piątek, 17 stycznia 2014

Decyzja do podjęcia...

Decyzje, decyzje, decyzje...

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.” R. Kapuściński


wtorek, 14 stycznia 2014

1000 i 1 plan na podróż

Plany, plany, plany! Nie należę do tych co lubią planować z wyprzedzeniem podróże, ale tutaj akurat trzeba z racji tego jeśli planuje się odwiedzenia innych wolontariuszy. Tak więc plan na weekend przybrał prosty zarys Tkibuli-Oni-Kutaisi-dom. W ciągu kilku chwil, no dobra godzin przybrał zarys może Kazbegi, może Tibilisi, a może zostanę? Nie wiadomo było, gdzie kiedy i w którą stronę się ostatecznie wybrać. Albo raczej ja byłam zdecydowana, ale reszta ciągle gdybywała nad swoimi wyborami…
A więc w ostatecznej wersji plan przybrał postać tą 101 czyli Bagdati-Kutaisi-dom na początek a co! Wzięty dzień wolny piątkowy, by dojechać w miarę wcześnie. Pogoda dopisująca wręcz niesamowicie! Słońce w miarę ciepło czy można marzyć o czymś więcej? A można gdy dojechałam do Bagdati i zobaczyłam, że to miasteczko leży przy górach zapragnęłam wdrapania się, na któryś ze szczytów (tylko, że tak wcześniej nie pomyślałam o zabraniu treków…) więc marzenie o zdobyciu górskich szczytów niedaleko Bagdati zostało odłożone na wiosnę. Po posileniu się obiadem wyruszyłam z moją przewodniczką w miasto- pierwszy punkt kościół. Niby nic, ale cały odnowiony a w środku… malowidła na ścianach wyglądały jak dopiero co malarz stamtąd wyszedł. Jeszcze światło słoneczne wpadające przez małe okno oświetlające ikonostas- takie wow! Czuć było świętość tego miejsca.
Następnie szłyśmy, szłyśmy i szłyśmy do muzeum pana, który nawet na centralnym placu miasta ma wywalony ogromny pomnik a nazywa się on
Władimir Majakowski.
Niedaleko muzeum na małej górce, też kolejny jego pomnik. Pierwsze gruzińskie muzeum, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Na początek pan, który jest tam gospodarzem oprowadził mnie po domu poety: zdjęcia, stare meble i w ogóle wszystko urządzone jak było kiedyś gdy rodzina Majakowskiego mieszkała tam.  Lubię stare domy, w których czuć ducha tamtego czasu… ale przyszła ta myśl, ale słabe to muzeum jak na kogoś znanego. I tu zaskoczenie! Drugi budynek, ogromna sala, w której zgromadzone są zdjęcia od młodości aż po śmierć – zdjęcia nawet z pogrzebu! Książki, plakaty, głowy i wiele innych interesujących rzeczy… tylko:
a. nie potrafię czytać po rosyjsku
b. nie wiedziałam kim był tak naprawdę ten koleś więc trudno było mi było się zachwycić tym wszystkim tam.
Po wszystkich kulturalnych atrakcjach, z racji nocy udałyśmy się na kolację… oj dużo, dobrych smacznych gruzińskich rzeczy było do zjedzenia. Tak więc całkowicie pełna od jedzenia, szybko mnie zmiotło spać... i się zaczęło.
Nie będę wnikać w szczegóły, ale była ciężka noc. I kolejna zmiana planów z Kutaisi na Tibilisi z racji skorzystania z ładnej, ciepłej łazienki i ciepłego pokoju, który bardzo się marzył….
Więc były leki, sucharki, banany, herbata i ciepły kąt do spania – moje studenckie warunki 5gwiazek!
I była masa sms z koordynatorką i gdybywanie co zrobić czy wracać, jak się czuje i wszystko.
W ostateczności nie chciałam wykorzystywać gościnności i przywilejów siedzenia w naprawdę fajnym miejscu… mój mały gruziński raj można powiedzieć (chce tam pobyć na święta, albo przy jakieś innej okazji właśnie na dłużej, ale być w użytecznym stanie pomocy).  Więc postanowiłam wrócić. Była straszna podróż pod względem takim, że wszystko bolało, martwiłam się co się zdarzy i wiedziałam, że będzie długo.
Ale dałam radę, kto jak nie ja?
Tylko po tym wszystkim przyszedł straszny poniedziałek… na moje wszystkie bóle, jeszcze wkurzenie szefostwa, albo raczej przejaw tego, że się martwią (bo jak niby nie mogli spać w nocy, ale ja też nie…).
Sprawa wymaga po prostu pogadania. Na spokojnie. Może teraz gdy już emocje pierwsze z nas zeszły.

