następne dni będą szykować wystawę a my będziemy na szkoleniu. Plan zasadniczo dobry, bo taki jednoczący grupę oraz powodujący to, że trzeba się wymienić doświadczeniami oraz jakąś znajomością czegoś. Próbą komunikacji. Więc czas zaczynać. 1 kolacja wiadomo wszyscy we swoich znajomych grupach, żadnych wykluczeń, wszyscy między sobą. A wieczorem czas się poznać. Pierwsze przedstawienie najważniejszych osób, pierwsza gra i pierwsze wrażenia. Dla mnie dobre. Robię sobie zdjęcia, nie każą mi się wysilać jest ok jak na stan – kac morderca męczy nadal. Więc jak tylko wieczór się kończy uciekam z konferencyjnej pod szybki prysznic i idę spać a o poranku śniadanie dopiero o 9. Więc pełen luz, relaks i wszystko! Multum czasu z rana. Następnie wpadamy na kolejną integrację grupy. Kolejne jakieś gry. Wszystkie znane dla mnie, tylko np. pod innymi nazwami albo trochę pod innymi regułami. Nadal sobie robię zdjęcia, robię zdjęcia. Czas na przerwę. Pierwsze wymiany zdań pomiędzy innymi uczestnikami. Gdzie poznaję Maye (jest gruzińką, nie maluje tylko tłumaczy krytyka sztuki gruzińskiego (taki starszy dziadek, fajny człowiek jak się okazuje później:)). Po tej krótkiej przerwie, kolejna jakaś gra i wyczekiwany przez wszystkich lunch! Oh jedzenie. Po każdym obfitym śniadaniu nawet nie chce mi się za bardzo jeść obiadów tutaj, więc na tym projekcie na śniadania jadłam mniej. Dużo mniej, no! A po lunchu pierwszy czas na rysowanie. Oni rysują ja sobie dalej robię zdjęcia. Takie skupienie i w ogóle wiecie. No coś niesamowitego to było robić im foty. Niektóre naprawdę mi się podobają, a trudno było im zrobić dobrą, bo artyści to ciężki orzech do fotografowania. I tak sobie malowali, malowali aż do kolacji. A po kolacji pierwszy wieczór narodowy- Armenia się podjęła tego wyczynu. Dostaliśmy Armeńskie jedzenie i coś tam poopowiadali. W sumie nie pamiętam za wiele. Prócz tego, że siedzieliśmy razem z Armanem z Armenii, który tłumaczył coś więcej na temat swojego kraju. Tutaj był pierwszy dłuższy mój gruziński dzień gdzie nie poszłam spać o 22 a prawie o 1 w nocy, więc zrobiło różnicę.
Na następny dzień plany oczywiście na kolejne gry i zabawy, by trochę ich rozruszać, ale nasz mistrz mr Gia powiedział nie to artystyczny projekt i mają malować, malować, malować. Więc rzecz ujmując po ludzku ja mam dzień wolny, jestem nad morzem. Pogoda była zmienna, ale wartało się ruszyć i pójść zobaczyć na morze, na plażę ah fajnie, fajnie tu być… więc trochę im fot porobiłam a resztę przesiedziałam na necie, pochodziłam sobie po okolicy i w sumie się nie wysilałam, bo po co. A wieczorem inwencję twórczą przejęła Turcja! Oh co za wieczór. Dostaliśmy magnezy, płytkę, jaką mapę od nich. Zrobili wspaniałą prezentację na temat swojego kraju i ogólnie bardzo się postarali i mnie miło zaskoczyła ich inwencja twórcza tego dnia! Pokazali jak się można dobrze z nimi bawić. Niektórzy próbowali się uczyć tańców tureckich, jeden In nawet zaczął dobrze wychodzić trzeba przyznać więc i ten wieczór skończył się dość późno. Szybkie zrzucenie zdjęć na kompa i znów pójście spać ok. północy (oh polubiłam to:)).
