wtorek, 7 stycznia 2014

Zaskakująco czyli Norwesko-Polsko w Gruzji

Sam plan powrotu z Miką na sylwestra sprawił, że  aż tak trudno się tu nie wracało, chociaż wiadome było wszystko o warunkach i sytuacji oraz braku motywacji do zrobienia czego kolwiek. 
Nasza wspólna podróż rozpoczęła się już od samego spisywania jak dojedziemy do lotniska. Tutaj zaskoczenie w ten jeden dzień i sms, że Tata od Miki zaoferował się do odtransportowania nas na lotnisko- bardzo dziękuje! Więc problem z transportem i planami spania na lotnisku zakończyły się tym, że pojawiłam się u nich w domu po 22, z planem na grzańca i pójściem spać na chwilę. Na same pogaduchy zeszło nam do północy i nastała pora na regenerację sił w czasie niecałych 3 godzin. Później droga na lotnisko po nocy na samolot by o 6.15 czasu Polskiego wystartować do Gruzji. Podróż w większości przespana, albo próby spania i oglądania widoków za oknem (tak Kaukaz z góry robi wrażenie takie, że WOW!). Więc o 12.25 wylądowałyśmy czasu Gruzińskiego (lot trwa 3 godz i dolicza się 3 więc wychodzi jak wychodzi). Pierwsze zderzenie z gruzińską ziemią, fajne lotnisko, miła pani w informacji turystycznej i wszechobecni natarczywi taksówkarze, którzy proponują ceny z kosmosu oczywiście nie do pokonania dla wolontariusza, który tym bardziej cierpi na brak kasy, ale zaś z drugiej strony bez sensu przepłacać. Więc foty przy lotnisku, przekonywanie taksówkarzy, że marszutka pojedzie i, że nie chcemy z nimi jechać. Tak więc próby dotarcia najprostszą drogą czyli oczekiwanie spod lotniska na marszutkę do Zugdidi zakończyło się fiaskiem, bo Mika nie chciała czytać co pisze gruzińskim alfabetem i spowodowało to, że lepiej było się wrócić do Kutaisi (marszutka złapana przy drodze za 2 lari od głowy, pamiętajcie!) by stamtąd udać się do Zugdidi, bo chociaż wiem gdzie jest dworzec i jakoś łatwiej coś znaleźć oczywiście z wypytywaniem się kierowców, która to będzie marszutka. Więc udałyśmy się prawie od razu do Zugdidi w podróż 2 godz, już tracąc siły. Dobijając do dworca, pierwsze zakupy w Zugdidi na dalszą drogę w Nowy Rok. Zostawienie rzeczy i próby ogarnięcia w mieście otwartej knajpy… był to duży problem, ale udało się zjeść jakiegoś hamburgera, porobić wieczorne foty miasta. Tutaj w Gruzji miasta mają masę iluminacji wyglądają świetnie wieczorami teraz! I powrót do mnie by zostać uroczonym winem, z planami pójdziemy zaświętować w Nowy Rok na koncert, ale zmęczenie dało o sobie znać więc zamiast wyjść był to najbardziej przespany Sylwester dla mnie! Plusem jest to, że faktycznie się wyspałam :). Więc chwila przebudzenia przed północą, wysłanie kilku smsowych życzeń i oddanie się dalszej przyjemności sennej. By z rana z pełnymi siłami, pożywione smacznym śniadaniem udać się na dzienny pociąg w kierunku Tibilisi. Jedyne 8 godz jazdy przed nami było. Pusty pociąg, zmiana miejsc siedzenia, by widoki były lepsze, plany na zdjęcia w czasie podróży, uzupełnianie kalendarza i nie przewidywalne rozmowy z konduktorem. I jakoś sprawnie minął ten czas, nie było źle. W czasie podróży dużo czasu na planowanie co gdzie i jak, powstały plany na wykorzystanie maksymalnie czasu jaki miałyśmy. Pierwszy punkt w Tibilisi- odnalezienie miejsca naszego noclegu u sióstr salezjanek (2 Polek i jeden z Indi(?)). Dobrze mieć mapę. Ucieszenie się ciepłym pomieszczeniem, warunkami studenckimi wersja 5gwiazdkowy hotel + normalna ciepła łazienka! Zostawiłyśmy rzeczy i wygłodniałe udałyśmy się do Kinchali house gdzie tłum ludzi oraz brak miejsc i już myślałyśmy, że będziemy poszukiwać innej knajpy, ale się udało. Długie oczekiwanie na zamówienie w między czasie atrakcja wieczoru w postaci gruzińskiej walki w restauracji!  