PS Na dziś wszystkim Radości w Starym-Nowym Roku (bo akurat w Gruzji dzisiaj kolejny Nowy Rok wypada wg kalendarza cerkiewnego)


wtorek, 7 stycznia 2014

Zaskakująco czyli Norwesko-Polsko w Gruzji

Sam plan powrotu z Miką na sylwestra sprawił, że  aż tak trudno się tu nie wracało, chociaż wiadome było wszystko o warunkach i sytuacji oraz braku motywacji do zrobienia czego kolwiek. 
Nasza wspólna podróż rozpoczęła się już od samego spisywania jak dojedziemy do lotniska. Tutaj zaskoczenie w ten jeden dzień i sms, że Tata od Miki zaoferował się do odtransportowania nas na lotnisko- bardzo dziękuje! Więc problem z transportem i planami spania na lotnisku zakończyły się tym, że pojawiłam się u nich w domu po 22, z planem na grzańca i pójściem spać na chwilę. Na same pogaduchy zeszło nam do północy i nastała pora na regenerację sił w czasie niecałych 3 godzin. Później droga na lotnisko po nocy na samolot by o 6.15 czasu Polskiego wystartować do Gruzji. Podróż w większości przespana, albo próby spania i oglądania widoków za oknem (tak Kaukaz z góry robi wrażenie takie, że WOW!). Więc o 12.25 wylądowałyśmy czasu Gruzińskiego (lot trwa 3 godz i dolicza się 3 więc wychodzi jak wychodzi). Pierwsze zderzenie z gruzińską ziemią, fajne lotnisko, miła pani w informacji turystycznej i wszechobecni natarczywi taksówkarze, którzy proponują ceny z kosmosu oczywiście nie do pokonania dla wolontariusza, który tym bardziej cierpi na brak kasy, ale zaś z drugiej strony bez sensu przepłacać. Więc foty przy lotnisku, przekonywanie taksówkarzy, że marszutka pojedzie i, że nie chcemy z nimi jechać. Tak więc próby dotarcia najprostszą drogą czyli oczekiwanie spod lotniska na marszutkę do Zugdidi zakończyło się fiaskiem, bo Mika nie chciała czytać co pisze gruzińskim alfabetem i spowodowało to, że lepiej było się wrócić do Kutaisi (marszutka złapana przy drodze za 2 lari od głowy, pamiętajcie!) by stamtąd udać się do Zugdidi, bo chociaż wiem gdzie jest dworzec i jakoś łatwiej coś znaleźć oczywiście z wypytywaniem się kierowców, która to będzie marszutka. Więc udałyśmy się prawie od razu do Zugdidi w podróż 2 godz, już tracąc siły. Dobijając do dworca, pierwsze zakupy w Zugdidi na dalszą drogę w Nowy Rok. Zostawienie rzeczy i próby ogarnięcia w mieście otwartej knajpy… był to duży problem, ale udało się zjeść jakiegoś hamburgera, porobić wieczorne foty miasta. Tutaj w Gruzji miasta mają masę iluminacji wyglądają świetnie wieczorami teraz! I powrót do mnie by zostać uroczonym winem, z planami pójdziemy zaświętować w Nowy Rok na koncert, ale zmęczenie dało o sobie znać więc zamiast wyjść był to najbardziej przespany Sylwester dla mnie! Plusem jest to, że faktycznie się wyspałam :). Więc chwila przebudzenia przed północą, wysłanie kilku smsowych życzeń i oddanie się dalszej przyjemności sennej. By z rana z pełnymi siłami, pożywione smacznym śniadaniem udać się na dzienny pociąg w kierunku Tibilisi. Jedyne 8 godz jazdy przed nami było. Pusty pociąg, zmiana miejsc siedzenia, by widoki były lepsze, plany na zdjęcia w czasie podróży, uzupełnianie kalendarza i nie przewidywalne rozmowy z konduktorem. I jakoś sprawnie minął ten czas, nie było źle. W czasie