Kolejny dzień- tak malują. A my idziemy w miasto załatwić sobie bilety do Tibilisi, bo tutaj w Gruzji po prostu płacisz przy wysiadaniu, nie dostajesz biletu bo po co. Nikomu to nie jest potrzebne. A nam bilet potrzebny, aby zwrócili nam koszty przejazdu. Poszła z nami Maya, bez której prawdopodobnie nic by nam się nie udało załatwić. A tak to ustalone z kierowcą, że o 8 w środę będzie czekać pod hotelem na nas z naszymi biletami. Szczęśliwie wracamy na lunch. Pogoda tego dnia nie zachwycała, ale momentami udawało się słońcu przebić przez ciemne chmury. Tym razem wieczór należał do Łotyszów. Przygotowali jedzenie, gry, prezentację animowaną o powstaniu Łotwy, jakąś bajkę.  Pograliśmy trochę by się nie zasiedzieć. Więc po uroczym kolejnym 3 wieczorze, uciekłam do pokoju zgrać zdjęcia i iść spać bo następnego dnia…
Wyruszyliśmy do Parku Narodowego! Ah fajnie. Wreszcie nie malują, wreszcie coś zobaczymy. Pięknie tam! Szliśmy do wodospadu jakiegoś. Dla mnie wyglądało to jak taki mega genialny górski wodospad – zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Ale droga do niego była długa, mokra, błotniska, z rzeką po drodze, którą pokonywałam chyba jak większość bez butów w lodowatej górskiej wodzie. Robiło wrażenie. Wiadomo jak droga długa i męcząca to musi czekać piękna nagroda i taki też był ten wodospad. Wróciliśmy trochę inaczej w dół gdzie czekała na nas tym razem gruzińska supra. Dużo wina, jedzenia i  wszystkiego! Pysznego jedzenia, wina tylko spróbowałam,bo no nie chciałam powtórki mieć z moich urodzin a do tego droga do Kobuleti wiodła trochę krętymi leśnymi, wąskimi ścieżkami. W czasie naszego dobrego wieczoru zaczęło padać… Nie fajnie. Droga do hotelu wydawała się strasznie długa a mi marzyła się już tylko gorąca herbata i łóżko, bo dostałam dreszczy. Było mi ciągle zimno.
Tak więc po powrocie udałam się do konferencyjnej gdzie ku mojemu zaskoczeniu trochę osób się nazbierało w celu wypicia właśnie magicznego trunku zwanego gorącą herbatą, posileniu się dobrym słodkim ciastkiem i pogadaniu.
Za oknem rozpętała się prawdziwa nad morska burza. Takiego sztormu jeszcze nie widziałam. Drzwi balkonowe się otwarły naleciało wody na podłogę, zalało kilka prac. Mówiąc naleciało wody na podłogę nie przypuszczałam, że jest to ogromna kałuża wody. Z myślą, jest burza mogą wyłączyć prąd, pójdę podładować telefon… poślizgnęłam się i upadłam uderzając silnie głową o posadzkę z kafelek
Głowa zaczęła boleć a świat wirować i tylko się pytali czy coś mam złamane czy tylko ta głowa. Tutaj właśnie okazało się, że mr. Gia jest świetny facet usiadł naprzeciwko mnie mówiąc wolnym rosyjskim, pokazując umiałam się z nim dogadać. Nie krzyczał tylko mówił, wolno. W tym momencie strasznie go polubiłam. Siedziałam długo w mokrych rzeczach, aż nie opanowałam na tyle zawrotów aby móc wstać i iść z pomocą chyba 5 lub 6 osób do pokoju... gdzie położyli mnie spać a o poranku miałam jechać do Tibilisi, do którego jednak nie dojechałam tylko zwiedzałam gruzińskie szpitale.
O bólu, szpitalach, zdjęciach w części 3 opowieści.