Szybkie pochłonięcie obiadu i wrócenie na nocleg, bo obiecałyśmy wrócić po ok. 2 godzinach, ale się przedłużyło.
Cisza domu, ciepły kąt nie motywował do wstania wczesnego z łóżka, ale były plany do obejrzenia wielu puntków w Tibilisi więc się trzeba było wyzbierać.
W drodze do metra weszłyśmy do pierwszej cerkwi jaka się tam znajduje. Dopiero co od remontowana zewnątrz, w środku akurat jakieś nabożeństwo więc nie chciałyśmy przeszkadzać i udałyśmy się dalej według ustalonego na szybko planu…
Pierwszy punkt do „odhaczenia” kościół Sioni (najstarszy), następnie most pokoju zwany również podpaską (tutaj dostałam od jakiegoś pana cukierki, nie wiem dlaczego ale było to miłe!), przy okazji zobaczenie placu Europy później wspinanie się pod górę by udać się do kolejnego kościoła Sameby (największego). Faktycznie robi wrażenie tym bardziej, że wybudowany został w 2005 roku. Już coraz bardziej przemarznięte i głodne oraz zmęczone z chęcią pójścia na obiad,  ale udało mi się namówić Mikę na podróż do Matki Gruzji jeszcze kolejką w obie strony. Szybkie zdjęci z góry, bo pogoda marna (mgła, mgła, mgła) i powrót na dół, by miłą uliczką pójść sobie do fajnej knajpki na obiad chaczapurii adżarskie + sałatka i oczywiście herbata w dodatku na rozgrzanie. Przesiedziane w knajpie może i 2 godziny, ale nie był czas zmarnowany, bo szkoda jeść szybko gdy mamy czas i gdy zimno na zewnątrz. W czasie obiadu uplanowałyśmy mszę w polskim kościele Piotra i Pawła o 17, więc mając czas zaprowadził Mikę do kolejnego kościoła na Rustaveli (nie pamiętam nazwy, ale też jest ważny dla historii. Jest to ten kościół naprzeciwko parlamentu), później suchy most, na którym tym razem nie było wielu sprzedawców przecież to dopiero 2 stycznia więc czym się dziwić. Ale były obrazy… oh i ah piękne obrazy! Aż chciało by się kupić jakiś do domu, ale jak to przetransportować?! Czas się kończył więc po drodze weszłyśmy zobaczyć co w kinie i na metro oraz na mszę wersja gruzińska z czytaniami po rosyjsku. A po mszy… kilka nocnych zdjęć i wyprawa na Plac Minda by zobaczyć miasto z góry, ale pogoda nie sprzyjała, było zimno... więc wszystko na szybko, bardzo szybko. By móc ogrzać się w mojej ulubionej knajpce na herbacie i powrót na nocleg. Bo kolejny dzień znów z planami na dalsze podróże. W pierwszej wersji podróż do Gori – by zobaczyć co słychać u Stalina, następnie skalne miasto Uplistsikhe. Po wieczornych konwersacjach plan zmienił się idziemy na gruzińską komedię do kina a później pojedziemy do Stalina. Tak więc też zrobiłyśmy. Z rana pożegnanie z Siostrami, poszukiwania zaginionej czapki w rękawie polara i szybko, szybko do kina na „Mr. Nanny”. Mówiąc szczerze nie żałuję, zobaczyłam gruzińskie kino, jak jest ogromne i nawet coś dało się zrozumieć