podróży dużo czasu na planowanie co gdzie i jak, powstały plany na wykorzystanie maksymalnie czasu jaki miałyśmy. Pierwszy punkt w Tibilisi- odnalezienie miejsca naszego noclegu u sióstr salezjanek (2 Polek i jeden z Indi(?)). Dobrze mieć mapę. Ucieszenie się ciepłym pomieszczeniem, warunkami studenckimi wersja 5gwiazdkowy hotel + normalna ciepła łazienka! Zostawiłyśmy rzeczy i wygłodniałe udałyśmy się do Kinchali house gdzie tłum ludzi oraz brak miejsc i już myślałyśmy, że będziemy poszukiwać innej knajpy, ale się udało. Długie oczekiwanie na zamówienie w między czasie atrakcja wieczoru w postaci gruzińskiej walki w restauracji!  Szybkie pochłonięcie obiadu i wrócenie na nocleg, bo obiecałyśmy wrócić po ok. 2 godzinach, ale się przedłużyło.
Cisza domu, ciepły kąt nie motywował do wstania wczesnego z łóżka, ale były plany do obejrzenia wielu puntków w Tibilisi więc się trzeba było wyzbierać.
W drodze do metra weszłyśmy do pierwszej cerkwi jaka się tam znajduje. Dopiero co od remontowana zewnątrz, w środku akurat jakieś nabożeństwo więc nie chciałyśmy przeszkadzać i udałyśmy się dalej według ustalonego na szybko planu…
Pierwszy punkt do „odhaczenia” kościół Sioni (najstarszy), następnie most pokoju zwany również podpaską (tutaj dostałam od jakiegoś pana cukierki, nie wiem dlaczego ale było to miłe!), przy okazji zobaczenie placu Europy później wspinanie się pod górę by udać się do kolejnego kościoła Sameby (największego). Faktycznie robi wrażenie tym bardziej, że wybudowany został w 2005 roku. Już coraz bardziej przemarznięte i głodne oraz zmęczone z chęcią pójścia na obiad,  ale udało mi się namówić Mikę na podróż do Matki Gruzji jeszcze kolejką w obie strony. Szybkie zdjęci z góry, bo pogoda marna (mgła, mgła, mgła) i powrót na dół, by miłą uliczką pójść sobie do fajnej knajpki na obiad chaczapurii adżarskie + sałatka i oczywiście herbata w dodatku na rozgrzanie. Przesiedziane w knajpie może i 2 godziny, ale nie był czas zmarnowany, bo szkoda jeść szybko gdy mamy czas i gdy zimno na zewnątrz. W czasie obiadu uplanowałyśmy mszę w polskim kościele Piotra i Pawła o 17, więc mając czas zaprowadził Mikę do kolejnego kościoła na Rustaveli (nie pamiętam nazwy, ale też jest ważny dla historii. Jest to ten kościół naprzeciwko parlamentu), później suchy most, na którym tym razem nie było wielu sprzedawców przecież to dopiero 2 stycznia więc czym się dziwić. Ale były obrazy… oh i ah piękne obrazy! Aż chciało by się kupić jakiś do domu, ale jak to przetransportować?! Czas się kończył więc po drodze weszłyśmy zobaczyć co w kinie i na metro oraz na mszę wersja gruzińska z czytaniami po rosyjsku. A po mszy… kilka nocnych zdjęć i wyprawa na Plac Minda by zobaczyć miasto z góry, ale pogoda nie sprzyjała, było zimno... więc wszystko na szybko, bardzo szybko. By móc ogrzać się w mojej ulubionej knajpce na herbacie i powrót na nocleg. Bo kolejny dzień znów z planami na dalsze podróże. W pierwszej wersji podróż do Gori – by zobaczyć co słychać u Stalina, następnie skalne miasto Uplistsikhe. Po wieczornych konwersacjach plan zmienił się idziemy na gruzińską komedię do kina a później pojedziemy do Stalina. Tak więc też zrobiłyśmy. Z rana