Part 1- 23 urodziny!

Stwierdzam właśnie leżąc kolejny dzień w łóżku, że to dobry moment na napisanie 3 następnujących po sobie notek i składających się w jedną całość.
Jak wiadomo były 23 urodziny wersja gruzińska, projekt Kobuleti oraz miało być szkolenie w Tibilisi zamienione na 2 wizyty szpitalne. Więc może po kolei...
nie wszyscy pewnie wiecie jak skończyły się moje urodziny, ale większość z Was wie jaki był prosty plan : jechać nad morze, wziąć butelkę wina i się uchlać. Prawie, że się to spełniło prócz tego morza, które było z lekkim opóźnieniem dzień później.
Wstaję sobie rano w ten niezwykły dzień, w  którym człowiek zaczyna myśleć ile mógł zrobić w ciągu ostatniego roku, ile zrobił i ogólnie wiecie zaczyna gdybać nad tym marnym życiem oraz jak to akurat w moim przypadku było planować co jeszcze można zrobić by za rok znów być gdzieś w niezwykłym miejscu, którego do dziś nie wymyśliłam :).
Tak naprawdę nawet nie powiedziałam nikomu, że mam urodziny, bo czym się chwalić nie. Zjedliśmy szybko śniadanie i ruszyliśmy do stowarzyszenia gdzie poczynając ostatnie przygotowania przed projektem odczytywałam sobie od Was wszystkie przejawy ciepłych i radosnych słów. Aż w pewnym momencie przychodzi do nas Nana stwierdzając oczywiście głośno i oficjalnie, że mam urodziny i się zaczęło…  Były życzenia, 3 razy sto lat, było dobre ciasto i stwierdzenie oficjalnie pijemy wieczorem. Tak więc aż zaczynam powoli się obawiać wieczora, bo nie mam za mocnej głowy, kiedy pije się szybko i dużo.
Nastąpił wieczór. Kolejne życzenia i czemu nie powiedziałam, bym miała prawdziwego tort a tak były pyszne naleśniki z jeszcze lepszym miodem (naprawdę uwielbiam tutaj miód, Gruzini mają wspaniały miód) oraz  z serem no i masa dobrych rzeczy i jeszcze większa ilość wina.
Kolejne sto lat: wersja gruzińska, rosyjska oraz czeska a polską sobie na yt odsłuchałam- przez połdnie. Tak to się nazywa imprezowanie w międzynarodowym gronie! Lało się wino i lało...
Aż w pewnym momencie się pytają czy wódkę pijemy i na stole ląduje czeska wersja śliwowicy! Dobrze, że nikt jej nie otwarł. W mojej głowie po tej ilości wina /ile wina to tylko wiadomość na priv/ zaczęło dobrze mi szumieć w głowie oraz czułam jak mój żołądek zaczyna się powoli buntować. Więc z myślą idę umyć twarz i idę spać wolnym i chwiejnym krokiem udałam się na górę. Gdzie docierłam nawet nie wiem jak! Po czym przebrałam się w pidżamę by powrócić szybko na dół do łazienki.  Na górę wróciłam tylko po ręcznik, telefon i kołdrę. Noc spędziłam na kanapie, z której miałam wszędzie blisko znaczy do łazienki blisko, z  którą przez wieczór bardzo się zaprzyjaźniłam.  Nana siedziała ze mną tak długo, aż mój żołądek się nie uspokoił. Dostałam obrzydliwej mineralnej wody, która dobra jest właśnie na jakieś takie problemy i usnęłam. Rano z racji tego, że już na 8 mieliśmy być w Zugdidi czyli wstawanie wczesne- ratunkiem chwilowym był prysznic, pakowanie, śniadanie i szybkie się ogarnięcie było trudne do zrobienia. W mojej głowie huczało, rozsadzało mi czaszkę z bólu, chciało się spać i suszyło tak strasznie szuszyło a tu przed nami była cała droga jakieś 1,5-2 godzin samochodem do Kobuleti.
A w Kobuleti było spełnienie mojego marzenia morze, plaża i cisza oraz ładna ciepła pogoda. Ot taki prezent na mój ból głowy tamtego dnia.
Tak dzień urodzin skończył się z wypełnionym poniekąd planem. Chociaż takiego kaca nie miałam dawno to nie żałuję żadnej chwili. 
A wieczorem oficjalnie zaczęliśmy projekt, o którym w następnej notce…


czwartek, 19 września 2013

Podróżujemy dalej...