z całego filmu nie rozumiejąc słów :). Po kinie na dworzec Didube łapiąc marszutkę do Gori- tutaj znów okazali się nieocenieni wszyscy inni kierowcy wskazujący drogę do tej właściwej. Po około godzinnej podróży dotarłyśmy do Stalina. Zrobiłyśmy mu zdjęcia, dowiedziałyśmy się o pociągu do Kutaisi o 17, więc na muzeum było czasu brak (ale jak się dowiedziała, nawet nie było warto wchodzić w tej cenie, bo są tam same zdjęcia i nie ma nic a nic ciekawego), po drodze zakup kebaba (tak  upragnione jedzenie-czekajcie na foty), podróż do stacji, zakup różowego biletu za 1 lari i długa podróż 5 godz, ale z początku ze zdjęciami ludzi więc było co robić (dobre foty do projektu^^). Później rozmowy z parą z Ukrainy, która usiadła naprzeciwko nas i załatwienie dla nich też miejsca w hostelu, w którym ja zarezerwowałam nam nocleg. Dotarłyśmy do Kutaisi o 21.15…zmęczone, ale wybrałyśmy się do miasta na chwilkę. Pokazując kilka miejsc w centrum, które sama lubię, usiadłyśmy w mojej ulubionej knajpie, wypiłyśmy sok, sprawdziłyśmy maila, do sklepu po coś na śniadanie oraz inne rodzaje lemoniady do spróbowania jak smakuje Gruzja. I tak dobrze po północy położyłyśmy się spać, by z rana szybko wyskoczyć na bazar, by zrobić jakieś zdjęcia oraz zobaczyć jak wygląda moje kolejne ulubione miejsce czyli Kutaisi bazar, była to szybka przygoda bo czasu już było mało…
Jak się później okazało, kolejne negocjacje z kierowcą marszutki za dojazd na lotnisko- cena zaproponowana na początku to 10 lari za 2 osoby, udało się ją zbić do 6lari, więc najgorzej nie było, ale i tak wiemy, że można za 2lari! Odprawa lotniskowa, długa kolejna, ostatnie łyki lemoniady, fota i czas się pożegnać.
Były to 4 napięte dni w Gruzji. Zwiedziłyśmy 4 miasta. Przejechałyśmy masę kilometrów, mamy  kilka dobrych, ale naprawdę dobrych zdjęć (a jeszcze kilka tych nawet nie zrobionych) mamy jeszcze więcej wspólnych wesołych historii, których nie będę przytaczać tutaj, bo są tylko do opowiedzenia na żywo. I tak naprawdę nie piłyśmy wiele gdyby ktoś pytał, bo nie potrzebne to dla szczęścia. Jedynie pro zdrowotnie :).
Dla mnie była to nowa Gruzja. A raczej stara Gruzja, którą mogłam odkrywać z kimś! Pokazać te miejsca, które sama odwiedzam, tam gdzie podróżuje tam gdzie żyję.
 Tam gdzie cieszę się, czasami martwię i tak strasznie za Wami tęsknie! Więc jeśli macie tylko ochotę zobaczyć to na żywo to zapraszam, mogę zrobić dla Was plan wycieczki, obwieźć Was po tych miejscach co znam lub poznać nowe (jak Gori z Miką).
Zapraszam tu, bo trzeba to zobaczyć- posmakować na żywo a nie tylko na zdjęciach. A o wrażenia szoku kulturowego, zaskoczenia gruzińską otwartością, jedzeniem, miejscami i innymi rzeczami pytać Mikę. Myślę, że bez względu na wszystko polubiła chociaż trochę ten kraj! I zechce wrócić w cieplejszej porze roku by zasmakować lub odkryć nowe smaki.
Gruzja bez względu na to jak bardzo już ją odkryłam to ciągle mnie zaskakuje i mam nadzieję, że nie skończy!


2 komentarze:

  1. Nie doczytałam wpisu :D Ale nie bierze się cukierków od nieznajomych!

    bajkowy niedźwiedź ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech Gaba, jak się tak to czyta to chciało by się być z Tobą ;)
    Gosia

    OdpowiedzUsuń