pożegnanie z Siostrami, poszukiwania zaginionej czapki w rękawie polara i szybko, szybko do kina na „Mr. Nanny”. Mówiąc szczerze nie żałuję, zobaczyłam gruzińskie kino, jak jest ogromne i nawet coś dało się zrozumieć z całego filmu nie rozumiejąc słów :). Po kinie na dworzec Didube łapiąc marszutkę do Gori- tutaj znów okazali się nieocenieni wszyscy inni kierowcy wskazujący drogę do tej właściwej. Po około godzinnej podróży dotarłyśmy do Stalina. Zrobiłyśmy mu zdjęcia, dowiedziałyśmy się o pociągu do Kutaisi o 17, więc na muzeum było czasu brak (ale jak się dowiedziała, nawet nie było warto wchodzić w tej cenie, bo są tam same zdjęcia i nie ma nic a nic ciekawego), po drodze zakup kebaba (tak  upragnione jedzenie-czekajcie na foty), podróż do stacji, zakup różowego biletu za 1 lari i długa podróż 5 godz, ale z początku ze zdjęciami ludzi więc było co robić (dobre foty do projektu^^). Później rozmowy z parą z Ukrainy, która usiadła naprzeciwko nas i załatwienie dla nich też miejsca w hostelu, w którym ja zarezerwowałam nam nocleg. Dotarłyśmy do Kutaisi o 21.15…zmęczone, ale wybrałyśmy się do miasta na chwilkę. Pokazując kilka miejsc w centrum, które sama lubię, usiadłyśmy w mojej ulubionej knajpie, wypiłyśmy sok, sprawdziłyśmy maila, do sklepu po coś na śniadanie oraz inne rodzaje lemoniady do spróbowania jak smakuje Gruzja. I tak dobrze po północy położyłyśmy się spać, by z rana szybko wyskoczyć na bazar, by zrobić jakieś zdjęcia oraz zobaczyć jak wygląda moje kolejne ulubione miejsce czyli Kutaisi bazar, była to szybka przygoda bo czasu już było mało…
Jak się później okazało, kolejne negocjacje z kierowcą marszutki za dojazd na lotnisko- cena zaproponowana na początku to 10 lari za 2 osoby, udało się ją zbić do 6lari, więc najgorzej nie było, ale i tak wiemy, że można za 2lari! Odprawa lotniskowa, długa kolejna, ostatnie łyki lemoniady, fota i czas się pożegnać.
Były to 4 napięte dni w Gruzji. Zwiedziłyśmy 4 miasta. Przejechałyśmy masę kilometrów, mamy  kilka dobrych, ale naprawdę dobrych zdjęć (a jeszcze kilka tych nawet nie zrobionych) mamy jeszcze więcej wspólnych wesołych historii, których nie będę przytaczać tutaj, bo są tylko do opowiedzenia na żywo. I tak naprawdę nie piłyśmy wiele gdyby ktoś pytał, bo nie potrzebne to dla szczęścia. Jedynie pro zdrowotnie :).
Dla mnie była to nowa Gruzja. A raczej stara Gruzja, którą mogłam odkrywać z kimś! Pokazać te miejsca, które sama odwiedzam, tam gdzie podróżuje tam gdzie żyję.
 Tam gdzie cieszę się, czasami martwię i tak strasznie za Wami tęsknie! Więc jeśli macie tylko ochotę zobaczyć to na żywo to zapraszam, mogę zrobić dla Was plan wycieczki, obwieźć Was po tych miejscach co znam lub poznać nowe (jak Gori z Miką).
Zapraszam tu, bo trzeba to zobaczyć- posmakować na żywo a nie tylko na zdjęciach. A o wrażenia szoku kulturowego, zaskoczenia gruzińską otwartością, jedzeniem, miejscami i innymi rzeczami pytać Mikę. Myślę, że bez względu na wszystko polubiła chociaż trochę ten kraj! I zechce wrócić w cieplejszej porze roku by zasmakować lub odkryć nowe smaki.
Gruzja bez względu na to jak bardzo już ją odkryłam to ciągle mnie zaskakuje i mam nadzieję, że nie skończy!