Krótko i na temat ponieważ „..czas goni nas goni nas cały czas...”
Jedziemy na artystyczny projekt do Kobuletii (morzeeee:)!) na 4 dni (nie pytajcie, bo nie wiem nic prawie, prócz tego, że to Artystyczny Projekt) no a już 25 września ląduje w Tibilisi na szkoleniu aż do końca września tak więc prawdopodobnie notek przez ten czas nie będzie i nie wiem jak będzie z dostępem do neta, ale jestem pod telefonem gdyby coś- chyba skończyła mi się kasa, ale spróbuje załatwić doładowanie :)

Macie akcent muzyczny na dziś specjalny dla mnie w tym wyjątkowym dniu - dzięki za wszystkie przejawy dobrych słów:) :
http://www.youtube.com/watch?v=H0Kw6uyNM7E
"...A z marzeń czerpię wciąż siłę nową. Gdy czarne chmury wiszą mi nad głową. realizuję mój plan, łapię w skrzydła wiatr..."

Tak więc udanego czasu, bo ja liczę na bardzo udany pod względem zdjęciowym :)!

wtorek, 17 września 2013

Mestia- love moje:)




Jeden weekend morze a w drugi góry!
Oh i ah wiecie jak się cieszę z tego powodu, że udało nam się pojechać w góry i zobaczyć te miejsca z bliska nie tylko z daleka. Takie widoki, takie lodowce, takie fajne miejsca. Może zacznę od początku by uporządkować trochę tą notkę, bo tak to będzie chaotycznie i dla niektórych co nie mieli relacji od razu może być problem by nadążyć za moim tokiem myślenia.
Przygoda zaczęła się w piątek ok godz. 14.30 kiedy to gotowi do boju a raczej podboju Mestii usiadłyśmy wygodnie w marszutce (tutejszy bus- kierowcy szaleńcy) z zapasem wody, owoców wyruszamy na odległość ok 130km w góry po serpertynach górskich (coś w stylu drogi na kubalonkę) tylko tutaj stanowczo bardziej niebezpiecznie a do tego po jednej stronie skalna półka a po drugiej rwąca rzeka, Momentami miałam chwile, że nie wiedziałam czy mam zamykać oczy, płakać, modlić się o życie czy lepiej jakoś wyskoczyć na zewnątrz i pójść może piechotą. Na prawdę droga jest straszna. Czasami dziura a kierowcy momentami rozwijają szalone prędkości. Naprawdę jeżdżą tutaj bardzo, bardzo szybko to musicie przeżyć na własnej skórze- polecam! Jednak nie wysiadłam po drodze. Obserwując dalej zachwycające widoki naprawdę robiły one wrażenie! Takie, że aż chciało by się tylko siedzieć i patrzeć i patrzeć... No przydalibyście się Wy do towarzystwa by móc z Wami usiąść, wziąć wino i patrzeć na te krajobrazy „szczęście jest tylko wtedy prawdziwe gdy się nim dzielimy!”
Wracając do dalszej drogi to po jakiś 3 godz jazdy szybkiej i zaskakującej, kierowca zatrzymał nam się blisko naszego hostelu, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg oraz zadzwonił do Rosy, aby powiadomić, że już jesteśmy i nadchodzimy. Fajnie, że się tak tu o ludzi martwią i są tacy gościnni. Zostaliśmy miło powitani. Szła nas do Rosy 4 osobowa drużyna z marszutki: ja, Marketa oraz dziewczyna z Ukrainy i chłopak z Belgii (prawdopodobnie byli parą, albo byli w jakiś sposób związani ze sobą bo jednak podróżowali razem).
