Po szale zakupów, bez planu, chwilowe włóczenie się bez celu by jednak stwierdzić jest świetna pogoda jedziemy do Monastyru tym razem Motsameta. W drodze minęliśmy ze 3 ślubne samochody a na miejscu to był po prostu ślubny szał. W ciągu może i nawet nie godziny odprawili ze 3 śluby i z boku chrzest + kolejne pary się pojawiały. Taka oszczędność czasu i miejsca. Ludzi tłum… (zdjęć fajnych brak) oraz ładna pogoda, jeszcze lepsze widoki więc czas na mały piknik w zimowo-wiosennym słońcu i temperaturze dobrze +15. Nie chciało się ruszać z klimatycznych skał, trawy, ale by zdążyć na marszutkę trzeba było się zebrać w sobie i cieszyć się słońcem. Więc ruszyliśmy na marszutkę do zacnego miasta Tkibuli, które w pierwszym wrażeniu przypomina dla mnie taki Śląsk w Gruzji! Kopalnia, kopalnia, kopalnia i kopalnia! Odwiedziny u nich na mieszkaniu, spróbowanie podkarpackich pyszności + dużej blachy pysznego ciasta, przyszykowanie na rozgrzewkę grzanego wina i długie- nocno- polsko-francusko-amerykańskie rozmowy.
Dzień był długi i wart swego zmęczenia, bo na niedzielę mieliśmy nowy plan...
Odwiedzenie Chiatury- a to miasto słynie z tego, że kilka jego punktów zbudowanych jest na wzgórzach i można się tam dostać tylko kolejkami. Ot co! Takimi wagonikami, które czasy swej świetności mają dawno za sobą. Jednak my dzielne byłyśmy i wyruszyłyśmy na dwie trasy oglądnąć miasto z góry! Co za widoki, co za widoki. Tym razem pogoda nie sprzyjała nam aż tak strasznie bardzo, ale i przestało padać więc dało się popatrzeć i powzdychać z tęsknoty za wiosną, za słońcem, za zielonymi szczytami.
Właśnie wyjeżdżając drugą kolejką tam Pani co pilnuje i jeździ wagonikiem zabrała nas do miejsca, którym nadzorowana jest cała praca tej kolejki długiej i pokazała jak to działa. A powrotem przypadkowo spotkani w wagoniku ludzie zaoferowali nam zaprowadzenie nas do monastyru.
Wiedziałyśmy o jednym, który znajduje się na skale. Tylko dokładnie nawet nie wiedziałyśmy nawet nazwy tego miejsca. Tak więc zdaliśmy się na Gruzinów. Szłyśmy nie wiedząc gdzie, wspinając się po masie schodów lądując w jednym z tych monastyrów/ cerkwi, która robi wrażenie takie, że wow! Wchodziło się tam przez taki długi wykuty w skale korytarz i znajdowało się w miejscu z ikonami, skałą z której tryskała „święta woda” i w sumie dokładnie to nie wiem co jeszcze. Idąc dalej, ale tylko w spódniczce i nakryciu głowy oczywiście trafiało się do kolejnej małej cerkwi z masą ikon i bardzo taką klimatyczną(nie umiem tego inaczej określić). Byli tam Popowie, panie trzepiące dywany i kilka innych osób obsługujących skład wina dla popów. Mało kiedy, która Cerkwia robi na mnie większe wrażenie, bo wszystkie wyglądają tak samo ze wnętrz i w środku, ale właśnie czasem można złapać takie smaczki gdy zaufa się Gruzinom. Patrząc na czas trzeba było udać się nam do centrum. Myśląc, że może uda nam się złapać jakąś marszutkę, a tu zaskoczenie zatrzymał się pan terenowym autem i zabrał nas do centrum i mając trochę czasu poszłyśmy na obiad. Później szybkie wyzbieranie się i droga powrotna do Tkibuli. Gdzie wylądowałyśmy wieczorkiem, ale nie przeszkodziło to do przejścia się po mieście by zobaczyć jak wygląda centrum tego małego miasteczka. Wykończone dniem wrócenie na mieszkanie dziewczyn by dalej rozmawiać i cieszyć chwilą oraz nie myśleć o tym co będzie dalej, bo to teraz trwa ten dobry weekend. Pełen radości, uśmiechów i wesołych historii.
A w poniedziałek już o 7 zadzwonił budzik by poinformować, że jeśli zależy na prysznicu to należy zebrać się w sobie i iść… bo o 8 już łapałyśmy powrotną marszutkę do Kutaisi, a później do Zugdidi. Nie chciało się wracać... tym bardziej się nie chce gdy się nie ma planu na życie tutaj.
Tak więc: Dzięki Wam jeszcze raz za świetny weekend, za gościnę, towarzystwo i masę radości!
Dobrze, że jesteście!