poniedziałek, 6 stycznia 2014

święta polskie i święta w Gruzji...

Chciałabym opisać napisać wszystko, o wszystkim jak najdokładniej i jak najbardziej rzeczowo się da, bo od ostatniego czasu już trochę minęło. Chyba najprościej zacząć od początku.
Jak planowałam mój wyjazd na EVS powrót na święta nie wchodził w grę na początku, ale jakoś tak się poskładało, że przecież te święta Bożego Narodzenia są od tego by spędzić je w gronie rodziny, przyjaciół, najbliższych! Więc we wrześniu już zakupiłam bilety, bo była promocja (tak była, ale później jeszcze bardziej staniały i no… ). Więc przez okres tych 4 miesięcy mocno ukrywałam przed rodzicami to, że wracam na święta.  Dowiedziało się tylko moje rodzeństwo i kilku znajomych (dobra duża Was ilość wiedziała, bo zaproszenie na imprezę było) a do rodziców dopiero dotarła informacja w momencie przyciśnięcia magicznego przycisku na domofonie. Więc naprawdę cieszę się, że niespodzianka dla nich się udała! Był  czas świąteczny, było ciepło, rodzinnie, herbacianie i snortowo! Było zabawnie i było naprawdę miło posiedzieć w domu, nie sądziłam że aż tak bardzo się stęskniłam za moimi. Tak mówię szczerze, bo dopiero na obczyźnie dochodzi do nas wymiar tęsknoty nie tylko za rodziną, przyjaciółmi, ale również za jedzeniem i takimi niektórymi przyzwyczajeniami i chyba najważniejsze własnym- małym pokojem i łóżkiem oraz ciepłą i normalną łazienką (!!!). Dopiero tutaj widzę co to znaczy mieć życie jak w luksusie w PL (już nie będę narzekać na to). Po świętach a raczej w okresie świątecznym razem z Dominiką wymyśliłyśmy siedząc sobie te swoje ponad 2000km od domów, w różnych kierunkach świata, że impreza „18-stkowych urodzin” będzie najlepszym pomysłem spotkania w dużym gronie znajomym, tym bardziej że wracałyśmy razem z naszych wojaży zagranicznych. Więc impreza była, ale w jej czasie i tak nastąpił ten niedosyt porozmawiania ze wszystkimi, ale z tymi co się udało to się bardzo cieszę! W ogóle dziękuje Wam za przybycie, albo za plany przybycia. Dobrze, że jesteście J!
Później była jeszcze chwila czasu na spotkania przy gorącej czekoladzie, chociaż jak na panującą porę roku było wyjątkowo ciepło. Były miłe pogaduchy, dużo pogaduch i dobrego wsparcia od Was. Był czas dla Was, było fajnie Was widzieć jeszcze w starym roku.
"...Dobrze, że tu jesteś, bracie, Zawsze byłeś, będziesz. Jeśli z buta iść przypadnie, Wezmę Cię na ręce…"




A po tym wszystkim a za razem po bardzo krótkim pobycie w domu nastąpił dzień, w którym należało się spakować i wyruszyć razem z Miką w trochę nieznany świat… ale o tym będzie w następnej notce, bo ciągle nie umiem przyzwyczaić się do zmian czasowych i tego, że w pokoju jednak jest chłodno oraz święta część druga czyli prawosławne Boże Narodzenie więc Wesołych świąt!
Na zdjęciu Gruzińska wersja choinki- czyczylak.

niedziela, 22 grudnia 2013

Witamy w Polsce!

Więc witamy w domu. Niespodzianka się udała! Będzie rodzinnie, spokojnie i radośnie.
Więcej będzie później.
Będzie masa dobrych spotkań i fajnych inicjatyw. Gdyby ktoś coś chciał to łapać- na nowo używam Polskiego numeru na okres do 30.12 (wieczór) :)!