Po szybkim ulokowaniu się w pokoju czas wyruszyć na spacer po miasteczku. Tak też więc ruszyłyśmy, z górki łatwa sprawa, pierwszy postój to informacja turystyczna w celu zasięgnięcia rady, na którą górę ile czasu może zająć nam wejście tak więc do lodowca dojście 3 godz w jedną oraz 3 godz w drugą. Zaopatrzone w taką wiedzę postanowione w sobotę idziemy w góry zobaczyć lodowiec z bliska. Dalsza trasa chodzenia po Mestii to pozaglądanie w jakieś kąty i znalezienie odpowiedniej trasy by z rana nie błądzić. Rzut oka na kilka fajnych widoków kilka zachwytów nad tym wszystkim i zakup gruzińskiego ciepłego chleba. Razem z tym chlebem idziemy sobie dalej i dalej oglądając to tu to tam fajne miejsca. Stojąc przy mapie Mestii poznajemy Zazę gruzina, który zaprowadza nas do miejsca niesamowitych widoków oraz przechodząc przez uliczki, które przypominają mi te z Asyżu poniekąd również pod górkę /tylko Was brakowało/ dotarłyśmy do miejsca, z którego widok niesamowity (może to dziwne, ale tu wszędzie widoki były niesamowite i takie zachwycające!). Takie wieże obronne jest ich wiele w Mestii, jak i bliskiej okolicy, które stanowią jakieś wioski stanowiące całość z Mestią (nazw nie pamiętam więc nie powiem Wam żadnej z nich...). Tym sposobem piątek zakończony został wspaniałym spojrzeniem na zatopiony w zachodzie słońca jeden ze szczytów pokrytych już śniegiem. Wieczorem chwilka rozmowy na skypie z rodzinką i czas spać, bo już w sobotę rano wyruszamy!
Tak, więc po obfitym śniadaniu- jeśli jeszcze nie wspominałam to w gruzji je się bardzo obfite śniadania. Sobotnie składało się z małych naleśników, jajecznicy z serem oraz kaszy + dodatkowo był chleb a na drogę dostaliśmy jabłko(pyszne!), Więc zaopatrzone w owoce, naładowane baterię, dobre humory wyruszamy w 3 godzinną podróż po drodze zahaczając o sklep by zakupić dobrą wodę do picia. Idziemy sobie patrząc na góry po prawej, po lewej, przed nami jak i za nami..Wiecie jak fajnie być otoczonym górami, pięknymi, wysokimi górami, pokrytymi lasami a co niektórymi szczytami zakrytymi w śniegu. Marzenie! Z racji tego, że będąc w takich miejscach nie lubię się śpieszyć więc idę wolniejszym krokiem, robiąc co chwile zdjęcia oraz popadając w zachwyt nad tym wszystkim co mnie otacza. To czyste powietrze, wolność, świeżość oraz pogoda! Urokliwie ciepło ze 25 stopni! Wszystko, wszystko tak pięknie szkoda, że zdjęcia nie odzwierciedlają tego piękna, tej przyrody. Czasami coś złapało się dobrego na zdjęciu, ale nie wszystko.
Idziemy drogą, wzdłuż rzeki, za rzeką góry, obok nas skały. Przerwy na nacieszenie oczu, zrobienie sobie zdjęć to z tą to z tą górą. Idziemy dalej i dalej. Czas coraz bardziej jakby się dłuży, robi się coraz cieplej...ale idziemy. Aż patrzymy lodowiec jest coraz bliżej. Mijajmy pana mundurowego, który utwierdza nas do lodowca ze 2 km-gruzińskie 2km nie oznacza 2 km :), trzeba przejść przez most. Patrzę się most nad rwącą rzeką. Na początku a pikuś co to dla mnie. Po czym jak weszłam na niego, może będąc w połowie drogi most zaczyna się kołysać, wrażenie, że rzeka płynie szybciej, zbiera się na wiatr... strach, przerażenie w mych oczach ale i radość, że jestem w takim pięknym miejscu a do tego mam takie widoki wkoło siebie! Most pokonany, wspinamy się po skałach, idziemy przez las