piątek, 20 grudnia 2013

Przedświąteczne zamieszania czyli…


Jak żyć by nie zwariować J. Tak naprawdę to początkiem tygodnia w jednej organizacji odbyły się warsztaty świąteczne robiliśmy dużo fajnych rzeczy, była masa dzieciaków, która podjęła się też zrobienia  rzeczy wykorzystując  np  butelki i innych zbędne przedmioty więc było ekologicznie i świątecznie, fajnie no! Następnym punktem było zaproszenie na świąteczny event wykonany przez dzieci, którzy są podopiecznymi jednej z wolontariuszek na wsi niedaleko Zugdidi. Dzieciaki całe przejęte występami, ale za razem było to takie fajne widzieć tyle uśmiechniętych pyszczków na raz i w tym momencie strasznie zatęskniłam za moimi Bąkami! Trochę wprowadzili mnie w świąteczny nastrój po raz drugi (pierwszy w Tibilisi- ta polska wigilia) i nie wyglądało to sztucznie co jest najważniejsze chyba w tym wszystkim. Naprawdę było to wszystko ociekające radością i taką magią świąteczną- podoba mi się. Była to też za razem świetna okazja do spotkania się ponownie w gronie wolontariuszy. Po świątecznym zamieszaniu przyszedł czas na wystawę prac z projektu w Kobuletii oraz projekcje filmu o Nabadi (gdyby ktoś chciał możemy wspólnie oglądnąć film jest cały po megrelsku, to taki dialekt gruziński, który rozumieją tylko ludzie tutaj – ale nie ja^^).  Jak przystało na wystawę trzeba było wyglądać profesjonalnie, więc i tak było a po całym zamieszaniu padł jeden kieliszek wina a za nim kolejny więc zmęczenie i wino szybko wprowadziło mnie w błogi stan chce iść spać, ale wieczorem czekała supra z okazji urodzin „host brata”- skończyła się szybko, po dużej ilości jedzenia i likierze ogarnął mnie błogostan pójścia spać co dokonało się dopiero po posprzątaniu wszystkich rzeczy.
Po wszystkich pierwszo połowicznych tygodnia zamieszania przyszedł czas zamieszać dalej…. Więc były artystyczne warsztaty nie moje, ale fajnie było wziąć w nich udział! I befor Christmas event wolontariuszy- skończyło się na grze o prezenty, piciu alkoholu i wielu radościach przy wspólnym stole:). Może nie było to standardowe świąteczne spotkanie, ale i tak było fajnie…
I przyszedł koniec tygodnia czyli wariuje na maska. Z rana lista rzeczy co kupić, co zrobić, gdzie co napisać… Ogólnie zamiast skreślać poszczególne punkty, dopisuje kolejne… ale by już jutro!
Christmas party part 4 +dostęp do wody All time :)

PS moi rodzice życzyli mi wczoraj przez skype: „Wesołych świąt- bo gdybyśmy się nie usłyszeli na skypie przed świętami” ^^

środa, 11 grudnia 2013

aktualizacja stanu rzeczy. / gorączkowo, zatokowo i śnieżnie

Tak jak publikacja zdjęć idzie stosunkowo dobrze nam tak właśnie czas by opublikować nowy wpis.
Minęło już trochę czasu, ale naprawdę to nie mam co napisać, albo i mam więc może skleję to jakoś w kilka punktów obejmujących wiele a za razem zawierają się tym ciągle moje zatoki i gorączka. Tak więc:
1. 31.11-1.12 były akcje związane z światowym dniem AIDS, które rzecz można przeleżałam w łóżku a jak już się zebrałam do wyjścia czyli dopiero na 1.12 spotkałam Goczę, który jest Gruzinem i mówi po polsku. Czujecie to? Bo ja ciągle próbuje zacząć mówić więcej po gruzińsku. Mamy zamiar podszkolić się językowo polsko-gruzińsko a za razem nasze rozmowy przeplatane są przez 4 języki (polski, angielski, rosyjski i gruziński) bywa to ciekawa przygoda.
2. 4-6.12 były to dni, które wchodziły jeszcze w program „16days domestic voilence”.  W czasie tych 3 dni były przygotowane kilka eventów.  Jeden (4.12) był najlepszy, cały event zajął może 3-4 godziny przestane na placu centralnym w Zugdidi, niedaleko fontanny (taki skwer), dużo zdjęć których w tym dniu udało mi się zrobić i stosunkowo byłam z nich zadowolona. Tak może to nie do uwierzenia, ale naprawdę byłam zadowolona, chociaż przemarzłam całkowicie. Następnego dnia (5.12) nic szczególnego ten event, kilka zdjęć i jak dla mnie wielka ściema tego wszystkiego.  Natomiast (6.12) był tylko film „Take my eye” szczerze polecam, jest wart zobaczenia, trudny w tematyce. Nie przyszło wiele ludzi, szkoda.
Po tym wszystkim był czas na relaks i czekoladę. Duże ilości czekolady, które po tych 3 dniach były potrzebne.
3. Jako prezent Mikołajkowy uznałam, że pojadę do Tibilisi a za razem była to okazja do spotkania się z moim kuzynem i innymi osobami przebywającymi w stolicy!
Podróż zaczęłam w sobotę rano, kiedy to podążyłam na marszutkę na godz. 9, ale odjechała dopiero o 9.40(nigdy nie wiesz, o której pojedzie). Byłam w Tibilisi ok. godz. 15.30 i od razu umówiłam się z Ewą i jej przyjacielem z Azerbejdżanu na obiad oraz wybraliśmy się do parku rozrywki, po nocy by zobaczyć od góry i nocne Tibilisi- robi wrażenie. Po wyczerpaniu pokładów energii, czas udać się na mieszkanie Karoliny, Szymona i Taylora (gdyby ktoś szukał miejsca do spania to polecam ich lokal- blisko centrum i w samym centrum starego miasta- podam namiary!). Przegląd fb i zobaczenie, że jest kolejna znajoma osoba w tym mieście. Tak więc szybka z mowa na niedzielne przedpołudnie i wybranie się wspólnie na targ staroci oraz kawę- dzięki Sylwia.  Następnie spotkaniem z kuzynem i jego ekipą podróż do katedry Sameby i  plac Europy oraz do polskiego kościoła na mszę w języku łacińskim z czytaniami po rosyjsku, po której to nastąpiło długie oczekiwanie spotkanie z ks.Maciejem przebywającym w Tibilisi. Tak naprawdę to zaprosił nas wszystkich na herbatę na plebanie, więc pogadaliśmy wspólnie, usłyszeliśmy historię kościoła i każdy z nas udał się w swoją stronę z zarysowanym planem na poniedziałkową wspólną podróż do Mcchety. Udaliśmy się tam o 10.15 bez planu czy zwiedzimy dużo, czy nie. Zimno nas ogarnęło straszne, tak więc szybko obskoczyliśmy monastery znajdujące się w centrum i odpuściliśmy podróż do tego dużego na górze. Ja z Sylwią wróciłyśmy do Tibilisi a reszta udała się w dalszą podróż by zobaczyć coś z tej Gruzji przed wylotem do domu. W Tibilisi na obiad adżarskie chaczapruii (to takie z jajkiem i masłem- pycha aa!). I czas rozstania z Sylwią popołudniem, bo każdy swoje plany. Wyszło słońce w Tibilisi więc dobrze było się udać na pochodzenie trochę po tych uliczkach starego miasta, usiąść na dobrym roibosie i udanie się na ciastko z Ią. A wieczorem z gorączką udanie się jeszcze na nocne foty Tibilisi, no bo przecież jeszcze takich zdjęć nie było a to już 3 dzień w tym mieście! Więc były foty, polopiryna i do łóżka z planem nie wstaję przed 10 J. Oczywiście, że w pełni wykonany! W poniedziałek udałam się na bazar poszukać skarpetek. Nawet zakupiłam z jakimś świątecznym wzorem, kolejna herbata w centrum. Wrócenie na mieszkanie po wszystkie rzeczy i udanie się na polską wigilię.
Czujecie to?! 10.12 szybko, ale tak się zdarza gdy konsul opuszcza Gruzję.  Dla mnie fajnie, załapałam się na fajne polskie wydarzenie. Poznałam kolejnych fajnych ludzi z naszego kraju. Ogarnęłam kolejną darmową miejscówkę do spania w warunkach studenckich i dochodziła godzina by udać się do dworca. Tak więc wyszłam i czekam, czekam próby złapania taksówki okazywały się trudniejsze niż przypuszczałam tak więc czemu by nie stop? Podbiłam do jakiegoś pana wyjeżdżającego z parkingu i ten ochoczo zabrał mnie i zawiózł pod same drzwi dworca! Coś podukałam swoim rosyjskim z nim więc ćwiczy się język, ćwiczy!  A podróż w pociągu… Może napiszę tyle. Było mi zimno, spałam w śpiworze, na siedząco w takim długim bez przedziałowym wagonie (ale cicho było nawet), budziłam się co godzinę jak nie częściej i czuje się teraz bardzo zmięta i zmęczona, lecz szczęśliwa całym tym wyjazdem.
Tak naprawdę fajnie jest spotkać tylu wspaniałych ludzi w jednym mieście, spędzić wspaniale czas, chociaż zatoki i gorączka na przemian z dreszczami dają popalić to nie żałuję żadnej chwili, którą spędziłam w Tibilisi. 
Takie spotkania owocują w moje lepsze samopoczucie psychiczne i jeśli tylko będę mogła będę wyjeżdżać jak najczęściej jak w najróżniejsze miejsca a jak co zawsze Tibilisi i Polacy i spanie i ktoś z kim można mądrze pogadać w kryzysowych sytuacjach J.
Dzięki Wam!
4. Zasypało mi Zugdidi! Jest biało, zimno i tak no fajna pogoda do zdjęć, ale przy moim stanie chorobowym ogarniającym strasznie szybko aż się odechciewa by to poczynić... tak więc byle wykurować się do 21.12 :)

PS  jest to 50 post na blogu!