myśląc miały być 2 km a już idziemy chyba dłużej, ale pod górę, po skałach zawsze dłużej. Przerwa na kolejne zdjęcia, nad rzeką na skałach. Fajne miejsce, fajne widoki. I nasz cel coraz, coraz to bliżej. Mijamy coraz więcej osób, czyli cel bliżej. Wchodzimy po skałach. Tak, pierwszy raz wspinam się po skałach, gdybyście widzieli moją minę i przerażenie w oczach. Boję się, bo mam adiday, boję się bo kolano, a kamyki uciekają mi spod nóg. Kilka razy stopa gdzieś grzęźnie w szparze...ale nie tracę odwagi. Połowa drogi za nami, lodowiec widać coraz bardziej i lepiej widoczny. Przerwa. Chęć pozostania w tej bliższej połowie drogi i chęć rzucenia tego, że już nigdzie nie idę... ale schodzimy bardziej nad brzeg rzeki gdzie czuję się trochę bezpieczniej więc idę dalej. Popadam w zachwyt nad tym co widzą moje oczy. Przede mną otwiera się sam lodowiec! Mój cel. Mój wielki Mount Everest! Jeśli tak właśnie wygląda droga na Mount Everest to ja zdobyłam swój, bo jak kiedyś ktoś mądry powiedział: Każdy człowiek został stworzony, aby zdobyć swój Mount Everest! Ja właśnie go zdobyw(ł)am. Tym sposobem po wielu trudach, bólach, zachwytach dotarłyśmy do naszego sobotniego celu. Cudowne uczucie! Czasami się poddajemy i upadamy, ale najważniejsze to podnieś się po tym upadku i iść dalej!
W drodze powrotnej, z wielkim trudem i bólem kolana wracamy. Dziękujemy jednemu kierowcy, który się zatrzymał aby nas zabrać na stopa /stało się to w momencie, kiedy powiedziałam „a może wracamy na stopa do Mestii” po czym nie upłynęły 2 minuty i samochód się zatrzymuje. Śmiać mi się chciało i stwierdziłam, że Ktoś ma dobre poczucie humoru :)!/ idziemy dalej, spotykamy polaków chwila rozmowy i następny samochód się zatrzymuje tym razem ciężarówka już nie dziękujemy a korzystamy. Kierowca miły daje nam nawet gruzińską ZIMNĄ fantę- moje wybawienie!
I tym sposobem szybszy powrót do hostelu z zapasem jogurtu na kolację zapełniamy się i padamy ze zmęczenia można powiedzieć. Wyruszamy jeszcze na chwilkę później na chlubę swanetii czyli kubdari- rodzaj chyba chaczapurii, ale mi nie przypadło szczególnie do gustu.
Na niedzielę plan może Ushguli, może kolejna góra. Chociaż moje kolano mówi dość gór. Chyba mówiło bardzo głośno, bo pogoda zrobiła się bardzo zła, zaczęło padać już w nocy i o poranku aż do 11 kiedy opuszczałyśmy Mestię marusztką padało więc może i lepiej. Długa, długa droga do Zugdidi, ale już z mniejszym strachem, chwila przestana, chwila zachwytu. W Zugdidi kawa, przejście ok 4 km i łapanie stopa do Narazeni z racji tego, że miałyśmy prawie 3 godz czasu do marszutki ta opcja wydała się być najlepsza. I wiecie co – złapałyśmy na stopa zaraz 2 samochód, który przejechał tylko dlatego drugi, że ten 1 to był transportowy na 2 osoby :).
Po bardzo długim i wyczerpującym weekendzie czuje się bardzo szczęśliwa bez względu na ból mojego kolana... to szczęścia moc z powodu dobrych zdjęć, pogody, gór, widoków i chwil.


Oh i ah góry!:)

/sorry za długość notki, ale i tak starałam się skarać jak się da...chociaż może ktoś dotrwa do końca jej i przeczyta całość. Tej osobie gratuluję:)/